Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 253 535 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

WSPOMNIENIOWE NADWISŁOCZE

poniedziałek, 29 grudnia 2014 16:44

Marta Gdula – Żukowicz

 

„Rodzinne wspomnienia” 

 

Część II - wątki złoczowskie 

 

Podczas wojny światowej toczyły się w rejonie miasta walki rosyjsko-austriackie i rosyjsko-niemieckie, w wyniku których m.in. zniszczono zamek Sobieskich. Pod Złoczowem walczono też w sierpniu 1920 roku, podczas wojny polsko-bolszewickiej. 

Według informacji zawartych w przewodniku Wojewódzkiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego, wydanym w roku 1929, czyli kilka lat po osiedleniu się dziadków w Złoczowie, miasto posiadało wówczas ponad 11000 mieszkańców.  

Oprócz rozlicznych instytucji państwowych i samorządowych, swoje siedziby miało tu siedem baków: Gospodarczy, Eskontowy, Handlowy, Kooperatywny, Rzemieślniczy, Spółdzielczy Kresowy i Zaliczkowy oraz Oddział Biura Podróży „Orbis”. 

Na terenie miasta znajdowały się trzy kościoły (w tym dwa greko-katolickie), trzy szkoły powszechne (w tym jedna ukraińska), polskie i ukraińskie gimnazjum oraz prywatne seminarium nauczycielskie, w miejsce którego w późniejszych latach utworzono gimnazjum kupieckie. 

Funkcjonowały tu dwa szpitale (w tym jeden wojskowy), trzy apteki, żydowski Dom Starców, Dom dla Nieuleczalnie Chorych, a także Zakład Pogrzebowy, Zawodowa Straż Ogniowa, elektrownia, ujęcie wody pitnej i oranżeria. Miasto posiadało dwa młyny, olejarnię, kilka piekarń, ubojnię drobiu, trzy rzeźnie, kaszarnię, Zakłady Ogrodnicze, kilka restauracji, kawiarnię i cukiernię oraz kino i pięć księgarni. Dysponowano również stadionem miejskim, odkrytym basenem kąpielowym, dwoma kortami tenisowymi i kręgielnią. 

Na terenie Złoczowa funkcjonował Dom Żołnierza 52 Pułku Piechoty, Towarzystwo „Strzelec”, Polskie Towarzystwo „Sokół”. Cywilno-Wojskowy Klub Sportowy „Janina”, z pełnym zapleczem socjalnym (szatnie, bufet, prysznic). Na klubowym stadionie przygotowywano co roku w zimie lodowisko, które, dzięki oświetleniu elektrycznemu, funkcjonowało codziennie do późnych godzin wieczornych, przy czym w godzinach popołudniowych łyżwiarskim popisom bywalców towarzyszyła orkiestra wojskowa. 

Znajdowało się tu także kilka fabryk, produkujących m.in. wyroby metalowe, chemiczne, spożywcze i papiernicze, dwa tartaki, trzy garbarnie, dwie cegielnie oraz trzy drukarnie (w tym sławne na cały kraj wydawnictwo Zuckerkandla, specjalizujące się w wydawaniu bryków oraz tanich książek, w wersji tzw. Kieszonkowej), jak również polskie i ukraińskie kooperatywy, takie jak: „Chliborob”, „Inwalidzka Spółdzielnia dla Handlu i przemysłu”, „Kółko Rolnicze”, „Narodna Tarhowka”, „Powiatowa Gospodarka Spożywcza”, „Samopomicz”, „Praca”, „Spółdzielnia 12 Pułku Artylerii Polowej”, „Spółdzielnia 52 Pułku Piechoty Strzelców Kresowych”, oraz „Spółdzielnia Rzemieślników Chrześcijańskich”. 

Jeśli chodzi o strukturę społeczną miasta, to znaczącą grupę stanowili rzemieślnicy, tacy jak: bednarze, blacharze (10), cieśle, cukiernicy, dekarze, fryzjerzy (14), garbarze, geometrzy, introligatorzy, jubilerzy, kaflarze, kapelusznicy, kotlarze, kowale, krawcy (10), kucharze, kuśnierze, lakiernicy, malarze, mechanicy, murarze, powroźnicy, rymarze, rzeźnicy (19), stolarze (16), szewcy (18), ślusarze, tapicerzy, technicy dentystyczni, tokarze i zegarmistrze. 

Mieszkało tu również sporo przedstawicieli tzw. wolnych zawodów, m.in. dwudziestu lekarzy (w tym dwu stomatologów), trzech weterynarzy, trzy akuszerki, dwudziestu dziewięciu adwokatów i trzech notariuszy oraz spora grupa oficerów i podoficerów, którzy pełnili służbę w złoczowskim garnizonie. 

W okresie międzywojennym w złoczowskim garnizonie stacjonował 52 Pułk Strzelców Kresowych, 12 Pułk Artylerii Lekkiej oraz Szwadron Kawalerii Konnej (ułani). 

Rodzinne Gniazdo 

Dziadek Matuszko, który jeszcze przed wojną pracował jako murarz w wielu budowlach, między innymi w Warszawie, i  miał dość duże doświadczenie w swoim zawodzie, został skierowany do kierowania pracami przy remontach oraz budowie różnych obiektów wojskowych, należących do tutejszego garnizonu. Swoją służbę w Złoczowie rozpoczął od nadzorowania pracy przy budowie osiedla oficerskiego, znajdującego się na obszarze koszar.  

Młodzi zamieszkali w jednym z pierwszych domów tego osiedla, dzieląc go z inną rodziną oficerską, starszym małżeństwem, z którym do tego stopnia się zaprzyjaźnili, że podpułkownik Alfred Schmidt został ojcem chrzestnym ich najstarszej córki Władysławy – mojej mamy, a jego żona matką chrzestną drugiej z córek, rok młodszej Józefy.  

Z panem podpułkownikiem znał się dziadek jeszcze z czasów wojny polsko – bolszewickiej. W Złoczowie pełnił on do, 1928 roku, funkcję komendanta Wojskowej Komendy Uzupełnień, a następnie został przeniesiony do Gniezna.  

           Ponieważ na terenie koszar nie było wówczas jeszcze kasyna oficerskiego, moja babka – będąc jedną z nielicznych kobiet mieszkających na terenie koszar, które nie były jeszcze obarczone potomstwem – podjęła się, przez pewien czas gotowania obiadów dla samotnych oficerów. 

Dziadkowie mieszkali na terenie garnizonu do końca 1937 roku, czyli do czasu kiedy dziadek przeszedł na wojskową emeryturę. Tu przyszły na świat ich kolejne dzieci: Władysława w 1922, Józefa w 1923, Zygmunt 1927 i Stanisław w 1925 roku. Babcia zajmowała się prowadzeniem domu oraz wychowywaniem coraz liczniejszej gromadki, w czym pomagała jej przyjęta do pracy, dziewczyna oraz ordynans dziadka, który zawsze towarzyszył paniom przy dokonywaniu większych zakupów.    

           Natomiast dziadek, który był człowiekiem głęboko wierzącym po codziennej, porannej mszy, udawał się do swych wojskowych obowiązków.  

Odejście dziadka na emeryturę zbiegło się niemal dokładnie w czasie z przejęciem dowództwa w złoczowskim garnizonie przez generała Stanisława Dąbka, który zarządził, zgodnie z rozkazem naczelnych władz wojskowych, aby ze względu na bezpieczeństwo, wszystkie rodziny oficerskie zamieszkały poza terenem koszar. 

