Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 202 621 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

wrzesień 2006 - cz. I

środa, 23 marca 2016 19:56

       My znowu w trasie: Lwów – Złoczów - Buczacz – Jazłowiec – Czerwonogród -  Skała Podolska Kamieniec Podolski Bakota – Chocim – Okopy św. Trójcy – Zaleszczyki - Stanisławów - Drohobycz Truskawiec – Skole – Gorgany  Mukaczewo - Użgorod  te piękne i ciekawe tereny, przemierzamy je po raz kolejny, by nasycić się ich urodą i niezwykłością zabytków. A jest co oglądać. 

Lwów - wystarczy parę godzin, by odświeżyć pamięć (tyle razy już tu byliśmy). Ja z wnukiem poszliśmy do Kamienicy Królewskiej. Tam na pięknym arkadowym dziedzińcu parzą dobrą kawę po ormiańsku. Kamienica Królewska to renesansowa budowla z 1580. Zbudowano ją na fundamentach dwóch wcześniejszych gotyckich kamienic z  XV w. greckiego kupca Konstantego Korniakta. Później była w posiadaniu Jakuba Sobieskiego, a po jego śmiercikról Jan III Sobieski przebudował ją na rezydencję pałacową (po przebudowie zwano "Małym Wawelem). Elewację kamienicy wieńczy attyka, w której umieszczono figury przedstawiające postać króla w koronie i orszak zbrojnych rycerzy. Tu w 1686 r. król Jan III Sobieski podpisał tutaj traktat pokojowy z Rosją (tzw. traktat Grzymułtowskiego). Od 1908 r. do pierwszej okupacji sowieckiej Lwowa (1939) mieściło się tu Muzeum Narodowe im. króla Jana III; a w czasach ZSRR i niepodległej Ukrainy jest siedzibą Muzeum Historycznego Miasta Lwowa. Czas  wracać na Wałową. Tam czeka autokar. Jeszcze tylko kupimy „wigor – winko”, w aptece obok. Przy autokarze już wszyscy są. Jedziemy na nocleg do Złoczowa. Jutro Olesko i Podhorce. Nie wszyscy tam byli. Pod wieczór spacer po Złoczowie. Nie wiele się zmieniło, tylko na zamku trwają prace renowacyjne. Jest dyr. Galerii Lwowskiej Borys Woźnicki  który sprawuje nadzór nad zamkami w Olesku, Podhorcach, Złoczowie i Świrzu.  Krótka rozmowa, oprowadza nas po wnętrzu zamku złoczowskiego. Czas już na nocleg, jutro wyjazd prosto do Buczacza. 

Buczacz  szczyci się najpiękniejszy w  przedwojennej Polsce ratuszem. Ratusz został zbudowany w XVIII w. w stylu rokoko, według projektu architekta Bernarda Meretyna, ozdobiony  przez rzeźbiarza Jana Jerzego Pinzla. Pierwotnie zdobiło go 12 rzeźb, zachowały się tylko 4 uszkodzone. 

Jest tu Kościół farny p.w. Wniebowzięcia NMP, podobno z XIV w., przebudowany w 1765 r. przez Mikołaja Potockiego.  

W Buczaczu w 1672 r. -16 lub 18 października podpisano traktat pokojowy, pomiędzy Imperium Osmańskim i Rzeczpospolitą, który zakładał oddanie we władanie Turcji wschodnich ziem Polski. Sejm uchwalił specjalne podatki na wojnę odrzucając ratyfikację tego traktatu, co było jednoznaczne z odrzuceniem jakiejkolwiek formy podporządkowania się Turcji. Rok później, w 1673 armia polska pod wodzą hetmana Jana Sobieskiego pokonała Turków pod Chocimiem, a w 1676 roku w bitwie pod Żurawnem podpisano rozejm i odzyskano część ziem (bez Kamieńca Podolskiego) i Podola oraz rezygnacja imperium osmańskiego z próby zhołdowania Rzeczypospolitej. Wszystkie ziemie Rzeczpospolita odzyskała w 1699 roku na mocy postanowień pokoju w Karłowicach. Zwycięstwo miało też inny skutek. Chwała wojenna jaką zdobył hetman Sobieski sprawiła, że został wybrany na króla Polski (19 maja 1674). 

Ciekawostki: 1/ stara lipa pod którą wysłannicy Imperium Osmańskiego i Rzeczpospolitej podpisali traktat pokojowy jeszcze istnieje. Pytam spotkanego w rynku człowieka (ok. 30 lat), - ach ta lipa Chmielnickiego? - trzeba iść tędy wskazując bardzo uprzejmie drogę. 

2/Przed wojną, w Buczaczu w fabryce Potockiego, wyrabiano słynne makaty, znane także za granicą.   

3/ w Buczaczu 17 VII 1888 r. urodził się Agnon Szmuel Josef (pierwotne nazwisko do 1924 Czaczkes Samuel Josef, zmarł wRehovot, Izrael 17 II 1970) - twórca współczesnej literatury hebrajskiej, prozaik, pierwszy hebrajski laureat literackiej Nagrody Nobla (1966). Czy miał korzenie Złoczowskie skoro napisał wierszem: 

 

Przenieś mnie teraz

Do miasta Złoczowa

Gdzie dusza zazna radości od nowa

Tam pozwól zamieszkać

Na chwilę

Zamiast wędrować.

 

Jazłowiec  jedna z najstarszych osad polskich na Podolu. Własność Buczackich, którzy po osiedleniu się w Jazłowcu przyjęli nazwisko Jazłowieckich. Później właścicielami byli Radziwiłłowie i Koniecpolscy. W okresie I Rzeczypospolitej osadę zamieszkiwali również Ormianie, a miasto było siedzibą drugiego obok Lwowa biskupstwa kościoła ormiańskiego. W latach 1676-1684 Jazłowiec wchodził w skład Porty Osmańskiej. W mieście zachowały się ruiny dominikańskiego kościoła p.w. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Dach runął, pozostały ściany. Na jednej z nich płyta nagrobna Mikołaja Gomółki 1535 – 1591,  jednego z najstarszych polskich kompozytorów. Jazłowcu urodził się poeta Kornel Ujejski. 

Na wzgórzu za miastem zachowały się  ruiny twierdzy fortyfikowanej przez Jazłowieckich. Potem  twierdza była własnością Koniecpolskich. Aleksander Koniecpolski rozbudował go i herbami opatrzył. Przez pewien czas należał do Poniatowskich Kilkakrotnie zmieniał właścicieli. Teraz w kompletnej ruinie. Za ruinami zamku zachował się pałac i część dawnego klasztoru sióstr niepokalanek. Teraz są tu siostry Urszulanki. Opiekują się chorymi pensjonariuszami leczonymi w dawnym klasztorze założony w 1863 roku przez bł. Marcelinę Darowską). Pałacu zbudowan w latach 1644-1659 przez hetmana Koniecpolskiego, a od 1746 roku do końca XVIII wieku rodowa siedziba Poniatowskich. Tu Stanisław August Poniatowski spędził swoje młodzieńcze lata. 

Obok klasztoru Sióstr Niepokalanek utworzony został zakład naukowo-wychowawczy. Siostra przełożona mówi, że nie jest łatwo, że władze ukraińskie chętnie by się ich pozbyły. Jak przystało na dobre chrześcijanki, zaopiekowały się nami głodnymi podróżnikami. Czym mogły to poczęstowały. Barszcz był znakomity. My w rewanżu zostawiliśmy drobną ofiarę. 

Jazłowcem kojarzą się Ułani Jałowieccy. Mógłby ktoś pomyśleć, że tam stacjonował ich pułk. Otóż nie. W czasie wojny polsko – ukraińskiej, tu w dniach 11 – 13 lipca 1919 r. rozegrała się jedna z najważniejszych bitew w bratobójczej wojnie, w której zwycięzcami byli ułani XIV Pułku. Była to formacja wojskowa utworzona w Rosji w 1918 r. z żołnierzy pochodzenia polskiego. Twórcą Pułku Ułanów Jałowieckich był Konstanty Plisowski. Po bitwie major Władysław Nowacki napisał Hymn – modlitwę Ułanów Jałowieckich. Oto pierwsze strofy:  

Szczęście i spokój daj tej ziemi, 

Pani Co krwią spłynęła wśród wojen, pożogi. 

Do Cię swe modły zanosim, ułani 

Odwróć, ach odwróć, odwróć los srogi. 

        Słynną szarżę ułanów pod Jazłowcem uwiecznił na płótnie Wojciech Kossak.  

Ułani Jałowieccy stworzyli nad rz. Horyń, kilka kilometrów od Równego, „Osadę Jałowiecką”, która stała się siedzibą przechodzących do rezerwy żołnierzy chcących trudnić się rolnictwem. 

Czerwonogród - piękne popołudnie. Tutaj byliśmy wielokrotnie, ale niestety ze względu na padające deszcze widoczność zamku była ograniczona. Na tle lasu było tylko widać  opary wodospadu na rz. Drużyn. Tym razem nie już nie odpuściłem. Szukałem we wsi wozu konnego, który mógłby nas tam zawieźć. Nic z tego! Przy drodze stoi mikrobus, cos w rodzaju naszej nyski. Pytam jak dojechać do zamku, który stoi w głębokiej kotlinieMówi wsiadajcie. Poupychał nas jak śledzi, ale tak musiał wykonać dwie tury.  Droga polna po stromiźnie z zakrętamiZjeżdżamy. Mikrobus ledwie się mieści i niebezpiecznie przechyla się to w jedną, to w drugą stronę. Zamek rośnie jak na drożdżach. Im niżej zjeżdżamy, tym wyżej jest zamek. Patrząc z góry na rozległą dolinę ma się wrażenie, ze zamek i kościół stoją na płaskim terenie, natomiast stojąc na dnie kotliny widać, że zamek jest na niewysokim wzniesieniu. Wejście na górę zamkową przerasta moje możliwości. Ale poniżej jest jeszcze jeden obiekt godny uwagi. To wodospad na rz. Drużyn. Idziemy  zwartą grupą w stronę rzeki. Dżuryn płynie w głębokim jarze. Przed nami setki ton wody spływającej z wielkim hukiem po 16 metrowym skalnym zboczu. To robi wrażenie! Idę wąziutka ścieżyną biegnąca trawersem po stromym zboczu. Ogromny huk spadającej wody dodaje adrenaliny. Jestem już prawie u szczytu. Chwila nieuwagi, poślizg i zsuwam się po brzuchu do tej kipieli wodnej. Nachylenie zbocza jest tak duże, że między nogami widzę zbliżający się główny nurt rzeki. Będzie kąpiel. Na poziomie rzeki widzę zakotwiczony pręt metalowy uchwyt do wyjście z rzeki. Myśli biegną jak szalone, czy trafię nogami na ten pręt?, czy zatrzymam się? 

Udało się, ale nogi dygotały jeszcze przez godzinę. Ręce, nogi, twarz, otarte i krwawią.  Zostałem stamtąd wyciągnięty za ręce, bo nie byłem w stanie czymkolwiek ruszyć. Teraz tej przygody już nie żałuję. Jestem zadowolony, że i tam udało mi się zawędrować. Zobaczyć wodospad Dżurynu marzyło mi się wielokrotnie  Byliśmy tu już dwa razy, ale zawsze padał rzęsisty deszcz i po drugiej stronie rozległej kotliny urzekały mnie gęste opary spadającej wody. Sam wodospad przesłaniał gęsty las. Mogę śmiało powiedzieć: byłem, widziałem i zwyciężyłem własne słabości. Innym nie było do śmiechu. Z tej pułapki wydostałem się dzięki pani dr Barbarze i mojemu wnukowi. Akcja była natychmiastowa, szybka i skuteczna. Poobijany i solidnie opatrzony podążałem do mikrobusu czekającego ażeby w dwóch turach wywieźć nas na górę. W krótkim wiec czasie wszyscy byli już na górze i gotowi do dalszej drogi. Wspomnę, że stąd już krok do Beremian, gdzie twórczo pracował Kornel Ujejski siedząc na ławeczce pod ulubionym drzewem. Tu pisał listy spod Lwowa do lwowskiej prasy. Niestety tam nie pojedziemy. Droga fatalna, a czas nas goni. Zresztą po co? Nie ma tam już żadnego śladu.  Ktoś zapyta, dlaczego ta wieś galicyjska nazywa się Beremiany? Tam rz. Strypa łączy się z Dniestrem, więc prosi bere mene, (bierz mnie) przyjmij mnie.  

Kamieniec Podolski – nocleg w nowym hotelu Galina. Tu czeka nasz dobry znajomy Olek tutejszy Polak, historyk i przewodnik. Jutro w programie Stare Miasto i Twierdza. Od  1990 byłem tam wielokrotnie. Dobrze jest odświeżyć pamięć.  

         Z hotelu  „Galina”  do nowego mostu nad Smotryczem to około 500 m. Tu na północnym skraju miasta wykształcił się Rynek Ruski, Dziś teren jest zabudowany. Jest tu nowa cerkiew prawosławnaStąd dcentrum, też ok. 500 metrów. Miasto lokowane na prawie magdeburskim w 1374 przez księcia podolskiego Jerzego Koriatowicza. Wytyczono wtedy Rynek Polski, a w 1375 w narożu  wzniesiono drewniany kościół (później zbudowano katedrę Świętych Apostołów Piotra i Pawła). Na południe od Rynku Polskiego powstał Rynek Ormiański. Rynki otoczone są zabytkową zabudową. 

Spacerkiem po Starym Mieście 

          Pierzeja zachodnia  wzdłuż Rynku Polskiego.                                                                             W narożu katedra katolicka p.w. św. Piotra i Pawła z 1483 r., z Bramą Triumfalną z 1781 r., wzniesioną ku czci Stanisława Augusta Poniatowskiego. Z czasów tureckich pozostał minaret. Po odzyskaniu  miasta przez Polaków w 1699, na szczycie minaretu ustawiono drewnianą figurę Matki Boskiej, a w 1756 zastąpiono ją pozłacaną rzeźbą Matki Boskie, stojącej na kuli ziemskiej i półksiężycu. Rzeźbę wykonano w Gdańsku, ze stopu miedzi i srebra. Katedra kamieniecka jest jedynym na świecie kościołem katolickim, przy którym stoi minaret. Obok pałac biskupi. Idąc dalej w kierunku południowym jest Kościół Franciszkanów p.w. Wniebowzięcia NMP z 1616 roku i klasztor z XVII w., brak części górnej wieży. W podziemiach kościoła pochowano Jerzego Wołodyjowskiego.  

          Pozwolę sobie tu na małą dygresję.  Otóż obronę Kamieńca w 1672 r. opisał wierszem Makowiecki (podobno potomkowie tego rodu żyją w Hiszpanii). Była to zwykła rymowanka. Nie posiadała żadnej wartość literackiej, źle się czytała. Wiersz pozostał w rękopisie. Na prozę przełożył go Antoni Józef Apolinary Rolle (1830 – 1894) – polski lekarz psychiatra (absolwent Uniwersytetu Kijowskiego), historyk amator, autor licznych opracowań historycznych poświęconych kresom multańskim. (szkice historyczne i felietony sygnował pseudonimami: dr Antoni J., dr A. J., Adscriptus, Antoni J., Dr Antoni, Józef z Henrykówki, Pirożko Fulgencjusz. W Kamieńcu Podolskim mieszkał od 1861 r. w dworku przy ul. Karmelickiej. 

        Sienkiewicz pisząc powieść „Pan Wołodyjowski” przeszukiwał archiwa, by znaleźć pierwowzór Michała Wołodyjowskiego. Odnalazł dwóch żołnierzy o nazwisku Wołodyjowski. Z tekstu Rollego dowiedział się, że prawdziwy Wołodyjowski miał na imię Jerzy. Powieść już w odcinkach zamieszczano w warszawskim dzienniku „Słowo”, a także w Krakowskim „Czasie” i „Dzienniku Poznańskim”. Wydanie książkowe miało miejsce dopiero w latach 1887–1888. 

        Rzeczywistość była inna. 26 sierpnia 1672, szczupła załoga polska poddała na honorowych warunkach Kamieniec Turkom. Podczas ewakuacji twierdzy nastąpił przypadkowy wybuch w prochowni, (według wersji Cypriana Tomaszewicza) lub też spowodowany był przez oficera artylerii fortecznej Hejkinga (wersja Stanisława Makowieckiego), który podpalił 200 beczek prochu i spowodował zniszczenie Zamku Górnego, zabijając przy tym 500 do 800 ludzi, głównie komputowych Kozaków. W wybuchu zginął m.in. rotmistrz twierdzy Jerzy Wołodyjowski. Stanowisko rotmistrza w twierdzy otrzymał od hetmana Jana Sobieskiego Do1671 r. był komendantem stanicy rycerskiej w Chreptiowie (miejscowość między Kamieńcem a Mohylowem Podolskim). 

        Sienkiewicz znalazł się w kłopotliwej sytuacji i pytał historyków co ma zrobić, bo to co napisał odbiega od opisu Rollego. Profesor. literatury na Uniwersytecie Jagiellońskim poradził ażeby nic nie zmieniał, ponieważ jest dzieło literackie, a nie dzieło historyczne. 

Pierzeja południowa – wzdłuż Rynku Ormiańskiego.                                                              W narożu rynku (przy drodze do Twierdzy, kościół Trynitarzy (właściwie Zakon Trójcy Przenajświętszej, dawniej Zakon Świętej Trójcy od Wykupu Niewolników, zbudowany w 1712 r., w stylu barokowym. Na fasadzie znajdowała się kiedyś figura Pana Jezusa zrywającego łańcuchy z więźniów. Teraz Cerkiew greckokatolicka św. Jozafata. W drugim narożu Rynku Ormiańskiego stoi Ormiański Dom Handlowy z 1479 r., a tuż za nim przy ul. Tatarskiej (jeśli dobrze pamiętam nazwę) są ruiny Katedry Ormiańskiej. Obok stary kościółek ormiański, obecnie cerkiew prawosławna. Przy Rynku Ormiańskim jest piękna kamieniczka Ormiańska z XVII w. z wspaniałym podworcem.  W tej kamieniczce mieści się biuro dyr. Fencura, konserwatora zespołu urbanistyczno-architektonicznego Starego Miasta i Fortecy.  

Pierzeja wschodnia   od Rynku Polskiego oddzielona jest wąską uliczką zabudowaną kamieniczkami z XVII i XVIII w. Niektóre w kompletnej ruinie. Uliczka dobiega do pierzei północnejWchodząc w boczną uliczkę trafimy na uliczkę równoległą  do pierzei wschodniej, gdzie był nie istniejący już pałac komendanta twierdzy z XVIII w. -źródło: dr Henryk Kotarski, historyk współpracujący od wielu lat z konserwatorem zespołu urbanistyczno-architektonicznego Starego Miasta i Fortecy, zaś Wikipedia, (że przy Rynku Ormiańskim, ale nie podaje szczegółowej lokalizacji?). 

Centrum  Starówki  od północy zabudowane jest Ratuszem Polskim z końca XIV wieku (dawniej był tu plac targowy), teraz brak jednego skrzydłaPrzestrzeń  za ratuszem niezabudowana. Dawniej były tu kamieniczki XVII w. Mieszkała tu wyłącznie ludność polska (wg spisu ludności z 1700 r.) dyr. Fencur, konserwator zespołu urbanistyczno-architektonicznego Starego Miasta i Fortecy planuje odbudowę tych kamieniczek z funduszy UNESCO 

      Obok ratusza jest studnia ormiańska z XVIII wieku. Zbudował ją bogaty Ormianin. Woda okazała się nie do picia, więc stoi ku chwale Ormianina.  

      W części południowej Rynku Polskiego jest kościół p.w. św. Mikołaja i klasztor dominikanów zbudowany w stylu barokowym z 1616 r. Przebudowany w 1748 r., (kasata nastała w 1843),  obecnie siedziba paulinów. Fasadę kościoła zdobią barokowe rzeźby św. Jacka, św. Dominika, Matki Bożej Bolesnej i św. Mikołaja. Wewnątrz zachowała się  kamienna konstrukcja ambony (minbar) z czasów tureckich. Na ścianach malowidła upominające się o renowację. Kościół jest w remoncie.  