Rodzina mamy przeniosła się wówczas do kamienicy znajdującej się przy ulicy Jana III Sobieskiego. Zamieszkanie na mieście przyśpieszyło podjęcie przez dziadka decyzji, dotyczącej budowy domu, na zakupionej wcześniej parceli, znajdującej się w Złoczowie, przy ulicy Henryka Sienkiewicza (dawniej Kolejowej).  

Niestety wybuch wojny przerwał prace przy budowie domu i dopiero w 1942, już za Niemców, udało się go ostatecznie ukończyć. 

W czasie swojej długoletniej służby, nie mówiąc już o jego żołnierskich zasługach, jakie odniósł – tak podczas I wojny światowej, jak i w czasie wojny 1920 roku – dosłużył się zaledwie stopnia chorążego, pełniąc – po wielu latach – funkcję szefa służb kwatermistrzowskich, tutejszego garnizonu, co moja mama przypisywała niechęci dowództwa – zwłaszcza po przewrocie majowym – do byłych hallerczyków. Ja natomiast myślę, że przeszkodą na dalszej drodze do awansu stanęło po prostu średnie niepełne wykształcenie dziadka. 

Ale jako fachowiec, posiadający uprawnienie budowlane, był bardzo ceniony, o czym zapewne świadczy powierzenie mu funkcji szefa służb kwater mistrzowskich złoczowskiego garnizonu, a także pełnienie przez niego nadzoru różnego rodzaju umocnień obronnych, zwłaszcza w drugiej połowie lat 30-tych, czy też siedziby złoczowskiego oddziału Towarzystwa Szkoły Ludowej. 

Po przejściu na wojskową emeryturę założył własne przedsiębiorstwo budowlane, w którym zatrudniał kilkanaście osób. Dowodem na markę, jaką posiadała jego firma, był chociażby fakt, że w 1938 roku wygrał przetarg na budowę tak prestiżowego obiektu, jak nowa siedziba złoczowskiego Starostwa. 

 

WOJENNE LOSY 

 

Pierwsze dni po wybuchu wojny 

Pod koniec sierpnia 1939 roku dziadek, podobnie jak wielu innych emerytowanych oficerów i podoficerów, zgłosił się do złoczowskiego garnizonu, gdzie powierzono mu ponownie funkcję szefa kwater mistrzowskich. 

Pierwsze dni po wybuchu wojny były wypełnione wytężoną pracą nad sprawnym zaopatrywaniem – w niezbędną broń, amunicję i inne wyposażenie wojskowe – udających się na front jednostek. Kolejne dni to dozbrajanie zgodnie z rozkazami napływającymi z linii frontu, znajdujących się tam jednostek i jednoczesne, pośpieszne wyposażenie kolejnych jednostek drugiego rzutu, tworzonych ze zgłaszających się do garnizonu rezerwistów. 

Kiedy 17 września okazało się, że od wschodu, w zaskakująco szybkim tempie zbliżają się do Złoczowa wojska sowieckie, co do prawdziwych intencji których kierownictwo garnizonu złoczowskiego nie miało najmniejszych złudzeń, wydano rozkaz wymarszu pozostałych na terenie garnizonu wojsk na południe, z poleceniem zabrania całego pozostającego w dyspozycji zapasu broni, amunicji i innego wojskowego sprzętu. 

Dziadek wraz z drugim rzutem 52 Pułku Strzelców Kresowych, wyruszył na południe i 22 września dotarł do miejscowości Tłumacz, gdzie zgodnie z rozkazem Rydza-Śmigłego, postanowiono poddać się zbliżającym się oddziałom sowieckim, mając nadzieje, że dzięki temu uda się uniknąć krwawych zajść, jakie miały miejsce w Tarnopolu, o których słyszeli już wcześniej, od mieszkańców miejscowości znajdujących się na trasie ich przemarszu. 

Oczekując na zaborców i nie spodziewając się po nich niczego dobrego, każdy na własną rękę szukał sposobów zminimalizowania czekającego go niebezpieczeństwa, jakie niechybnie groziło im z rąk „wyzwolicieli”. Niektórym udało się zdobyć, od miejscowej ludności, cywilne ubrania, co umożliwiło im podjęcie próby powrotu do domu na własną rękę. Pozostali, po złożeniu broni, uformowani w długą kolumnę, eskortowaną przez żołnierzy sowieckich o azjatyckich rysach zwanych przez polską ludność „kałmukami”, wyruszyli wczesnym rankiem następnego dnia szosą w kierunku Horodenki. 

Ponieważ dziadkowi nie powiodła się próba zdobycia cywilnych ubrań, postanowił na najbliższym postoju spróbować ucieczki. Kiedy po wielu godzinach marszu zatrzymano się na krótki odpoczynek dziadek, tuz przed ponownym wyruszeniem kolumny, zaczął przewijać onuce i w chwili wymarszu jeńców pozostał w tyle, czego na szczęście w pierwszej chwili nie zauważyli konwojujący żołnierze. 

Wykorzystał to i jak mógł najszybciej, kilkoma susami dopadł pierwszych drzew pobliskiego lasu. Usłyszał za sobą świst kul i wściekłe wrzaski „kałmuków”, ale nie zważając na nic biegł dalej, zagłębiając się coraz bardziej w las. Po pewnym czasie, na szczęście, krzyki i strzały umilkły. 

Był wolny, ale jednocześnie zdawał sobie sprawę z czyhającego go w powrotnej drodze niebezpieczeństw. Wiedział już o bandach Ukraińców, napadających na powracających do domu polskich żołnierzy i innych uciekinierów, jak również na miejscowości zamieszkałe przez Polaków. Obawiał się też spotkania z sowieckim wojskiem. Postanowił więc przedzierać się w kierunku Złoczowa tylko nocą. 

Nieraz widział z oddali łuny pożarów i dochodziły go odgłosy, od których jeżył mu się włos na głowie. To nacjonaliści ukraińscy w sposób bestialski rozprawiali się z mieszkańcami polskich wsi. 

Podczas powrotu żywił się resztkami tego, co pozostało mu w plecaku i tym co znalazł do jedzenia w lesie i nocami na polach. 

Po kilku dniach, późną nocą, dotarł w końcu do Złoczowa. W tajemnicy przed dziećmi, które już na szczęście spały, przebrał się w cywilne ubranie, kazał babci ukryć mundur i wojskowe dokumenty, a sam, po zjedzeniu pierwszego, po wielu dniach, normalnego posiłku, po czym pożegnał się z żoną i najbliższym pociągiem odjechał do Lwowa, gdzie zamieszkał w baraczku na kupionej przed wojną parceli, a właściwie w wiśniowym sadzie, znajdującym się na lwowskiej Sygniówce. 

Dzięki mężowi swojej siostry Marii – Janowi Domańskiemu, który pomagał mu w zdobywaniu różnych, dorywczych prac, ukrywał się tam, aż do wkroczenia niemieckich wojsk w czerwcu 1941 roku, pracując najczęściej jako murarz. 

W tym czasie nie pomagał swojej rodzinie, bo dorywcza praca, jaką od czasu do czasu udało mu się wówczas zdobyć, wystarczała zaledwie na to, aby przeżyć, a poza tym zdawał sobie, również sprawę z tego, że – jako rodzinie zawodowego polskiego podoficera – grozi im z rąk sowieckich poważne niebezpieczeństwo, chociaż nie przypuszczał wtedy, jak poważne. 

 

Za Sowietów 

 

Z chwilą wyjazdu dziadka do Lwowa, rodzina mamy znalazła się w bardzo trudnym położeniu. Z jednej strony obawiano się zsyłki, która mogła nastąpić w każdej chwili, z drugiej zaś rodzina pozostawała niemal bez środków do życia. Codziennie kładli się do snu w ubraniach z lękiem, że w środku nocy obudzi ich odgłos dobijających się do drzwi żołdaków. Co wieczór, przed położeniem si e do łóżek, przygotowywano tobołki zawierające: odzież, pościel, zapasy jedzenia i najpotrzebniejsze sprzęty – na drogę w nieznane. Babcia całymi dniami przygotowywała suchary, które pakowała potem do osobnego worka. Z każdym dniem ubywało znajomych. 