       Za czasów ZSRR mieściło się tu archiwum NKWD. W latach 90. XX w. odzyskany został  przez kościół rzymskokatolicki. W 1993 r.  pożar zniszczył hełm wieży i wnętrze kościoła (podobno podpalony przez Ukraińców). Konieczne było czasowe rozebranie hełmu wieży. Władze ukraińskie zagroziły jego ponownym przejęciem, jeśli do końca roku nie zostanie wykonany nowy dach. Dzięki pozyskanym środkom  od Stowarzyszenia „Wspólnota Polska, Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz prywatnych przedsiębiorców z Polski udało się uchronić świątynię przed ponownym jej przejęciem przez władze Kamieńca Podolskiego.  

      Po II rozbioru Polski (1793 r.) Kamieniec Podolski znalazł się w granicach Rosji. W 1797 r. stał się siedzibą guberni podolskiej, a później tylko powiatu kamienieckiego.  

      W 1798 szlachcic Antonii Żmijewski założył w mieście (w dawnym budynku kapituły unickiej) polski teatr (teatr kamieniecki). Wygląd gmachu nie wyróżniał się niczym stylowym, a sam teatr mieścił się w nim do 1803, kiedy został przeniesiony na plac ormiański. 

      Przy Rynku Ormiańskim  jest okazały gmach dziewiętnastowieczny w stylu klasycystycznym zbudowanym przez Rosjan. 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

wrzesień 2006 - cz. II

środa, 23 marca 2016 19:56

 

Forteca   

      Fortecę ze Starym Miastem łączy Most Turecki zbudowany przed 1494. Na krańców stały dwie nadbramne baszty od strony zamku: Baszta św. Anny z Bramą Stanisława Augusta i druga od wschodu zniszczona przez Turków w 1672 r. Pierwszym architektem był Hiob Bretfus, który pracował przy moście w 1544 roku przebijając w skałach pod mostem kanał. Most został poważnie uszkodzony podczas tureckiego oblężenia w 1672 roku. W 1685 roku jego arkady zostały obmurowane przez 500 okupujących miasto Turków. W ten sposób powstała w miejsce arkad jednolita ściana. Po odzyskaniu Kamieńca przez Polskę, w 1715 roku przeprowadzono częściowy remont. Ponowny remont wykonano w 1766 roku.  Aż do XIX wieku prowadziła po nim najważniejsza droga do miasta. W 1942 roku został częściowo poszerzony przez Niemców, a w 2000 roku most ten wpisany został na nowojorską listę World Monuments Watch, jako jeden ze stu cennych zbytków świata, którym zagraża zniszczenie. 

       O twierdzy wspomnę tylko, że zbudowana została w drugiej połowie XIV wieku z inicjatywy książąt Jerzego i Aleksandra Koriatowiczów i Spytka II z Melsztyna. Pod panowaniem polskim pozostawał od 1432 roku. Wielokrotnie była umacniana. Po klęsce warneńskiej został umocniony przez Jana z Tęczyna, Dzierżysława z Rytwian i Jana Ostroroga, wysłanych przez Kazimierza Jagiellończyka. Do umocnienia zamku przyczyniły się fundacje papieży Mikołaja V, Juliusza II i Leon X.                     

       W 1494 roku zamek posiadał dwie bramy: Miejską od zachodu i Polną od wschodu. W 1542 roku powstała basteja w południowo-wschodnim narożniku. Rozpoczęto też budowę nowej Bramy Polnej. W 1544 kolejną przebudowę prowadził architekt królewski Hiob Bretfus (Pretfus). W 1544 sporządził dokładny opis zamku, dobudował Basztę Nową Wschodnią, broniącą dostępu do bramy zamkowej, od zachodu Małą Zachodnią Basztę, a za nią potężną Basztę Nową Zachodnią  (przebudowaną przez Turków po zniszczeniach z 1672 r.). Pretfus wzniósł też Bramę Polną.   

       Dawniej na dziedzińcu zamku stał niewielki kościółek św. Stanisława. Po 1672 zamieniony przez Turków na meczet, a  później rozebrany. Zamek i Kamieniec Podolski pod panowaniem tureckim pozostawał przez 27 lat. Został odzyskany przez Polskę w 1699 r.  (po Pokoju w Karłowicach). W XVIII wieku przeprowadzono kolejne modernizacje pod kierunkiem Andrzeja Glovera. W 1762 roku Christian Dahlke zaprojektował dziedziniec południowy, a w 1783 roku odbudowano Bramę Polną według projektu Jana de Witte. W 1790 roku zbudowano zamkowe kazamaty i północy dziedziniec zamku według projektu Stanisława Zawadzkiego. 

Bakota 

Pierwsze dziejopisarskie wzmianki o Bakocie pochodzą z roku 1240. Wtedy Daniło Romanowicz szukał pomocy w wojnie przeciwko Złotej Ordzie na Węgrzech i w Polsce. Wtedy bojarowie rozdzielili między siebie ziemie i rządzili jako niezależni władcy. Bojar Dobrosław Sudicz zajął w 1240 r. Podole wraz z Bakotą. 
Pisząc o Bakocie trzeba wspomnieć o skalnym monastyrze, który był usytuowany na 120. metrowej skale a jego losy zostały splecione z tym rejonem na wiele wieków. Monastyr znajduje się na lewym-wschodnim rogu Kamieniecko-podolskiego Rejonu, obok wioski Goraiwka. Pierwsze pisemne wzmianki o monastyrze pojawiły się w Kronikach Wielkich Książąt Litewskich w XIV w. Kronikarz podajr o zajęciu Podola w 1362 r. przez litewskich prawosławnych książąt Koriatowiczów. Panowali aż do najazdu Tatarów. W kronikach jest zapisane: „ Koriatowicze wybudowali twierdzę na rz. Smotrycz. Oraz odnowili i umocnili miasto Bakota", gdzie w skalnych pieczarach nad rz. Dniestr mieszkali mnisi. Z kronikarskiego zapisu wynika też, że monastyr był założony na długo przed przybyciem Koriatowiczów. Dalsze losy monastyru są ściśle związane z historią Bakoty. Przyjmuje się, że w 1434r. Bakotę, monastyr i pieczary było spustoszone, a mnisi rozproszyli się. Monastyr długo stał pusty i był grabiony. Tylko w górnych częściach skał zostały zachowane resztki dawnych budowli, ale to tylko są przypuszczenia, a prawdziwy los monastyru z tych czasów nie jest znany. 
Około roku 1880 W. B. Antonowicz przybył do Bakoty i rozpoczął prace odkrywkowe i archeologiczne na Białej Górze, bowiem to miejsce ludność wskazała jako uroczysko-monasyrzysko, a także przekazała legendy związane z uroczyskiem. 

Jaremcza 

        Jedziemy drogą Stanisławów, Halicz do Truskawca, bo ktoś chce zobaczyć dom swojej cioci. Mkniemy więc szosą, omijając Stryj i Drohobycz, by jak najszybciej dotrzeć do Truskawca.  

Truskawiec - znaczące miasta przedwojennej Polski. W Stryju urodził się Kornel Makuszyński. Do gimnazjum chodzili tu Artur Grodger i Kazimierz Wierzyński. W pobliskiej wsi urodził się Stefan Bandera, syn ukraińskiego „świaszczennyka”. Dla Ukraińców bohater narodowy, dla Polaków okrutny przywódca nacjonalistów ukraińskich, odpowiedzialny za zamordowanie Tadeusza Hołówki w Truskawcu ministrze rządu polskiego Pierackim oraz za eksterminację narodu polskiego w latach 40. ub. wieku. 

        Po krótkim pobycie w Truskawcu, uraczeni słynną „naftusią”, podążamy do wyznaczonego celu, do goroduMusimy dojechać do drogi Stryj  - Mukaczewo. Miało być tylko 40 km, tymczasem wlekliśmy się po jakichś wertepach, aż w końcu wjechaliśmy na trzeciorzędną drogę,  wzdłuż doliny rz. Opór, nad którą leży miasto Skole. Tam urodził się w 1862 r. Stanisław Głąbiński; wybitny polityk i publicysta, profesor i rektor Uniwersytetu Lwowskiego, czołowy działacz Narodowej Demokracji, poseł do Rady Państwa (austro – węgierskiego parlamentu), wicepremier rządy Wincentego Witosa, poseł i senator Rzeczypospolitej 1928 – 35. J 

        Już widać zarys Gorganów, ale niestety droga znacznie się pogorszyła. Do Skolego nie dotarliśmy. Pojechaliśmy objazdem i pobłądziliśmy.  Kierowca jest w kłopocie - co dalej. Ktoś zgłasza się, że zna te tereny i może pilotować. Efekt był taki, że  Gorgany zniknęły z pola widzenia, a my przez kilka godzin jechaliśmy bocznymi drogami, aż wjechaliśmy na drogę szybkiego ruch Mościska – Sambo – Użgorod, biegnącą tuż przy granicy z  Polską. O zwiedzaniu Użgorodu nie było już mowy, bo do hotelu przyjechaliśmy nocą. 

 Lewocza przed XII wiekiem były tu osady słowiańskie, które prowadziły handel z Krakowem, miastami Hanzy i Wenecją. W połowie XII w. król węgierski Gejza II osiedlił w tym rejonie osadników niemieckich, z Saksonii. Najazd Mongołów w latach 1241-1242 zniszczył te osady. Jeszcze przed 1245 r., na ziemie spiskie przybywają Niemcy z SaksoniiNiemieccy koloniści założyli tu trwałą osadę. Pierwsza pisemna wzmianka pochodzi z dokumentu wydanego przez króla Belę IV w 1249 r. 