Aż w końcu przyszła wiosna 1940 roku taka noc, kiedy do ich kamienicy, gdzie oprócz nich, w mieszkaniu naprzeciw mieszkała rodzina majora Sroczka, którego los po zakończeniu kampanii wrześniowej nie był znany, zawitali sowieci. Kiedy zaczęto dobijać się do mieszkania sąsiadów, rodzina mamy zamarła z przerażenia, a po chwili wszyscy, jak jeden mąż, zaczęli po cichu odmawiać „Pod Twoją obronę”,  nasłuchując jednocześnie z natężeniem, co dzieje się w sąsiednim mieszkaniu. 

Widzieli przez wizjer jak sąsiadka szlochając opuszcza wraz z córkami Danką i Zulą swoje mieszkanie, przy wtórze wrzasków popychających je żołnierzy, którzy zaczęli się z kolei dobijać się do mieszkania dziadków.  

Po otwarciu drzwi przerażona babcia ledwie zrozumiała, że każą jej pójść do sąsiadów, gdzie w jej obecności spisano cały, pozostawiony przez rodzinę dobytek, a sporządzoną listę wręczono oszołomionej babci z poleceniem, że ma wszystko sprzedać, a następnie rozliczyć ze sprzedanego majątku z radziecką władzą. 

Pani Soroczak udało się jedynie, korzystając z chwili nieuwagi żołnierzy, którzy zajęci byli „inwentaryzacją”, szepnąć mojej mamie, że schowała na strychu tobołek z pościelą, którą prosiła, aby do ich powrotu przechować.  

Z powierzonym majątkiem miała babcia mnóstwo kłopotów. Zgłaszający się kupcy, głównie żony sowieckich wojskowych, Ukraińcy i Żydzi, chcieli za bezcen wyłudzić pozostawiony przez sąsiadów dobytek. Zdarzały się też i zabawne sytuacje. 

Pewnego dnia zgłosiły się do babci dwie kobiety, żony sowieckich oficerów, zwanych przez Polaków „oficerszami”, które kupiły koszule nocne, będąc świecie przekonane, że to balowe suknie. 

Pomimo tej niby stabilizacji, cały czas obawiano się tego co przyniesie jutro. Babcia najbardziej bała się, że jako rodzina wojskowa, mogła w każdej chwili znaleźć się na listach do zsyłki w głąb Rosji. Dopiero wiele lat po wojnie zrozumiała dlaczego tak się nie stało. Otóż, jak już dziś wiemy, wszystkich polskim oficerom i podoficerom, którzy znaleźli się w niewoli sowieckiej, mówiono, niedługo przed dokonaniem na nich egzekucji, że zostaną zwolnieni i powrócą do domów. Pozwolono im o fakcie zawiadomić rodzinę z czego wszyscy chętnie skorzystali, chcąc uspokoić swoich najbliższych.  

Niestety nie mieli wtedy najmniejszego pojęcia, o czym teraz już wiemy, że adresując listy, skazują automatycznie najdroższe sobie osoby na straszny los zesłańców, do dopiero wiele lat po wojnie okazało się, że w tym samym czasie kiedy rozstrzeliwano kwiat polskich wojskowych  i inteligencji, ich rodziny, zamieszkałe na terenach znajdujących się pod sowiecką okupacją, były wywożone w głąb Rosji. 

Tak wiec dopiero po wielu latach biedna babcia zrozumiała, że to ucieczka jej męża z szeregów pędzonych na wschód jeńców oraz jego późniejsze ukrywanie się we Lwowie i niekontaktowanie się w tym czasie z rodziną, o co miała przez długi czas do niego pretensje, uchroniły ją i dzieci przed wywózka. 

 

Z beztroskiej młodości w dorosłość 

 

W chwili wybuchu wojny moja mama miała 17 lat. Będąc zapaloną harcerką, uczestniczyła w lipcu 1939 roku, w kolejnym obozie harcerskim. Wcześniej organizowano je w nieodległych od Złoczowa okolicach, najczęściej pod Zaleszczykami. Tym razem zorganizowano obóz nad Bałtykiem, w okolicach Gdyni, dzięki czemu mogła po raz pierwszy zobaczyć polskie morze i poznać okoliczne zabytki. 

We wrześniu miała rozpocząć naukę w II klasie liceum, a ponieważ była dobrą uczennicą, to po ukończeniu szkoły, zamierzała studiować medycynę na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. 

Wybuch wojny pokrzyżował te wszystkie plany. Sowieci na terenach przez siebie zajętych wprowadzili „diesiatilietkę” i mama z dnia na dzień znalazła się zamiast w drugiej klasie polskiego liceum, w ostatniej klasie ruskiej „diesiatilietki”. 

Po zdaniu egzaminów końcowych, do których musiała wkuwać na pamięć, między innymi, treść konstytucji ZSRR po rosyjsku, jak również w przyspieszonym tempie nauczyć się podstaw języków rosyjskiego i ukraińskiego, została skierowana na roczny kurs nauczycielski do Lwowa, a po jego ukończeniu rozpoczęła pracę w szkole w podzłoczowskich Zazulach. 

 

Lata 1939 – 1941 – spotkania z przyjaciółmi 

 

Podczas nauki na kursach nauczycielskich zorganizowano uczestnikom wycieczkę do Kijowa. Po drodze zwiedzano kołchoz, który zapewne miał przekonać ich do tego, jakim wspaniałym i postępowym państwem jest Kraj Rad. 

Rzeczywiście kołchoz zrobił na nich niemałe wrażenie. W obszernych, wyłożonych białymi kafelkami oborach stały rzędem zadbane, wypasione krowy, a wokół nich uwijały się dojarki, ubrane w białe fartuchy i w białych chustach na głowach, które uzbrojone w gumowe rękawice, doiły z wielką wprawą kolejne sztuki. Było czysto i schludnie. Z zawieszonych na ścianach głośników płynęła skoczna muzyka. 

Być może obrazek ten przekonałby do Kraju Rad niejednego z uczestników wycieczki, gdyby nie to, że w drodze powrotnej samochód (rodzaj osinobusu), którym jechano, zepsuł się. Kierowca  próbował go uruchomić, ale nic z tego nie wyszło. Kiedy zrobiło się zupełnie ciemno, ujrzano na horyzoncie jakieś światełka. Postanowiono tam szukać pomocy. 

Kiedy błotnistą, rozjechaną drogą, dobrnięto w końcu na miejsce, okazało się, że migocące w oddali światełka, to również kołchozowe zabudowania, ale to co zobaczono, było zupełnie różne od zwiedzanego wcześniej obiektu. Walące się budynki, zabiedzone zwierzęta, niechlujni i pijani pracownicy, jednymi słowy głód, smród i ubóstwo. Ot i czar prysł. 

 

PRACA I ŻYCIE PRYWATNE 

 

Do szkoły na Zazulach, do której skierowano mamę po kursie, musiała pieszo dochodzić codziennie parę kilometrów, bez względu na pogodę czy porę roku. Uczyła głównie ukraińskie dzieci, oczywiście po ukraińsku. W klasie miała dzieci w różnym wieku. Oprócz zupełnych maluchów były i kilkunastoletnie. Najstarszym był 17-letni Ukrainiec, z którym niewiele starsza od niego nauczycielka w żaden sposób nie umiała sobie poradzić. W końcu napisała kartkę do rodziców, z prośbą o kontakt i wysłała przez jedno z młodszych dzieci.  

W trakcie kolejnych lekcji wtargnął do klasy ojciec chłopca, który wysłuchawszy skarg na swego ancymonka, bez słowa wyciągnął z portek gruby pas i zlał nim do krwi synalka, na oczach całej klasy i mojej przerażonej mamy, której w końcu udało się, z wielkim trudem, oderwać rozwścieczonego ojca od swej ofiary. Zdarzenie to tak nią wstrząsnęło, że postanowiła już nigdy nawet przy największych kłopotach wychowawczych, nie szukać pomocy u rodziców swoich podopiecznych.  

Prace nauczycielki wykonywała do drugiej połowy czerwca 1941 roku, czyli do momentu wkroczenia Niemców do Złoczowa, zapewniając niezbędne środki materialne rodzinie i dając im poczucie pewnej stabilizacji, co w tamtych czasach było niezmiernie istotne.  

Oprócz pracy i rozlicznych rodzinnych obowiązków znajdowała, podobnie jak wszyscy młodzi ludzie, również czas na spotkania ze swoimi szkolnymi koleżankami: Lusią Grabowską, Urszulą Bogdanowicz czy Krysią Śniadecką, a także z ówczesną sympatią Tadeuszem Maćkówką, z którym znała się jeszcze z Gimnazjum. 

Jego rodzice byli przed wojną właścicielami największej i najlepszej cukierni w mieście. Podczas okupacji sowieckiej ich cukiernię upaństwowiono i z dnia na dzień z właścicieli stali się jej szeregowymi pracownikami, a asortyment wypiekanych ciast stał się – ze zrozumiałych zresztą względów – znacznie uboższy niż ten przed wojną. 

Z początkiem 1943 roku cała rodzina Maćkówków wyjechała do Krakowa. Przez jakiś czas młodzi pisali do siebie, ale pod koniec wojny kontakt między nimi zupełnie się urwał. Pod koniec 1945 roku lub na początku 1946 roku Tadeusz odszukał moją matkę w Leżajsku, ale okazało się, że na odbudowanie związku jest już za późno. 

Mama była już wówczas mężatką. Według relacji jej najbliższej, leżajskiej koleżanki – pani Władysławy Markiewiczówny, po mężu Drożdżalowej, która wiele lat później opowiedziała mi tę historię, oboje przepłakali kilka godzin, oczekując na pociąg, którym szkolna miłość mojej mamy znikła z jej życia na zawsze. 

Przymierzając się do pisania dalszej części wspomnień, dotyczących powojennych losów ojca i całej naszej rodziny, szukałam również kontaktu z osiadłą w Krakowie rodziną Maćkówków, którzy tak byli ważni dla mojej mamy, że przez całe życie przechowywała mały album zawierający jej panieńskie zdjęcia, których pokaźną część stanowiły zdjęcia z rodzinnych spotkań u Państwa Maćkówków, a także kilka portretowych zdjęć ukochanego Tadzia, który był przystojnym i eleganckim mężczyzną. 

Myszkując pewnego dnia po Internecie, natknęłam się na bloga, który, jak się później okazało, prowadził jego młodszy brat Roman. 

Tu dowiedziałam się, że jego właściciel, pan Roman Maćkówka był do końca 2009 roku Prezesem Międzynarodowego Stowarzyszenia Rodzin i Przyjaciół Ziemi Złoczowskiej. 

W marcu 2009 roku odważyłam się, w księdze Gości na jego blogu, napisać parę słów, przedstawiając się, jako córka Władysławy Matuszkówny, zapytując, czy jest on może krewnym Tadeusza i jeśli tak, prosiłam o kontakt, podając swój adres mailowy. 

Tuż przed świętami Bożego Narodzenia pan Roman odezwał się, przysyłając mi drogą mailową dwa zdjęcia mojej mamy, jedno portretowe, a drugie grupowe z rodzinnej imprezy u państwa Maćkówków. W kolejnej korespondencji przesłał mi informacje, które zamieszczam poniżej. 

„Pani Marto, witam serdecznie! Dziękuję za list i bardzo ciekawe informacje o rodzinie. Ja zbieram materiały do książki o rodzina złoczowskich i ich późniejszych losach. Gdyby Pani mogła napisać krótką notę o rodzinie mamy. Skąd przybyli do Złoczowa. Czym się zajmowali. Gdzie ich korzenie? Ma to być słownik rodzin złoczowskich. Mam już dużo materiału, który trzeba uporządkować i ułożyć w jakąś sensowną całość. Nie wiem czy Pani dysponuje wiedzą o tych sprawach? Myślę, że o dziadkach na pewno będzie wiedziała. Moja kuzynka mieszkała po wojnie w Leżajsku w tej samej kamiennicy na parterze i widziała o całe zajście z postrzeleniem Pani dziadka. Imię mojej kuzynki to Urszula z Bogdanowiczów. Od Włady była młodsza o dwa lata, a teraz mieszka w Puławach. 

Jeżeli chodzi o mojego brata Tadeusza, to do Krakowa przyjechał z Ojcem, jeszcze podczas okupacji niemieckiej i podjął tu pracę, chroniąc się przed ewentualną wywózką do Niemiec. Kraków zajęty został przez wojska sowieckie – jak wiadomo – 17 stycznia 1945 r., a wojna zakończona została dopiero w maju 1945 r. 

Ojciec szukał odpowiedniego lokalu na cukiernię w Bydgoszczy, gdzie mieszkała moja ciotka, siostra Ojca. To się nie powiodło więc pojechał do Legnicy, gdzie otworzył cukiernię przy ul. Pańskiej (główna ulica w mieście) oraz drugą na ul. Górali, którą prowadził brat. Tak więc z perspektywy czasowej, podanej wyżej, brat mój mógł być w Leżajsku jesienią 1945 r. Być może, że to wówczas rozstrzygnęły się dalsze ich losy. 

Brat miał duże powodzenie i Pań, ale jakoś nie spieszył się do „żeniaczki”. Trwało to szereg lat. W końcu został zmuszony. Czy był szczęśliwy tego nie wiem. Miał syna i dwie córki. Jedna mieszka w Krakowie, a syn i druga córka są w USA. 

Czy Włada była szczęśliwa? – przepraszam, że o to pytam. Chcę po prostu wiedzieć, czy ich uczucia były na pewno szczere i głębokie, bo jak pamiętam jeszcze okres złoczowski, to Włada czuła się u nas jak w rodzinie. 

Niestety losy różnie się układają, nie zawsze po myśli, a najczęściej wbrew niej. 

Przepraszam, że tak bezpośrednio piszę, ponieważ wiem, że młodzi często chcą dociec tego, co nie było im dane. 

Czy w albumach są zdjęcia brata i z jakiego okresu? Jeżeli będzie Pani miała jakieś pytania, to proszę pisać. Na wszystko odpowiem, oczywiście co jest mi wiadome. 