W 1271 r. Lewocza była już głównym ośrodkiem jednostki administracyjnej - Związku Sasów Spiskich (późniejszej prowincji XXIV Miast Spiskich), grupującej kolonie niemieckich górników na Spiszu. Od 1317 r. Lewocza  była już wolnym miastem królewskim. W 1402 r. król Zygmunt Luksemburski zwolnił kupców lewockich z obowiązku składu w całych Węgrzech. a w 1411 r. rozszerzył lewockie prawo składu również na kupców węgierskich z innych miast. W 1419 r. lewoccy kupcy zostali zwolnieni od płacenia cła na granicach państwa. W 1494 tu w Lewoczy spotkali się jagiellońscy władcy Polski, Litwy, Czech i Węgier. Mimo pożarów w 1550 i 1599 Lewocza szybko rozwijała się. Miasto dorobiło się wielu kościołów, trzech aptek, szkoły i drukarni (od 1624), działało tu ponad 40 cechów rzemieślniczych. Dobrobytu miasta nie podkopały najazdy husyckie w XV wieku, ponad stuletni (1435-1558) konflikt z pobliskim Kieżmarkiem o prawo składu ani nawet najazd turecki i wywołane nim zubożenie Węgier. W epoce powstań antyhabsburskich w XVII wieku rozpoczął się zmierzch miasta. 

W XVI i XVII wieku Lewocza była najważniejszym ośrodkiem ewangelicyzmu na ziemiach słowackich, jednak za czasów habsburskich doszło do niemal całkowitej rekatolicyzacji Lewoczy i całego Spisza. Miasto, które początkowo miało charakter czysto niemiecki, po wiekach uległo slawizacji do tego stopnia, że w latach czterdziestych XIX wieku powstał tu ośrodek narodowego ruchu słowackiego.  

Do 1923 Lewocza była ośrodkiem administracyjnym komitatu (żupy) spiskiego. Pod koniec II wojny światowej większość lewockich (i w ogóle spiskich) Niemców uciekła na zachód przed Armią Czerwoną, która zajęła miasto 21 stycznia 1945. W 1998 odbyło się tu spotkanie prezydentów 11 państw środkowej Europy. W 2009 roku zabytki Lewoczy zostały wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO jako rozszerzenie wpisu, obejmującego m.in. Zamek Spiski. 

Lewoczy w całości zachowało się stare miasto, otoczone murami obronnymi. Zwraca uwagę dobrze zachowana siatka ulic z wielkim, prostokątnym rynkiem (dziś główny Plac Mistrza Pawła, słow. Námestie Majstra Pavla). 

Gotycki kościół farny, trójnawowy, p.w. św. Jakuba w centrum rynku.  

Ratusz, pierwotnie gotycki, z końca XV w. Po pożarze w 1550 r., odbudowano w stylu renesansowym w latach 1551-1559. W 1615 r. dobudowano późno renesansowe arkady na parterze i piętrze. Ratusz połączony jest z renesansową wieżą, wzniesioną w latach 1656-1661.  Służyła jako dzwonnica miejska. W ratuszu jest siedziba Muzeum Spiskiego Przy ratuszu jest pręgierz kuta "klatka hańby" z 1600 r.  

Kamienice mieszczańskie w otoczeniu rynku - ok. 60 domów, należących niegdyś do bogatych kupców. Najładniejsza jest kamienica Thurzonów pod nr 7, z renesansową attyką.  

Stary kościół minorytów, tzw. gimnazjalny, przy ul. Klasztorskiej. Gotycki, z I połowy XIV w. Wybudowany dzięki donacji jednego z największych wielmożów górno węgierskich tamtych czasów, Magistra Doncza. Nawa kościoła została przebudowana w 1671 r. w stylu barokowym, z zachowaniem większość detali gotyckiej kamieniarki. Wewnątrz główny ołtarz z gotycką rzeźbą Madonny z XV w. i z barokowymi figurami węgierskich królów i jezuickich świętych.  

Nowy kościół i klasztor minorytów. Znajduje się przy Koszyckiej Bramie. Zbudowano go w miejscu po najstarszym koszyckim kościele, zburzonym po pożarze w 1747 r. Zabudowań klasztornych wzniesiono w latach 1748-1755 na planie litery "U".  

Kościół ewangelicki w południowej części rynku, klasycystyczny. Zbudowany w latach 1825-1837 według projektu architekta Antona Povolneho na planie krzyża greckiego i zwieńczony wielką kopułą. We wnętrzu z trzypiętrowymi emporami zwraca uwagę ołtarz główny z obrazem Chrystusa kroczącego po falach, pędzla lewockiego malarza Jozefa Czuczika. W kościele przechowywane jest cenne archiwum i bogata biblioteka. 

Wielki Župný dom, do 1922 r. siedziba Żupy Spiskiej. Zbudowany w latach 1806-1826 według projektu architekta Antona Povolneho, uważany jest za najpiękniejszą siedzibę żupy na całych dawnych Węgrzech. Klasycystyczna forma.  

Kamienica Mistrza Pawła z Lewoczy, obecnie siedziba muzeum. Mistrz Paweł z Lewoczy średniowieczny był rzeźbiarzem i malarzem, pracującym na terenach dzisiejszej Słowacji na przełomie XV i XVI wieku. 

Pozostały fragmenty murów obronnych z XIV - XVIII, liczących pierwotnie ok. 2 km długości, z sześcioma basztami i trzema bramami: Koszycką, Menhardską i Polską. 

 Co było do zobaczenia, zobaczyliśmy , a teraz prosto do Krakowa. Jeszcze jest widno, ale w Krakowie będziemy dopiero koło północy. 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

październik 2005

piątek, 05 lutego 2016 8:42

   Po wielu trudnościach, o których już wspominałem w dniu 21 października 2005 r., odbędzie się odsłonięcie pomnika upamiętniającego ofiary mordu dokonanego na ludności polskiej w Hucie Pieniackiej w dniu 28 lutego 1944 roku.

   Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Narodu Polskiego pokryje koszt autokaru, a my resztę. Wyjazd z Krakowa 20 października 2005, godz. 8:00 – parking przy Nowohuckim Centrum Kultury. Organizacyjnie jesteśmy przygotowani, niestety dwa dni przed wyjazdem rezygnację zgłosiły osoby z poza Krakowa (zachodnia i północna część Polski). Pojadą z Wrocławia z tamtejszym organizatorem wyjazdu. Stowarzyszeniem Upamiętnienia Ofiar Zbrodni Ukraińskich Nacjonalistów. Trudno się dziwić skoro Rada OPWiMNP opłaca im przejazd do Huty Pienieckiej i noclegi z pełnym wyżywieniem we Lwowie. My natomiast hotel w Złoczowie i żywienie opłacamy sami.

   Z Krakowa miało jechać 45 osób - jedzie tylko kilkanaście: członkowie „Klubu Złoczowskiego”, w tym osoby związane rodzinnie z Huta Peniacką, przedstawiciele Gminy Kraków, Krakowskiego Oddziału Stowarzyszenia „Wspólnota Polska” i Krakowskiego Oddziału Instytutu Pamięci Narodowej.

   Trudno, z wyjazdu nie zrezygnujemy, nawet jeśli trzeba będzie zapłacić za autokar z własnych skromnych środków. Skorygowaną listę przekazaliśmy już faksem do Rady do zatwierdzenia, opieczętowania, wydania przepustki samochodowej i plakietek VIP, niezbędnych przy przekraczaniu granicy. Wyjazd na nastąpić pojutrze, a tu zaczynają się schody. Dzwoni pracownica z Rady, że Sekretarz Generalny kwestionuje wyjazd niektórych osób. Łączę się z nim i pytam o co chodzi? – mówi, że ma zastrzeżenia do osób z Krakowskiego Instytutu Pamięci Narodowej IPN. Wyczuwam wyraźną niechęć do kolegów z Krakowa spowodowaną wcześniejszą urazą i żąda skreślenia ich z listy. Przecież oni prowadzą śledztwo w tej sprawie – odpowiadam. A dlaczego jadą przedstawiciele Urzędu Gminy Kraków. To już wprowadziło mnie w konsternację – nikogo nie wykreślę – odpowiadam i w tej sytuacji odwołuję wyjazd jeżeli do 18:00 nie otrzymam potwierdzenia, że dokumenty na wyjazd zostaną nam przekazane dzisiaj. Zadzwonił też do osoby, znajdującej się na liście, urodzonej w Stanisławowie, żony nasze Złoczowianina i w dodatku członkini naszego Klubu Złoczowskiego. Kobieta podenerwowana, powiedziała, że nie jedzie, bo mąż zachorował, ale uważa, że powinno tam być jak najwięcej. Sytuacja stała niejasna i mocno drażliwa, ale my z wyjazdu nie zrezygnujemy. Koszt autokaru pokryjemy z naszych skromnych środków finansowych, ewentualnie uczestnicy dopłacą.

   Przed 21:00 z Warszawy dzwoni ta sama pracownica z informując, że dokumenty zostały przekazane do wagonu pocztowego relacji Warszawa – Kraków i będą do odebrania przed północą. Mimo późnej nocy dokumenty odebrała koleżanka mieszkająca niedaleko dworca kolejowego i powiadomiła, że dokumenty dostarczy jutro przed wyjazdem.

   Rano 20 października, godz. 8:00 wszyscy są już przy autokarze, dokumenty też dostarczone. Jedziemy, na granicy żadnych problemów. Jedziemy już do Lwowa, gdzie przy Wałowej obok Prochowni planowany jest dwu godzinny postoju. Pan Stasio musi zregenerować siły po przebytych 380. km., jazdy non stop, a my w tym czasie, pobiegamy po Lwowie. Już jesteśmy na miejscu. Pan Stasio nabiera sił, a my biegamy po Lwowie, ale czas już wracać, bo o 17:00 ruszamy do Złoczowa.

   Pięć kilometrów przed Złoczowem, w Jasieniowcach, ktoś zauważa przy drodze nowy cmentarz. Zatrzymujemy się. Na krzyżach napisy 14 Dywizja Grenadierów ( już bez SS).