Pozdrawiam! Roman brat Tadeusza” 


Podziel się
oceń
8
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Wspomnienia o moim ojcu – Antonim Kociubińskim nauczycielu ze Złoczowa i z Krynicy.

czwartek, 27 listopada 2014 19:27

Młody, szczupły pan z bujnym lokiem zaczesanym na bok i w okularach, spacerujący ulicami Złoczowa lub udający się do jednej z tamtejszych szkół to Antoni Kociubiński, nauczyciel geografii, harcerz, społecznik i wielki przyjaciel młodzieży. Znała Go cała szkoła i społeczność przedwojennego Złoczowa, znali i sanowali rodzice i mieszańcy tego wspaniałego królewskiego miasta, tak jak On szanował i poważał wszystkich tych, z którymi się spotykał, z którymi pracował i którym przekazywał swoją wiedzę. A była ona rozległa tak jak jego zainteresowania i pasje. Kochał to co robił: pracę z młodzieżą, szkolne wycieczki krajoznawczo-poznawcze, a nade wszystko pracę w harcerstwie. Do harcerstwa należał od najmłodszych swoich lat najpierw jako uczeń Szkoły Powszechnej i Państwowego Gimnazjum im. Króla J. Sobieskiego w Złoczowie, potem jako student Uniwersytetu im. J. Kazimierza we Lwowie, a po studiach jako zastępca hufcowego Hufca Złoczowskiego (1928-1938) i członek Komendy Hufca w Samborze (gdzie został skierowany do pracy w szkole w roku szkol.1938/39) na stanowisku referenta drużyn. Uczestniczył i organizował zloty harcerskie i obozy, na których był instruktorem kartografii i terenoznawstwa (m. innymi. 3-tyg. obóz letni w Gołogórach w 1932 roku, a wcześniej - jako zastępca Komendanta – obóz w Podkamieniu k. Brodów połączony z 60 km. marszem, zlot harcerski w Tarnopolu w 1930 r.). Uczestniczył również w wycieczkach szlakiem Sobieskiego do Białego Kamienia, Oleska, Podchorców w 1931 roku, a także marsze do Zbaraża i inne. W 1934 uzyskał w Złoczowie stopień Harcerza Rzeczypospolitej. W 1938 r. po przeniesieniu do Sambora otrzymał odznakę Harcerza z czasów walk o Niepodległość. Swoim ideałom harcerskim z lat młodości pozostał wierny do końca życia. Młodzież złoczowska Go kochała, a On odwzajemniał te uczucia.

 

Jego wychowankowie wiedzieli, że mogą na niego liczyć, że ich wysłucha zrozumie, poradzi i pomoże, jeśli będzie taka potrzeba. Był osobą niezwykle kulturalną i taktowną. Doceniały to szczególnie seminarzystki z Prywatnego Seminarium Nauczycielskiego Żeńskiego im. M. Konopnickiej w Złoczowie, gdzie uczył geografii i nauki o Polsce współczesnej w latach 1929-1933. Chętnie uczestniczyły we wszystkich organizowanych przez Niego szkolnych imprezach, uroczystościach i biwakach harcerskich – bowiem seminarium miało swoją

 

drużynę skautowską, której Antoni Kociubiński był opiekunem. Imponował swoja erudycją, kulturą osobistą, i ogładą towarzyską, toteż niejedna seminarzystka się w Nim podkochiwała, jak to zazwyczaj bywa gdy młody i przystojny nauczyciel uczy w żeńskiej szkole. Niejednej z nich mocniej biło serduszko w jego obecności, ale On nie zwracał na nie uwagi bo był już zaręczony i data ślubu wyznaczona. Jednak jego przeznaczeniem było wybrać i pokochać jedną z nich – Janeczkę Obertyńską, moją mamę – która w 1929 r. zapisała się do tej szkoły po ukończeniu nauki w Gimnazjum Ziemiańskim PP. Benedyktynek w Staniątkach. Ich ślub odbył się w 1934 r. w dwa lata po tym jak Janeczka uzyskała dyplom ukończenia szkoły i w rok po tym jak Antoni Kociubiński przestał już tam pracować. Byli idealnym, szanującym się małżeństwem, które przeżyło wspólnie 38 lat w szczęściu i miłości pomimo trudów okresu wojennego, przymusowej rozłąki, potem ekspatriacji i życia na nowym miejscu, w nowej powojennej rzeczywistości, a także – a może przede wszystkim – dużej różnicy wieku. Antoni Kociubiński urodził się w 1902 roku w Pieniakach pow. Brody, Janeczka Obertyńska – złoczowianka – przyszła na świat w 1913 roku.

 

Prywatne Seminarium Nauczycielskie Żeńskie im. M. Konopnickiej nie było ani pierwszą, ani jedyną szkołą złoczowską, w której Antoni Kociubiński uczył geografii. Zaraz po ukończeniu studiów w 1928 r. na wydziale matematyczno- przyrodniczym Uniwersytetu im. J. Kazimierza we Lwowie – dział geografii z geologią (studia w latach 1923-1928) i po przedłożeniu pracy końcowej, oraz zdaniu ostatnich egzaminów u prof. Eugeniusza Romera podjął pracę w Prywatnym Koedukacyjnym Gimnazjum Kupieckim Z.P.O.K. oraz w 3-letniej szkole Handlowej T.S.L. (lata 1928-938) ucząc geografii, historii i reklamy, a także opiekując się drużyną harcerską. Pełnił tam równocześnie obowiązki dyrektora szkoły w latach1934/36). Wykładał także swój przedmiot na Kursie Handlowym dla Dorosłych. W latach 1933 -1938 sekretarzował w Państwowym Gimnazjum im Króla J. Sobieskiego w Złoczowie tj. w szkole której był uczniem i absolwentem w 1923r. Rok przed wybuchem II wojny światowej objął posadę nauczyciela w II Liceum i Gimnazjum Państwowym w Samborze, uczył tam również w 10-letniej Pełnej Szkole z polskim językiem nauczania ( 1939-1940) Wrócił do Złoczowa aby pracować w 10- letniej Szkole z jęz. polskim nr 2, a także w szkole nr 4 oraz w latach 1941-1944 w Państwowej Szkole Handlowej Wyższego Stopnia z polskim językiem nauczania. Równocześnie w latach okupacji niemieckiej prowadził tajne nauczanie w Złoczowie przygotowując młodzież do matury (od 1 II 1942 r. do 15 V 1944 r). Ostatni tajny egzamin dojrzałości na którym Antoni Kociubiński był egzaminatorem odbył się 15 V1944 roku w budynku szpitalnym dla pełnej konspiracji. Niedługo potem musiał opuścić swoje ukochane miasto (ze względu na bezpieczeństwo) szukając schronienia w Krynicy, gdzie jego brat, lekarz mjr dr Karol Kociubiński był zastępcą komendanta szpitala wojskowego. I tutaj w nowym środowisku i w nowych warunkach razem z nauczycielami zaangażowanymi tak bardzo jak On w sprawy nauki i wychowania zaczął organizować szkołę średnią. Państwowe Gimnazjum i Liceum w Krynicy rozpoczęło swoją działalność dydaktyczną już 1 II 1945 roku. Zaraz potem przyszedł czas na zorganizowanie drużyn harcerskich, obozów i kolonii. Pierwsza z nich miała miejsce w Żegiestowie już w sierpniu 1945 roku. Po uzyskaniu stopnia podharcmistrza rozkazem Komendy Chorągwi w Krakowie w 1946 r. Antoni Kociubiński zostaje mianowany hufcowym Hufca Krynickiego, który już wcześniej założył i pełni tę funkcję do 1950 roku. Zorganizował jeszcze obozy harcerskie w Zarzeczu w 1957r. i w Gdyni-Witomino w 1958 roku, gdzie był również instruktorem terenoznawstwa. Byłam na tym obozie jako harcerka i uczennica Liceum Ogólnokształcącego w Krynicy. Przeżyłam tam jedne z najpiękniejszych chwil mojego życia, do których często wracam wspomnieniami, zwłaszcza do pieszych wypraw do Gdyni, podczas których trzeba było pokonać kilka kilometrów w pełnym umundurowaniu i utrzymując rytmiczny krok. Wchodziliśmy w ulice miasta z pieśnią na ustach, zmieniając co chwilę szyki w szeregu, według wcześniej opracowanej i przećwiczonej na ulicach sądeckich, choreografii. Pomimo upału i zmęczenia byliśmy zadowoleni, szczęśliwi i dumni, z tego, że jesteśmy harcerzami, że należymy do tej wspaniałej organizacji i do tej szkoły, którą godnie reprezentujemy tu, na drugim końcu Polski i że nasi opiekunowie – druhowie – są z nas zadowoleni, a zwłaszcza nasz drogi Komendant – Antoni Kociubiński

 

Więzi przyjaźni i wzajemnej sympatii zadzierzgnięte między nami, harcerzami i opiekunami podczas wspólnych zajęć obozowych przenosiły się później na grunt szkolny, gdzie panowała taka sama atmosfera obustronnego zaufania i serdeczności, którą zawsze potrafił stworzyć wokół siebie i ludzi z którymi przebywał, nasz drogi Druh, Komendant i Harcmistrz Antoni Kociubiński. Młodzież liceum razem z nami, harcerzami, chętnie uczestniczyła w szkolnych, pozalekcyjnych i nadobowiązkowych zajęciach i spotkaniach towarzyskich, które On organizował w każdą środę, aby nauczyć nas zasad dobrego zachowania i dobrych manier, zarówno na co dzień, jak i w czasie zabaw – na parkiecie. Cudowne, niezapomniane chwile, na które czekaliśmy niecierpliwie. Podobnie było z lekcjami geografii, niezwykle interesującymi, barwnymi i żywymi, bo nasz wykładowca i zarazem wspaniały mówca nie ograniczał się do podawania suchych faktów i cyfr, które należało zapamiętać. On nas uczył miłości do ziemi ojczystej, rodzinnej, ukazując nam jej piękno, jej historię, bogactwa naturalne oraz zabytki – w tym również kresowe – te, które zapamiętał z lat dzieciństwa i młodości spędzonej na ziemi złoczowskiej i lwowskiej. A robił to w sposób bardzo dyskretny, tak żeby nie wzbudzić podejrzeń u władz lokalnych i oświatowych. Nie wzbudzał, bo wszyscy mieszkańcy Krynicy Go poważali i cenili za jego uczciwość, skromność i bezinteresowność, czego stale dawał liczne dowody zarówno u siebie w Liceum, którego został dyrektorem w 1959 roku jak i w pracy społecznej na rzecz miasta, środowiska i regionu Jego zasługi w tym względzie są ogromne. Świadczą o nich liczne wyrazy uznania w postaci różnego rodzaju pism, dyplomów, odznak, orderów i medali. Pierwsze z nich to srebrna odznaka z 1947 roku za pracę w Miejskim Komitecie Odbudowy Warszawy ( zastępca sekretarza),dyplom uznania 1951r.za pracę w Komitecie Obrońców Pokoju jako przewodniczący, Medal 10-lecia Polski Ludowej w 1955 r. a następnie Złoty Krzyż Zasługi w 1957 r. i Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski w 1965 r.

 

W międzyczasie otrzymał też odznaczenia i dyplomy za pracę w Miejskim Komitecie Frontu Jedności Narodu będąc jego przewodniczącym przez wiele lat. Otrzymał je także za pełnienie funkcji Radnego Miasta Krynicy przez trzy kolejne kadencje, za pracę w Komisji Oświaty M.R.N. za pełnienie funkcji zastępcy prezesa Ogniska Z.N.P. w Krynicy. Jednak wśród wszystkich tych przyznanych dyplomów i odznaczeń, mój ojciec szczególnie sobie cenił te, które wiązały się z jego pracą szkolną tj. z młodzieżą, a więc dyplomy za pracę w harcerstwie na stanowisku Komendanta Ośrodka w stopniu harcmistrza i w Radzie Harcerskiej jako członka zarządu, za długoletnią pracę w tej organizacji i rozwijanie kontaktów międzynarodowych przez młodzież. Wielokrotnie był też nagradzany za wybitny wkład pracy w rozwój Sportu szkolnego latach1953-1962, za udział w organizacji VII Saneczkowych Mistrzostw Świata w 1962 r. w Krynicy, za pracę przy I Ogólnopolskich Zimowych Igrzyskach Harcerskich w 1964r. itp. Nie sposób wyliczyć tu wszystkich dowodów uznania jakie On otrzymał jak i prace, w które się angażował. Wspomnę tylko jeszcze o jednym ważnym wyróżnieniu jakie spotkało mojego ojca i z którego był bardzo dumny: to pismo Ministra Wacława Tułodzieckiego z 1964r. wyrażające uznanie za wzorową pracę na polu Oświaty i Wychowania, a więc za pracę nauczycielską, pedagogiczną, która była mu najdroższa i najbliższa, bo wkładał w nią całe swoje serce i siły – bo była jego powołaniem i misją. Pamiętam jak dziś wszystkie szkolne uroczystości poczynając od rozpoczęcia roku szkolnego, poprzez Dzień Nauczyciela, rozdania świadectw i dyplomów maturalnych, z racji zakończenia nauki w Liceum, czy też zakończenia roku szkolnego. Jego gabinet dyrektorski tonął w kwiatach. On jednak pozostawiał sobie tylko symboliczne wiązanki – bo te najpiękniejsze, za wiedzą i aprobatą młodzieży, były natychmiast odsyłane do kościoła. Mój ojciec był człowiekiem głęboko wierzącym i praktykującym, który nigdy nie zapisał się do PZPR, ani do żadnej innej partii politycznej, chociaż Go ustawicznie namawiano, wręcz naciskano. On miał zawsze jedną odpowiedź bez względu na to z kim rozmawiał, nie bacząc na ewentualne konsekwencje odmowy: „swoich przekonań i postaw nie zmienię, do kościoła chodzę i zawsze będę to robił, a ojczyźnie mogę służyć i służę w inny sposób – taki który uznaję za najwłaściwszy”.

 