   Gwoli przypomnienia, czym była 14 Dywizja Grenadierów SS, jednostka wojskowa utworzona wiosną 1943 przez III Rzeszę z ukraińskich ochotników z Galicji. Tworzeniu dywizji patronował wówczas gubernator Dystryktu Galicja Generalnego Gubernatorstwa – Otto von Wächter, a ze strony ukraińskiej Ukraiński Komitet Centralny w Krakowie pod przewodnictwem Wołodymyra Kubijowycza i działacze OUN-M. Jednostka stacjonowała w Brodach i już w kwietniu 1944 w bitwie o Brody, poniosła znaczne straty. W okrążeniu w okolicy Buska znalazło się 7 niemieckich dywizji, oraz około 7 tysięcy żołnierzy 14 dywizji Grenadierów SS. Ostatecznie jednostki te zostały rozbite 22 lipca 1944. Około 800 żołnierzom wraz z dowódcą SS -Brigadeführerem Fritzem Freitagiem udało się przebić w rejonie Złoczowa i wycofać się w rejon Sambora i Turki, a stąd na Zakarpacie. Powtórne formowanie dywizji rozpoczęło się 15 września 1944 i odtworzeniu (do stanu około 11 500 ludzi). Na Słowacji dywizja walczyła z partyzantką w okolicach Żyliny. W początkach kwietniu 1945 w rejonie Grazu w Austrii, straciła około tysiąca zabitych i rannych. 19 kwietnia 1945 do sztabu dywizji przybył gen. Pawło Szandruk, (od 15 marca 1945 przewodniczący Ukraińskiego Komitetu Narodowego i głównodowodzący Ukraińskiej Armii Narodowej), podporządkował sobie SS-Brigadefuhrera Fritza Freitaga i przejął dowodzenie dywizją. Na jego rozkaz 25 kwietnia żołnierze tej dywizji złożyli przysięgę na wierność Ukrainie i umieścili na czapkach ukraińskie godło państwowe (tryzub). Po opuszczeniu linii frontu, 7 maja 1945 oddziały dywizji przeszły do brytyjskiej strefy okupacyjnej w Austrii. 10 maja 1945 SS-Brigadeführer Fritz Freitag popełnił samobójstwo, a komendę nad dywizją przejął gen. Mychajło Krat. Oddziały dywizji skapitulowały przed Brytyjczykami i Amerykanami w rejonie Tamsweg. Po kapitulacji jeńcy zostali przewiezieni do obozu w Bellaria, a następnie Rimini na terenie operacyjnym II Korpusu Polskiego we Włoszech. Generał Pawło Szandruk zażądał od Brytyjczyków spotkania w cztery oczy z generałem Władysławem Andersem, swym dowódcą z września 1939 r., a teraz dowódcą II Korpusu Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie na froncie włoskim. W konsekwencji osobistej interwencji gen. Andersa w Londynie, a także stanowiska Stolicy Apostolskiej, Brytyjczycy mimo sowieckich żądań nie wydali żołnierzy ukraińskich Stalinowi, gdyż uznali ich za obywateli polskich (byli nimi bezsprzecznie do 1939 – agresja nie zmieniała ich statusu prawnego i umożliwili im osiedlenie się w r. 1947 w Wielkiej Brytanii i krajach Wspólnoty Brytyjskiej.

   W Złoczowie już zapada zmierzch. Jeszcze krótki spacer. Jutro jedziemy do Huty Pieniackiej

   Rano, jak zalecała Rada, jedziemy najkrótszą drogą przez Ponikwę. Znam drogę, już nie raz tędy jeździłem do Huty Pieniackiej. Droga początkowo jako taka, ale im dalej zmienia się, po ulewnych deszczach na drodze dużo kałuż. Dojechaliśmy do miejsca, gdzie kałuża była już małym stawkiem. Z jednej strony skarpa a z drugiej las. Szerokość drogi bardzo zwężona. Co robić? – wracać do głównej drogi przez Brody, Podkamień i Pieniaki?

   Jesteśmy zablokowani, a już zbliża się godzina rozpoczęcia uroczystości. I tu właśnie chcę podkreślić silną wolę p. Stanisława. Przyjrzał się dokładnie rozlewisku, wrócił do autokaru, usiadł za kierownicą, mocno dodał gazu i już znaleźliśmy się w bajorze, ale zawieszeni przodem i tyłem autokaru w nad powierzchnią mętnej wody. Pan Stanisław próbuje ruszyć do przodu i do tyłu, a autokar ani drgnie. Pchanie nie pomaga, gdy tymczasem za nami ustawia się kolejka autobusów – piętrusów. One na pewno nie poradzą sobie z tym stawkiem, a nie wiadomo co jeszcze przed nami.

   Wysiadają pasażerowie, jest też Władek Bąkowski. Pytam co tak mało, przecież mogliby się zmieścić w jednym autokarze? Zostali we Lwowie – odpowiada. No to fajną zrobili sobie wycieczkę. Niezbyt to uczciwe.

   Pan Stanisław początkowo bezradny, teraz rozbiera się do spodenek i daje nura do tej mazi błotnistej. Po krótkim czasie wychodzi spod autokaru i obwieszcza teraz na pewno wyjedziemy z tego błocka. Pytam co się stało, czy mierzył głębokość bajora. Nie, odpowiada, ja tylko podniosłem autokar na pneumatycznych poduszkach. Biedaczysko nie miał gdzie się umyć, więc wytarł błocko liśćmi łopucha i trawą. Po chwili wsiada do autokaru, dodaje gazu i już jesteśmy po drugiej stronie bajora, a p. Stanisław, jak gdyby nic się nie zdarzyło, uśmiechnięty pędzi do przodu jak pozwala stan drogi z zawrotną szybkością 30-40 km/godz.

   Pan Stanisław, magik kierownicy, już od kilku lat jeździ z nami na Kresy. Pan Stanisław to bardzo miła osoba, pogodna i stale uśmiechnięta, życzliwa wszystkim, znosząca ze stoickim spokojem wszystkie dziwne fanaberie uczestników. Ma barek z gorącą czekoladą, kawą, sokami i innymi trunkami poza wysokoprocentowymi.

   A pozostałe autokary musiały wycofywać się tyłem, aż do lepszego odcinka drogi, a po tym przez Brody, Podkamień, Pieniaki, Hołubicę, Żarków, a my jedziemy przez olbrzymi kompleks leśny (starodrzew). Do Huty Pieniackiej wjeżdżamy od strony Żarkowa. Droga wyremontowana przez Polskę. W Żarkowie wsiada młoda kobieta – prosi żeby ja zabrać, bo tam zginął jej dziadek. Jakie piętno ciąży na tych ludziach, przecież ich dziadowie dopuszczali się rabunku po zagładzie Huty Pieniackiej, a teraz młodzi wspólnie mieszkają, a gdzieś w podświadomości trauma. wstrząsające, przykre zdarzenie powodujące trwałe zmiany w psychice; szok, wstrząs Jesteśmy na miejscu. Piękny okazały pomnik, w formie krzyża, na nim napis, po bokach dwie tablice z nazwiskami pomordowanych.

   Tłum ludzi, kwiaty, dziesiątki świateł w ciszy słychać jęki, krzyk mordowanych, płonące domy strzały

   Przez to wszystko przebija się szept rozmawiających Ukrainek z pobliskiej wsi to zrobili nasi! Co ty! Zawsze słyszałam ze to Niemcy. Nieprawda obiecali wielką wolna Ukrainę, dali mundury bron i kazali zabijać zabijali bo mówiono ze przed wojna nasi byli bardzo biedni i to przez polskich panów – wyjeżdżali do ameryki, ale wracali, budowali domy, zostawali na tej ziemi teraz tez wyjeżdżają do tej ameryki ale nie wracają

   W Hucie Pieniackiej po raz pierwszy byłem z początkiem lat dziewięćdziesiątych XX w. Przyjechałem tam z Władkiem Bąkowskim i Darkiem Walusiakiem dziennikarzem – dokumentalistą z krakowskiej telewizji, natomiast Władek z bratem Frankiem i córka Barbarą odwiedził Hutę Pieniacką już w 1989 r. Wtedy władze sowieckie po raz pierwszy upamiętniły ofiary tragedię. Książka pomarańczowa i książka bordo

   O pacyfikacji wsi w dniu 28 lutego 1944 informowała wydawana we Lwowie ukraińska gazeta Lwiwskie Wisti, podano również, że śmierć poniosło 868 osób w Hucie Pieniackiej.

   Jedynie dwa bataliony (I i II) 4. pułku policji SS walczyły na froncie i zostały zniszczone pod Brodami.

   4. Galicyjski Pułk Ochotniczy SS - policyjny; Galizisches SS Freiwilligen Regiment 4 – Polizei) – niemiecki pułk policji SS, utworzony został w maju 1943 z pierwszego poboru ukraińskich ochotników nie przyjętych z powodu stanu zdrowia lub warunków fizycznych, do 14 Dywizji Grenadierów SS.

   Zbrodnia w Hucie Pieniackiej – dokonana 28 lutego 1944 roku pacyfikacji polskiej ludności cywilnej w Hucie Pieniackiej. Pacyfikacji żołnierze 4 Pułku Policyjnego SS złożonego z ochotników ukraińskich pod dowództwem Oberstleutnanta Schutzpolizei Siegfrieda Binza, wraz z okolicznym oddziałem UPA i oddziałem paramilitarnym nacjonalistów ukraińskich, pod dowództwem Włodzimierza Czerniawskiego. Bezpośrednio po wojnie skazany został w Polsce na karę śmierci, m.in. za zbrodnię w Hucie Pieniackiej.

   Według IPN sprawcą zbrodni był I batalion 4 pułku policyjnego SS stacjonujący w Złoczowie.

   Pułk szkolony był w Niemczech, a następnie w Holandii. Liczył początkowo 1264 żołnierzy i oficerów. Jego dowódcą był Oberstleutnant der Schutzpolizei Siegfrie Binz.

   W połowie lutego 1944 pułk został rozlokowany na linii Złoczów – Brody – Zbaraż, kilkanaście kilometrów od linii frontu. Brał tam udział w operacjach przeciw partyzanckich. Został rozbity, a duża część jego żołnierzy zginęła pod Zbarażem. Pułk brał udział w zbrodniach w Hucie Pieniackiej, Podkamieniu i Palikrowach.

   W czasach ZSRR powstały dwa pomniki upamiętniające zbrodnię. Drugi z nich powstał w 1989 r. w 45. rocznicę wydarzeń; na głazie umieszczona była czerwona gwiazda i płyta z napisem, że winni zbrodni byli okupanci i bandy OUN. Pominięto informacje o narodowości zabitych, płyta i gwiazda zniknęły z głazu w latach '90., po uzyskaniu niepodległości przez Ukrainę.