Pomimo licznych dodatkowych zajęć pozaszkolnych znajdował czas i chęci na spotkania towarzyskie, na rozwijanie swoich zainteresowań i na ustawiczne dokształcanie. Uczestniczył w szkoleniach i kursach zawodowych, prenumerował i czytał prasę fachową, geograficzną, a z atlasem nigdy się nie rozstawał . Musiał go codziennie przed udaniem się na spoczynek pooglądać, przestudiować i porównać z innymi mapami, których miał całą kolekcję przywiezioną jeszcze ze Złoczowa, a także „ nacieszyć się” swoimi zbiorami numizmatycznymi. Numizmatyka była jego ogromną pasją życiową, trwającą przez wiele, wiele lat, której pozostał wierny aż do końca życia. Kochał malarstwo i muzykę. Pięknie grał na fortepianie, choć nie posiadał wykształcenia muzycznego. Pragnął, aby najmłodsi mieszkańcy Krynicy mogli uczyć się gry na tym instrumencie i zdobywać tajniki wiedzy muzycznej. Z jego inicjatywy i przy poparciu ówczesnego Przewodniczącego Miejskiej Rady Narodowej w Krynicy mgr Stefana Półchłopka została powołana do życia w 1959 roku Państwowa Szkoła Muzyczna, która niedawno świętowała swój Złoty Jubileusz. Byłam pierwszą uczennicą tej jakże ważnej i potrzebnej placówki, która rozwijała się z roku na rok z dużymi sukcesami, bo późniejsi jej absolwenci (po ukończeniu wyższych szkół muzycznych) brali udział, z dużym powodzeniem, w konkursach pianistycznych w kraju i na świecie: na Majorce, Palm Beach na Florydzie, w Warszawie, Gdańsku, Słupsku i przede wszystkim w Konkursie Chopinowskim w Warszawie w 1985 roku (Mariola Cieniawa – dziś pracownik pedagogiczny Akademii Muzycznej w Krakowie). Malarstwo i architektura fascynowały mojego ojca od najmłodszych lat. Już w Złoczowie zaczął malować swoje pierwsze obrazy oddające piękno ziemi kresowej – pejzaże, miasto Złoczów (baszta narożna zamku króla J. Sobieskiego), kościół św. Wojciecha w Krakowie i inne (które dziś zdobią ściany mojego mieszkania). Był osobą niezwykle towarzyską. Często chodził do klubu TPPR tj. kawiarni, w której miał możność spotkać się z ludźmi podzielającymi jego zainteresowania – a także z tymi, którym leżało na sercu dobro miasta, regionu i kraju. Przy kawiarnianym stoliku i „małej czarnej” dyskutowano o sprawach bieżących, o tym co już zrobiono w Krynicy i co można jeszcze zrobić, podejmowano różnego rodzaju inicjatywy obywatelskie. Może tam właśnie powstała jedna z nich – harcerska – o odbudowaniu zniszczonego przez hitlerowców pomnika Kazimierza Pułaskiego, doprowadzenia do porządku parku Jego imienia, a także zabezpieczenia obozu Konfederatów Barskich w Muszynce k. Tylicza – tj. obiektów leżących na tzw. Szlaku Pułaskiego przechodzącym przez Krynicę i okolice (pomnik ten został rzeczywiście odbudowany i stoi do dzisiaj). Może zapadały tam również szczegółowe ustalenia i decyzje o uczestnictwie młodzieży licealnej – głównie harcerzy – w różnego rodzaju uroczystościach miejskich, państwowych, a także o powitaniu zaproszonych gości i o towarzyszeniu im podczas zwiedzania naszego miasta. Powstał tam zapewne niejeden scenariusz obchodów rocznicowych, bo przedstawicieli naszej szkoły, harcerzy, nie zabrakło nigdy na żadnej ważnej uroczystości. Byli zawsze tam, gdzie działo się coś ważnego, gdy ktoś ważny zawitał do naszego uzdrowiska i trzeba było je godnie reprezentować przez młodych ludzi. Liceum Ogólnokształcące było piękną wizytówką miasta, a wszystko to dzięki dyrektorowi- Antoniemu Kociubińskiemu i jego wspaniałemu Gronu Pedagogicznemu - oddanemu zarówno swojemu przełożonemu jak i młodzieży licealnej. Razem tworzyli oni jedną wielką rodzinę szkolną, gdzie panowała serdeczna atmosfera pełna wzajemnego szacunku i życzliwości, gdzie każdy znał swoje miejsce, swoje prawa i obowiązki. I dla tej całej szkolnej społeczności niekwestionowanym autorytetem był mój ojciec, ze zdaniem którego wszyscy się bardzo liczyli i który był dla nich wzorem postępowania. Podobnie było u nas w domu, w rodzinie. Mogę śmiało powiedzieć, że tak wspaniałego dzieciństwa jakie mi stworzyli (i mojemu rodzeństwu) moi rodzice można mi tylko pozazdrościć. Nie wiedziałam co to kłótnie, awantury i nieporozumienia. Tego u nas nigdy nie było. Rodzice żyli w pełnej harmonii szanowali się nawzajem i nie dopuszczali nawet do ostrej wymiany zdań. Mój ojciec wszystkie trudne sprawy, jeśli takie były, załatwiał po swojemu : grzecznie kulturalnie i spokojnie. Był świetnym dyplomatą i wiedział jak z nami postępować, a zwłaszcza z mamą, która z racji trudnych, spadających w zasadzie tylko na jej barki obowiązków domowych bywała często zmęczona. Jeśli coś zbroiliśmy- jak to się czasem niestety zdarzało- tłumaczył nam nasz błąd, a w razie konieczności sięgał bo ostateczny argument, który był dla nas gorszy niż przysłowiowe baty – wystarczyło żeby nam powiedział że się na nas zawiódł i to była dla nas najgorsza kara. Wstydziliśmy się bardzo że sprawiliśmy mu zawód, przepraszaliśmy najpiękniej jak było można, obiecując poprawę. Baliśmy się bardzo tego, że przestanie nas kochać. Z mamą było inaczej. Jeśli zdarzyło się tak, że tata musiał zatrzymać się na dłużej w szkole lub miał w planie rozegranie partyjki ulubionego bridża z przyjaciółmi, widząc niezadowoloną minę mamy siadał po prostu do pianina i zaczynał grać. A grał ulubione melodie z czasów ich młodości (a może narzeczeństwa), których była cała wiązanka. Zaczynała ją piosenka z bardzo pięknymi i pełnymi uczucia słowami, które pamiętam do dziś, choć nie wiem czy były to autentyczne słowa napisane do tej melodii, czy też pełne miłości wyznania mojego taty. Można by powiedzieć: idealne małżeństwo i rodzina, aż trudno w to uwierzyć. A jednak to prawda. Byłam z rodzicami cały czas, od chwili moich urodzin aż do ich śmierci. Mieszkaliśmy razem. Z moim ojcem łączyły mnie więzi szczególne. Byłam zarówno Jego córką, uczennicą, harcerką jak i nauczycielką bowiem po ukończeniu studiów romanistycznych na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie podjęłam pracę w Liceum w Krynicy ucząc języka francuskiego przez całe moje życie zawodowe. Przez te dwadzieścia z górą lat wiele widziałam, zaobserwowałam i zrozumiałam. Wiele się też nauczyłam. I chociaż jest to wspomnienie sercem pisane – bo trudno pisać inaczej o kimś tak bliskim i kochanym – to nie ma w nim ani krzty subiektywizmu, czy też nieprawdy. O człowieku świadczą czyny, nie słowa, a takich pięknych czynów było w jego pracowitym choć niezbyt długim życiu wiele. Nadszedł jednak taki moment – rok 1970 kiedy trzeba było podjąć decyzję o wycofaniu się z życia zawodowego, pracy społecznej i przejścia na emeryturę. Ta chwila dla mojego ojca była wyjątkowo trudna i ciężka, chociaż konieczna. Nie było możliwości dalszego kontynuowania pracy (choć Grono Pedagogiczne usilnie Go prosiło o pozostanie w szkole, obiecując daleko idącą pomoc i wsparcie) ze względu na pogarszający się stan zdrowia tj. słabnący wzrok i problemy z sercem. Emeryturą nie było Mu jednak dane cieszyć się długo, choć obiecywał sobie, że uporządkuje swoje zbiory numizmatyczne, że poświęci się tym sprawom, które zaniedbał z braku czasu lub które odłożył na później. Nie zdążył tego zrobić. Stracił wzrok. Potem przyszedł zawał – tym razem ostatni – nie do uratowania. Pamiętam ten dzień: 18 II 1972 r. Wydawać by się mogło jeden z kolejnych, zwykłych dni, bo nic nie zapowiadało jego tragicznego zakończenia. Wieczorem mój ukochany tata umierał. Umierał na moich rękach, gdy wiozłam Go do szpitala. Spokojny, cichy jakby pogodzony z losem.

 

Może dlatego, że jego myśli w ostatnich minutach życia, podążały ku tej pięknej ziemi rodzinnej, kresowej, którą musiał opuścić na zawsze, a którą tyle razy radośnie przemierzał jako harcerz, opiekun i Druh – ziemię, którą opisywał i kreślił na mapach, wykresach i planach. Może w ostatnich chwilach widział dawne miasto Złoczów, do którego nie było Mu dane już nigdy wrócić, a które przecież tak bardzo kochał, (pragnął, żeby Go pochować w mundurze harcerskim przywiezionym ze Złoczowa – i tak się stało.) Spoczął na Ziemi Sądeckiej, która Go przygarnęła, pokochała i doceniła i dla której tak wiele zrobił. Pokochali i docenili uczniowie, ich rodzice, nauczyciele i społeczność krynicka. Dla nich, tak jak i dla nas – rodziny – pozostanie na zawsze wzorem do naśladowania. Na zawsze pozostanie w naszej i w ich wdzięcznej pamięci, w sercu i we wspomnieniach. Pięknych wspomnieniach.