   W 1989 r. osoby, które przeżyły zbrodnię i ich rodziny za zebrane pieniądze ufundowały drewniany krzyż. Obecnie istniejący pomnik wzniesiono w 2005 r. dzięki staraniom Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Strona ukraińska przez dwa lata blokowała umieszczenie daty zbrodni na monumencie.

   W październiku 2005 r., po odsłonięciu pomnika w Hucie Pieniackiej ukazały się wywiady i artykuły prasowe.

  Oto wywiad z prof. Mirosławem Popowyczem z Akademii Kijowsko – Mohylańskiej (Rzeczpospolita 248/22-23. X 2005) - cytat wypowiedzi - w kwestii mordu w Hucie Pieniackiej dokonanego przez SS Galizien i UPA:

   „Zbrodnia, która nigdy nie powinna ulec przedawnieniu. Przez dłuższy czas w naszym kraju toczyła się dyskusja – jaką rolę w drugiej wojnie światowej odegrała dywizja SS Galizien (Hałyczyna) i czy brała udział w akcjach odwetowych. Trzeba powiedzieć szczerze – ta formacja kolaborowała z faszystami, a współpraca z okupantem nikogo nie zwalnia z odpowiedzialności”.

   „Ukraińcy o tej sprawie wiedzą niewiele i to trzeba zmienić. Ujawnienie w całości prawdy historycznej oczyściłoby atmosferę. Myślę, że milczenie ukraińskich władz w kwestii drażliwych rozdziałów historii jest chybione. Dobrze by było, gdyby upamiętnienia miejsc kaźni wojennych, takich np. jak Huta Pieniacka, były poprzedzane specjalnym oświadczeniem rządu naszego kraju”.

   A w Polsce? Gazeta Wyborcza z 27 października 2005 r. zamieszcza artykuł pod wymownym tytułem Upamiętnijmy Ukraińców, gdzie w zakończeniu czytamy: „Marzy mi się też gest jeszcze szlachetniejszy; poparcie ze strony Polaków dla starań Galicjan o uznanie uprawnień kombatanckich żołnierzy UPA. Byłaby to wielka oznaka szacunku wobec byłych przeciwników, którzy dziś żyją w nędzy”. Pozostawiam ten artykuł bez komentarza.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

W GAZECIE LWOWSKIEJ 30 września 2004r. w AKTUALNOŚCIACH ukazał się taki artykuł:

czwartek, 14 stycznia 2016 19:10

   Wielki Finał VII Konkursu Recytatorskiego Poezji i Prozy Polskiej na Ukrainie.

 

   WIELKI FINAŁ odbył się w dniu 4 września 2004 roku w Sali lwowskiego Domu Nauczyciela. W tej samej, skąd kilka dni wcześniej odprowadzono w ostatnią drogę Jolantę Martynowicz, aktorkę Polskiego pochodzenia Teatru Ludowego. Wydaje się, że Jej duch, duch tej wielkiej Aktorki i Jurorki przecież, był z młodzieżą…Tak to się dzieje, że o rzeczach ważnych dowiadujemy się często przez przypadek. W ten sposób dowiedziałem się o tym konkursie. Pomyślałem sobie: „Nie może on pójść mimo oczu i uszu naszych Czytelników!” Nobilituje już samo jury: Krzysztof Orzechowski (dyrektor Teatru Juliusza Słowackiego w Krakowie), Anna Dymna, Kira Gałczyńska (córka Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego), Barbara Folwarczna, Teresa Starmach. No i Roman Maćkówka, prezes Stowarzyszenia Ziemi Złoczowskiej „Klub Złoczowski”. Wiadomo, że jego osoba podoba się nie wszystkim, ale impreza, którą organizuje od wielu lat, jest warta tego, żeby o niej napisać.  

    Rozmowy w…oczekiwaniu Uczestnicy konkursu, którzy zjechali się z różnych stron Ukrainy, przybywali do Lwowa od wczesnych godzin rannych. Niektórzy musieli wyjechać z domu skoro świt. Wskutek poślizgu w planie pracy jurorów, przesłuchania rozpoczęły się dwie godziny później. Oto co udało się w międzyczasie usłyszeć. Jak poinformował nas pan Roman Maćkówka, pierwsza runda eliminacji konkursowych odbyła się w maju. Przystąpiło do niej 137 osób. Były to eliminacje regionalne – od Złoczowa do Użgorodu. Do finały zakwalifikowało się 37 osób. Przygotowały one po dwa wiersze – jeden: Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, z racji trwającego jego roku, drugi – Juliusza Słowackiego, urodzonego właśnie 4 września. Byliśmy bardzo zaskoczeni tym, że nie startował nikt z Lwowa, a młodzi z Mościsk nie weszli do finału. Czas sprzyja rozmowom. Czekając na rozpoczęcie przesłuchań, udało się poznać bliżej uczestników konkursu, a także ich opiekunów.  

    Czortków Najodważniejsze w obcowaniu z „Gazetą Lwowską” okazały się dziewczyny z Czortkowa: Marianna Pomozybida, Maria Pawlukiewicz, Janika Kowalczykowa i Julia Żowtohołowa. Przyjechały pod opieką pani Uliany Nawłoki. Dziewczyny poznały i poznają poezję polską, kształcąc się w szkole sobotnio-niedzielnej. Uczęszcza do niej blisko sto osób. Działa ona przy Polskim Towarzystwie Kulturalno-Oświatowym im. Adama Mickiewicza. Wspaniałą entuzjastką sprawy kształcenia młodzieży jest pani Maria Pustelnik. Pomaga jej pani Anna Wołkowa. Dziewczyny, które przyjechały na konkurs do Lwowa, chodzą do szkoły sobotnio- niedzielnej już od 5 lat. Sporo dzieci, które do niej uczęszczały, już studiuje w Polsce, niektóre się „opierzyły” i mają tytuł magistra. Julia Żowtohołowow marzy o podjęciu studiów dziennikarskich lub polonistycznych. Dziewczyny, które przyjechały na konkurs, mają już wiele dyplomów. Przy szkole działa zespół taneczny „Karolinka”. Stroje krakowski zostały uszyte własnymi siłami. Dzięki pomocy z Polski został zakupiony sprzęt audio-wizualny. Ponieważ Ukraina jest teraz bliżej Europy, nauka polszczyzny przestała wystarczać. Młodzież chce się uczyć nie tylko angielskiego (już opanował cały świat), ale także francuskiego i niemieckiego. Szkoła sobotnio-niedzielna mieści się w budynku szkoły ukraińskiej. Z początkiem września dyrektor tej placówki bez wcześniejszego wypowiedzenia odmówił Polakom korzystania z pomieszczeń. Pani Uliana powiedziała, że takie działania są nie do pomyślenia w Roku Polski na Ukrainie. Nam też się tak wydaje. Na koniec powiedziano nam, ze w Czortkowie bardzo chcą czytać „Gazetę Lwowską”. Nasze pismo przestaje mieć charakter typowo miejski i zatacza coraz szersze kręgi. Bardzo nas to cieszy.  

    Kałusz z tego miasta na konkurs do Lwowa przyjechała Łesia Proń. W konkursach recytatorskich uczestniczy od 3 lat. W eliminacjach regionalnych otrzymała drugie miejsce. W ubiegłbym roku, na konkursie w Złoczowie, recytując poezje skamandrytów, także zdobyła drugie miejsce. Łesia Proń kształci się na Uniwersytecie Kultury w Równem. Studiuje reżyserię teatralną. Jest na pierwszym roku. Powiedziała nam , ze nie wyklucza współpracy z Polskim Teatrem Ludowym we Lwowie. Jej instruktorką jest Nadzieje Wańczak, która uczy języka polskiego w szkole sobotnio-niedzielnej. Na tegoroczny konkurs, którego eliminacje regionalne odbywały się w Stanisławowie (Iwano-Frankowsku), przyjechały dzieci z Kałusza, Bolechowa, Doliny, Kołomyi, Nadwórnej i innych małych miejscowości, gdzie są szkoły sobotnio-niedzielne. W Kałuszu funkcjonuje oddział Towarzystwa Kultury Polskiej im. Franciszka Karpińskiego w Stanisławowie.  

    Użgorod nad rzeką , za Karpatami, także uczą się polskiego i kochają poezję polską! Szkoła sobotnio-niedzielna działa tu od pięciu lat. W ubiegłym roku otrzymała ona patronat ks. Prof. Józefa Tischnera. Pani dyrektor Tatiana Pułyk powiedziała: „Działamy w duchu filozofii po góralsku. Mówimy po góralsku. Śpiewamy po góralsku i tańczymy. Mamy mentalność góralską”. Na konkurs przyjechali Juliana Melnyczuk (to już gwiazda użgorodska, laureatka wielu konkursów). Zachariasz Muszyński, Ewelina Górnicka, Romuald Górnicki, Tamara Podhorecka. W szkole im. Prof. Józefa Tischnera dzieci uczą się języka polskiego, historii, poznają polskie tradycje i obyczaje, mają lekcje religii. W ubiegłym roku realizowano tu program „Europa – nasz wspólny dom”. Szkoła współpracuje z placówkami w Rzeszowie i Głogowie. W tym mieście dzieci uczą się teraz języka ukraińskiego. W Użgorodzie w maju odbył się w tydzień kuchni polskiej, w Rzeszowie – ukraińskiej. :Bardzo wielu Polaków odkrywa dla siebie nasz kraj – Zakarpacie”. – mówi pani Tatiana. Do szkoły w Użgorodzie dojeżdżają młodzi Polacy z innych miast – MukaczewaPereczyna, w sumie jest ponad sto uczniów. Dewizą szkoły są słowa: „Nic na siłę!” Nikt dzieci  nie zmusza, same przychodzą, bo chcą się uczyć… Pedagodzy zaś kierują się dewizą patrona szkoły: „Wychowują jedynie ci, którzy mają nadzieję!” Nadzieja jest źródłem życia… Jeśli chodzi o plany życiowe młodzieży użgorodzkiej, to o aktorstwie marzy Zachariasz Muszyński. Jedna z dziewcząt, Tamara Podhorecka, studiuje stosunki narodowe, a poezja - to jej hobby. Ewelina Górnicka – to przypadek szczególny. Przez ostatni rok często chorowała. Miała bardzo groźną diagnozę. Brała bardzo drogie leki. Nie uczęszczała do szkoły ukraińskiej, chodziła tylko do szkoły polskiej. W maju została laureatką konkursu regionalnego. Przyjechała do Lwowa z mamą, bo nie może sama, bez opieki, wyruszać w długie trasy. Teraz czuje się lepiej.  

Stanisławów przyjechała stamtąd dziesięcioletnia Janina Kisielowa z mamą Heleną. Mimo tak młodego wielu, Janinka zdążyła już zdobyć dwanaście dyplomów i nagród, w tym – nagrodę główną na konkursie poezji Marii Konopnickiej w Przedborzu w 2003 roku. Pani Helena mówi, ze swojego dziecka do niczego nie zmusza. Miłości do uczenia się poezji i sztuki recytowania idzie od serca. Janina kształci się prywatnie w jednej ze szkół w Stanisławowie, gdzie język polski jest wykładany jako przedmiot. Poza recytacją (Janina lubi najbardziej wiersze Konopnickiej i Słowackiego) dziewczynka pasjonuje się też plastyką. W konkursie plastycznym im. Marii Konopnickiej w Żarnowcu dziewczyna zajęła drugie miejsce. Cieszy się, ze była w domu poetki. Jej marzeniem są studia w Polsce.  

Raz, dwa, trzy, start! W imieniu Polskiego Teatru Ludowego uczestników konkursu w jurorów przywitał Zbigniew Chrzanowski. I zaczął się maraton recytatorski. Były utwory liryczne, humorystyczne („Mężczyzna i kredens” Gałczyńskiego), recytowano „Zaczarowaną dorożkę”, Testament mój”, fragmenty „Balladyny”… Przesłuchania trwały długo, wszak uczestnicy zostali podzieleni na dwie grupy wiekowe. Dotrwaliśmy do końca.  

    O godzinie 16 Krzysztof Orzechowski, przewodniczący jury ogłosił werdykt:  

    Wyróżnienia otrzymali: Wiktor OstafilŁesia Proń, Tamara Podhorecka, Julianna Melnyczuk, III nagrodę: Tatiana Czernecka, Ewelina Górnicka, Maria Sira Wszystkie otrzymały książki o Gałczyńskim, podpisane przez panią Kirę Gałczyńską, II nagrodę przyznano Marii PawlukiewiczByła to książka o Gałczyńskim, discman oraz nagroda, wręczona przez konsula RP we Lwowie Marka MaluchnikaI nagrodę – książkę o Gałczyńskim oraz wieżę stereo otrzymał najmłodszy uczestnik konkursu, dziesięcioletni Oleg Stolar z Borysławia.  

    Najmłodsi uczestnicy: Zoriana Bruh, Marian Hordijczuk, Anna Zawalska i Janina Kisielowa otrzymali nagrody dodatkowe.  

    Wszyscy uczestnicy konkursu otrzymali wiersze Gałczyńskiego.  

    Anna Dymna wręczyła trzem osobą odznakę, która świadczyła o tym, że należą do rodziny poetyckiej. Ma ją już wielu aktorów. Teraz do tej rodziny należą Wiktor Ostafil, Oleg Stolar i Zachariasz Muszyński. Natomiast Janina Kisielowa otrzymała z rąk Krzysztofa Orzechowskiego album o Teatrze Juliusza Słowackiego „za największy teatr w poezji”. 

    Wrażenia jurorów  

    Krzysztof Orzechowski: Po raz pierwszy jestem we Lwowie i przewodniczącym jury tego konkursu. Miasta, z wyjątkiem Cmentarza Łyczakowskiego, nie zdążyłem poznać. Przyjechałem do pracy… Młodzież, która recytowała, odbieram wspaniale. Nie jest to żadna zdawkowa odpowiedź. W najśmielszych swoich oczekiwaniach nie przypuszczałem, że tak ogromna ilość dzieci, wychowywanych poza Polską, tak pięknie potrafi posługiwać się polskim słowem, jest zainteresowana poezją. Nie sądziłem, ze jest to taka rzesza. To, że do konkursu stanęło sto kilkadziesiąt osób, jest dla mnie niewiarygodnym doświadczeniem. Jestem szczęśliwy, że tak jest. Kiedyś sam dużo recytowałem. Jako zawodowy aktor udzieliłbym jednej porady, która jest chyba możliwa do spełnienia w tych warunkach, jakie tu są: myśleć, co się mówi, czuć to, co się mówi i starać się przekazać to słuchaczom. Żadne inne kryteria to nie wchodzą w rachubę. Nie wchodzi w rachubą dykcja. Są dzieci, które się uczą języka polskiego lepiej lub gorzej. Tu się liczy wyłącznie tak zwany komunikat prawdy. Trzeba mówić prawdę. Ci, którzy nam usiłowali powiedzieć jej kawałek i myśmy jej wysłuchali, okazali się zwycięzcami tego konkursu. Tak naprawdę, zwycięzcami są wszyscy. Wiem, jaki w to wkładają wysiłek i co to dla nich wszystkich znaczy,  

     Anna Dymna: Jestem we Lwowie po raz trzeci lub czwarty. Kiedyś, z Janem Englertem, Krzysztofem Kolbergerem, Katarzyną Figurą, Mariuszem Benoit grałam tu „Pana Tadeusza”. Na Dniach Krakowa recytowałam poezje Kochanowskiego. (W czasie Forum Wydawców 15 września Anna Dymna czytała wiersze o Krakowie – red). Ten konkurs jest nieprawdopodobnie wzruszającym przedsięwzięciem. Zwłaszcza w takich czasach, jakie mamy teraz, w sytuacji, w jakiej tutaj są Polacy. Teraz, kiedy niby liczy się tylko pieniądz, interes, są ludzie, którzy zajmują się poezją. Szukają w niej ukojenia i schronienia. Poezja jest ich przyjacielem. Odpowiada na różne pytania, na pewno pomaga żyć. Kto jest moim ulubionym poetą? Sięgając gdzieś tam daleko – na pewno Kochanowski. Jest bardzo współczesny. Mówi o tym samym, o czym my piszemy w tej chwili. Moim przyjacielem, wielkim i wspaniałym poetą był i jest. Oczywiście. nadal, Czesław Miłosz. Znam osobiście Wisławę Szymborską, Adama Zagajewskiego. Moim wielkim przyjacielem jest Józef Baran. Z Bronisławem Majem prowadzę salon poetycki. Ci poeci są moimi przyjaciółmi i nawet nie wiedzą, jak bardzo pomagają żyć. Z poetów zagranicznych bardzo kocham Szekspira. Uważam, ze jest wielki i ponadczasowy. Lubię Rilkego. Musiałabym wymienić długą listę. Kocham Jasienina, Achmatową, Cwietajewą. Ta poezja nie jest mi obca. Młodzieży, która dzisiaj wystąpiła, życzyłabym, żeby nigdy nie tracili zapału. Żeby byli tak piękni, jak dzisiaj. Żeby z takim zapałem recytowali obce dla niektórych słowa. Dowiedziałam się, że jeden z recytatorów zaczął się uczyć polskiego rok temu, a teraz tutaj mówił wiersze Gałczyńskiego i Słowackiego. Ja tę młodzież naprawdę podziwiam! Życzę, żeby młodzi nie stracili tej czystości, którą w sobie mają i tego zapału, bo to jest w życiu najważniejsze. Żeby im to towarzyszyło do końca życia.  


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Powroty na Kresy

sobota, 05 września 2015 20:26

Wrzesień 2004


„Konkursy Recytatorskie Poezji Polskiej na Podolu, Pokuciu i Zakarpaciu, promujące poezję: Adama Mickiewicza, Juliusza Słowackiego, Zbigniewa Herberta, Czesława Miłosza, Wisławy Szymborskiej, Cypriana K. Norwida, Tadeusza Różewicza, Skamandrytów organizowaliśmy od 1997 r.
Młodzież pełna entuzjazmu i chęci do pracy. Obserwowaliśmy jak z roku na rok podnosił się poziom warsztatu recytatorskiego młodzieży i radość nauczycieli prowadzących podopiecznych.
Kilka lat owocnej pracy i jedziemy do Lwowa na zapowiadany finał Konkursu Recytatorskiego poezji Konstantego I. Gałczyńskiego.
Do Lwowa zaproszono wszystkich laureatów z poprzednich konkursów, a było ich sporo.
Grupie jurorów przewodniczy Krzysztof Orzechowski, dyrektor Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, a wraz z nim kilkadziesięcioro finalistów oceniali Anna Dymna, Kira Gałczyńska, Teresa Starmach - „Wspólnota Polska”, Barbara Folwarczna - aktorka i choreograf z bielska – Białej. Ja się wymówiłem, bo miałem opuchnięte kolano od upadku, a na domiar w teatrze we Lwowie, tuż przed przesłuchaniem spadłem ze schodów uderzając tym bolącym kolanem o schody, a żeby było jeszcze ciekawiej, to trawiła mnie jakaś infekcja i byłem do niczego. Szkoda, później żałowałem, ale o tym za chwilę.
Wielogodzinne przesłuchania i wreszcie ustalenie laureatów finału, rozdanie dyplomów i nagród.
I miejsce przyznano 9. letniemu uczniowi z Borysławia, bo miał taki ładny wschodni zaśpiew?
II miejsce zdobyła Maria Sira z Kamieńca Podolskiego za „NA DZIWNY A NIESPODZIEWANY ODJAZD POETY KONSTANTEGO”.
Kolejnymi miejscami podzieli się: Andrzej Rozowski i Krystyna Dubina z Kamieńca Podolskiego, Jowanna Melniczuk i Ewelina Górnicka z Użgorodu, Natalia Dyptan z Borysławia, Julia Bezdil ze Stanisławowa, Irena Brunda z Czortkowa, i Łesia Proń z Kałusza – nie sporządzono protokołu, a nie wiele zapamiętałem.

Ból kolana i infekcja sprawiły, że nie brałem aktywnego udziału w jury i tu pierwsze potknięcie, nie poproszono do jury dyr. teatru p. Chrzanowskiego, drugie, niespodziewanie Anię Dymną zauroczył zaśpiew chłopca z Borysławia i przyznano mu I miejsce i wszystkie nagrody powędrowały do niego, a było ich sporo i cenne, Pozostali otrzymali tylko dyplomy, które jury zapomniało podpisać i tom poezji Konstantego I. Gałczyńskiego. (na dyplomach był tylko mój podpis złożony wcześniej z pieczęcią „Klubu Złoczowskiego”). Szkoda, że nie było naszej „Żelaznej Damy” Elżbiety Mach. Elżbieta dopilnowałaby przebieg finału w sposób profesjonalny - ma doświadczenie z pracy w teatrze.

Konkurs został zakończony i w pobliskim kościółku, w pięknej scenerii rozpoczyna się „Spotkaniem z polską poezją i muzyką”. Poezję Gałczyńskiego i Słowackiego czytają Anna Dymna i Krzysztof Orzechowski, a uczestniczka konkursu Ewelina Górnicka, lat 16 z Użgorodu z dużym wdziękiem recytuje wiersz K. I. Gałczyńskiego „Jedenaście kapeluszy” oraz wiersz Juliusza Słowackiego „W pamiętniku Zofii Bobrównej”. Wystąpiła też z recitalem fortepianowym Maria Baka–Wilczek z Krakowa, która wykonała utwory Chopina, Paderewskiego, Szymanowskiego, Lutosławskiego, a p. Kira Gałczyńska podzieliła się wspomnieniami z domu rodzinnego, przybliżając postać Konstantego I. Gałczyńskiego w jego twórczości i w życiu prywatnym. Są podziękowania, są też kwiaty.
Konsul RP we Lwowie p. Marek Maluchnik w bardzo ciepłych słowach dziękuje wykonawcom i organizatorom imprezy za bardzo udany i wzruszający wieczór.
Co prawda atmosfera spotkania w kościółku była bardzo gorąca, ale niestety w udział wzięło jedynie około stu osób w podeszłym wieku. Jak na kilkunastotysięczną lwowską polską społeczność powiedziałbym „liczba zdumiewająca, żeby nie użyć słowa –żenująca”. Brak było zupełnie młodzieży z polskich szkół we Lwowie, one przede wszystkim powinny być zainteresowane takim niecodziennym wydarzeniem kulturalnym. Brak było także liderów i działaczy lwowskich polskich organizacji, co wywołało nie małe zaskoczenie wśród gości przybyłych z Polski, zauważyłem też duży smutek na twarzy dyrektora Teatru Polskiego p. Orzechowskiego.
Chociaż był to dzień wolny od pracy (sobota) i odpowiednia pora – godz. 17:00, a „Spotkanie z polską muzyką i poezja” zapowiadane było przez Polskie Radio we Lwowie przez kolejne dwie soboty poprzedzające imprezę (informowała red. Anna Gordijewska) zainteresowanie było znikome. O „Spotkaniu z Polską Poezją i Muzyką” informowały plakaty w języku polskim i ukraińskim rozmieszczone w szkołach, kościołach, siedzibie T.K.P.Z.L. i innych instytucjach użyteczności publicznej. Tym zajął się p. Alfreda Klimczaka - przedstawiciel Teatru Polskiego we Lwowie.
Po siedmiu latach pracy finał we Lwowie miał być benefisem dla uczestników wszystkich konkursów recytatorskich i gala rozdania nagród laureatom. Tak się nie stało. Zawiodła organizacja i lwowska społeczność polska. Tego nie przewidzieliśmy. Jakże odmienne było spotkanie w Krzemieńcu. Niespełna 300 osobowa społeczność Krzemieńca stawiła się a auli miejscowej szkoły muzyczne. Sala była wypełniona, gdzie jest ok. 200 miejsc siedzących. Szkoda, że tam nie zaplanowano finału konkurs w dniu 4 września dniu urodzin Juliusza Słowackiego, gdzie co roku spotykają się poeci i pisarzy polscy i ukraińscy a udział Anny Dymnej i Kiry Gałczyńskiej byłby okrasą zjazdu pisarzy.
Na 5 września zaplanowano spotkanie z Polską Poezją i Muzyką w Krzemieńcu. Do Krzemieńca jechaliśmy przez Busk, Olesko i Brody. Ania Dymna urodziła się wprawdzie wiele lat po wojnie w Legnicy, ale jej dziadkowie i matka przed wojną mieszkali w leśniczówce gdzieś za Brodami. Przypomniałem to Ani –odpowiedziała już się pomodliłam.
W Krzemieńcu niespodzianka spotkanie odbyło się przy nadspodziewanie licznej ok. 200 osobowej wspaniałej widowni, na czele z proboszczem tamtejszej parafii i przedstawicielami miejscowych władz oświatowych.
Wdzięczność mieszkańców Krzemieńca za przyjazd krakowskich artystów, wyrażona została szczerymi łzami. Były też kwiaty i autografy. Jak oni to przeżywali, jak głęboko zakorzeniona w nich jest polskość.
Po występie aktorów odbył się koncert fortepianowy p. Marii Baki. W programie było też zwiedzanie kościoła rzymskokatolickiego p.w. św. Stanisława, w którym jest pomnik Juliusza Słowackiego oraz odnowionego już muzeum Juliusza Słowackiego. Odrestaurowanie zabytkowego domu planowano już u schyłku XX wieku, lecz względy ekonomiczne zdecydowały, że odnawianie rozpoczęło się dopiero w 2001 roku, a zakończyło w maju 2004. Wtedy, po blisko dwóch wiekach, miejsce to stało się ucieleśnieniem marzeń Słowackiego o domu w Krzemieńcu. Spotkaliśmy się też w domu bardzo sędziwej p. Ireny Sandeckiej, nestorki społeczności polskiej (93 lata), która przez wiele lat była podporą polskości w Krzemieńcu i jak mówią działacze tamtejszej organizacji polskiej do dziś bez jej akceptacji nie sposób podjąć jakiejkolwiek decyzji..
Goście z Polski byli oczarowani Krzemieńcem, gościnnością mieszkańców, dbałością o zabytki i podtrzymywaniem tradycji polskich. Przyrzekali, że na pewno jeszcze przyjadą. Niestety - jak to bywa w życiu „obiecanki cacanki a…” – nie przyjechali.
To był ostatni konkurs recytatorski realizowanym przez „Klub Złoczowski”. Dalsze kontynuowanie przekazaliśmy Krakowskiemu Oddziałowi Stowarzyszenia „Wspólnota Polska”. Konkursy już nie miały takiej oprawy artystycznej, wiadomo to duże koszty. Wszystko co robiono wcześniej, było robione społecznie. Nawet środki finansowe na nagrody trzeba było wywalczyć.

Organizowane konkury pozwalają na bezpośredni zetkniecie się z klasyką polskiej literatury i pogłębienie o niej wiedzy. Wspaniały był kontakt z młodzieżą, z pokorą przyjmowali porażki i z wdzięcznością odbierali nagrody. Wszyscy otrzymywali dyplomy i życzono im sukcesu w kolejnym konkursie.

Po powrocie do kraju p. Kira Gałczyńska w obszernym tekście „Lwowskie godziny” napisała: (cytuję fragmenty - pełny tekst zamieszczony został w książce Powroty na Kresy – seria reportaży 1997 – 2006, Tom II, Biblioteka Złoczowska, Kraków 2008)
…zostałam zaproszona przez Klub Złoczowski na finały VII Konkursu Poezji i Prozy Polskiej, w którym ponad trzydziestka uczniów polskich szkół podstawowych i ponadpodstawowych z Borysławia, Złoczowa, Krzemieńca, Kamieńca Podolskiego, Czortkowa, Stanisławowa, Kałusza, Doliny, Bolechowa, Kołomyi, Użhorodu trudno tu wymienić wszystkie miejscowości – mówiła polską poezję, tym razem wybrane utwory Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego i Juliusza Słowackiego…
…młodzi dopisali, nie zawiedli, to oni ten kolejny trudny egzamin zdali znakomicie. Jeśli coś, według mnie, zazgrzytało to, to, że nie przyszli na niezwykły koncert poetycki w wykonaniu Anny Dymnej i Krzysztofa Orzechowskiego, wzbogacony o recital pianistyczny Marii Baki-Wilczek. Wieczór niezwykły i wzruszający pod każdym względem! A przecież obecność tych dwojga artystów (a szczególnie Anny Dymnej, którą nazywam instytucją poetycką w polskim teatrze współczesnym, choćby ze względu na jej miłość do poezji, co w dzisiejszych czasach nie jest ani codziennością, ani tym bardziej realizowaną wśród aktorów praktyką), tworzyła wprost niebywałe okazje i możliwości. I – aż trudno uwierzyć! – nikt z tego nie skorzystał! Zadziwił mnie także brak widzów – słuchaczy, Polaków, których we Lwowie nie brakuje. Co sprawiło brak zainteresowania mediów? Jestem przekonana, że podobnie niezwykłe imprezy nie odbywają się we Lwowie, co tydzień, więc dlaczego takie małe zainteresowanie młodzieży z polskich szkół!? W czasie rozdania nagród i w koncercie poetyckim wziął udział Konsul tamtejszego konsulatu polskiego, natomiast zupełnie zabrakło przedstawicieli lwowskich organizacji polskich. Dlaczego imprezę zignorowano? Coś niedobrego dzieje się wśród tamtejszej społeczności polskiej!...
…jeszcze jeden osobisty akcent. Po przesłuchaniach, po rozdaniu nagród (a były pod każdym względem imponujące, zaś dla mnie szczególnie miłe, bowiem każdy z uczestników otrzymał tom poezji K.I.G.) podeszła do mnie Maria Sira z Kamieńca Podolskiego i wręczyła mi rękopisy wierszy, które pisze od kilku lat. Był to najbardziej wzruszający dla mnie gest: szlachetnie prosty, piękny i tak niespodziewanie bogaty, bo obdarowujący mnie zaufaniem. Czy nie nadmiernym? Wiersze Marii stanowią dla mnie najbardziej niezwykłą pamiątkę moich lwowskich godzin. Dziękuję Ci za nią, Mario…
No cóż, powiem tylko gorzka prawda.

 

 

 

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

sobota, 27 sierpnia 2016