 

W lutym, tego roku, minęła kolejna, 38 już rocznica Jego śmierci. I choć tyle lat już upłynęło, tyle się zmieniło w moim i naszym życiu rodzinnym, zawodowym i politycznym, pozostał na stałe i niezmiennie ideał człowieka prawego, uczciwego, szlachetnego i bezinteresownego, gotowego służyć zawsze i wszędzie pomocą i wiedzą tym, którzy tego potrzebują, a zwłaszcza młodym pokoleniom- ideał wzorowego wychowawcy, pedagoga i nauczyciela, a także przykładnego harcerza-patrioty jakim był zawsze mój ojciec – Antoni Kociubiński – nauczyciel z Kresów, ze Złoczowa, a po wojnie nauczyciel z Krynicy.

 

Marta Jucherska - córka


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Józef Błoński, Pamiętnik 1891 -1939 – wątki złoczowskie

wtorek, 21 października 2014 18:10

Część II. str. 18. Wspomnienia z czasów szkolnych. Pochwała szkoły powiatowego miasta

Do szkoły ludowej w Złoczowie zacząłem chodzić 1 września 1896 roku, a więc po ukończeniu piątego roku życia. Ponieważ nie mogłem zdawać egzaminu wstępnego do gimnazjum przed osiągnięciem dziesięciu lat, musiałem powtórzyć ostatnia klasę. Dyrektorem szkoły był zasłużony pedagog, Franciszek Irauth; pamiętam także kolejnych wychowawców: Nawrockiego, Solarskiego, Szeremetha – pana szczególnie wytwornego i eleganckiego – Buczackiego i Skielskiego. Najbardziej lubiłem jednak katechetę ks. Michała Sztyraka, rodem z Leżajska. Ojciec jego, majster murarski, budował ojcowski dom w Złoczowie w 1904 roku. Ks. Michał był wzorowym katechetą, bardzo lubianym przez dzieci. Najmilsze wspomnienia o nim wiążą się z przedstawieniem jasełek, które wyreżyserował. Grałem tam jednego z królów; fotografię udało mi się zachować do dzisiaj. Później, już jako student, dyskutowałem kilkakrotnie z księdzem na zebraniach, poświęconych sprawom niepodległościowym. Ks. Sztyrak zmarł po pierwszej wojnie i pochowany został w Złoczowie.

W 1898 roku odbył się w mieście obchód setnej rocznicy urodzin Mickiewicza. Nasza szkoła ludowa nazwana została wówczas imieniem poety. Na murach wspaniałego na owe czasy budynku szkolnego odsłonięto tablicę pamiątkową. Zgromadzeni dookoła budynku, śpiewaliśmy kantatę na cześć wieszcza i balladę Alpuhara. Uroczystość związana była z odsłonięciem pomnika Mickiewicza (dłuta T.Błotnickiego) na Wałach, u wylotu ul. Kolejowej. Defilowały tam wszystkie pochody manifestacyjne społeczeństwa i młodzieży polskiej w Złoczowie. Zniszczony przez Ukraińców w 1918 roku, odbudowany został w latach dwudziestych. Zniszczony ponownie, zastąpiony został po wojnie gipsowym pomnikiem Maksyma Gorkiego.

Ważnym wydarzeniem dla szkół ludowych była majówka w Wielkiej Sośnince, leżącej o 3 mile za Złoczowem, przy szosie prowadzącej do Sasowa. Brało w niej udział całe miasto. Dziatwa pod kierownictwem nauczycieli maszerowała do tej Sośninki przy dźwiękach miejskiej orkiestry strażackiej; rodzice zdążali na wozach, furmankach i dorożkach. Na miejscu otwierano kramy, budki, ustawiano stoły i ławki. Bawiono się

jak na Bielanach lub na jarmarkach i odpustach. Dzieci pozostawały cały czas pod opieką nauczycieli. Powrót był mniej uroczysty niż wymarsz; co więcej, był bardzo malowniczy. Dziatwa, wkraczając do miasta, niosła pozapalane lampiony, młodzież pochodnie. Zwyczaj tych majówek przejęła później także młodzież gimnazjalna.

Przygotowaniem chłopców do egzaminu wstępnego do gimnazjum zajmował się z ramienia szkoły ludowej stary nauczyciel Karol Skielski. Brodaty, miał groźną minę, nie gardził kieliszkiem. Był jednak solidny w pracy, zapobiegliwy w życiu, czego dowodem, iż wybudował sobie wcale piękną kamieniczkę.

Nie odczułem, by ówczesna szkoła ludowa pozostawiła we mnie jakiekolwiek ślady lojalizmu austriackiego. Za najbardziej lojalnego uchodził nauczyciel (a może kierownik), który w czasie uroczystości państwowych śpiewał z siła i przekonaniem hymn austriacki. Dzieci nie miały o tym jeszcze swego zdania. Obok urzędowego lojalizmu widziały odświętny patriotyzm polski, manifestacyjne obchody narodowe.

Uświadomienie narodowe budziło się naprawdę dopiero w szkole średniej, a więc w gimnazjum, gdzie duch austriacki miał mniej przystępu do młodzieży. Szkoła ta wychowywała zdecydowanie pod względem uświadomienia narodowego jednostki czy to polskie, czy ukraińskie, czy wreszcie żydowskie. Gimnazjum złoczowskie, do którego dostałem się w roku szkolnym 1901/1902, miało dość znaczny procent młodzieży narodowości ukraińskiej (mówiono jeszcze wówczas: „ruskiej”; termin „ukraiński” zaczął się dopiero rozpowszechniać, naprzód w połączeniu „rusko-ukraiński”, potem „ukraiński”).

Gimnazjum miało już swoją tradycję, lata pracy i doświadczeń. Polskim było z ducha, większość nauczycieli i młodzieży stanowili Polacy. Założone w 1874 roku, cieszyło się dobrą opinią, wysokim poziomem nauczania, bogatym wyposażeniem. Miało dość pokaźny jednopiętrowy budynek (naprzeciw kościoła parafialnego i starostwa), mieszczący 12 – 14 (z filialnym budynkiem za kościołem 16) sal szkolnych, kancelarię, salę konferencyjną i nauczycielską, pokoje biblioteczne, gabinety, mieszkanie dyrektora i tercjana.

Dyrektorem Gimnazjum był wówczas dr Przemysław Niementowski, powstaniec 1863 roku, cieszący się ogólnym poważaniem. Z powodu złego stanu zdrowia przebywał często na urlopach; zastępowali go starsi nauczyciele – profesor Rużycki i Lityński. Po przejściu na emeryturę dyrektora Niementowskiego zakład powierzony został w 1904 roku dr. Tomaszowi Garlickiemu, który kierował nim do pierwszej wojny światowej. Wojna obeszła się ze szkołą niemiłosiernie. W dwudziestoleciu gimnazjum

znowu odżyło, w 1924 roku święciło nawet uroczyste 50-lecie swego istnienia. Druga wojna światowa zabiła życie szkoły i przerwała nić chlubnej jej tradycji.

Dyrektor Garlicki, filolog klasyczny, okazywał szczególny zapał do filozofii greckiej, której znajomością lubił się popisywać. Był zaradnym gospodarzem zakładu i dobrym z kośćmi człowiekiem. Młodzież jednak unikała go i raczej lekceważyła, niż poważała. Nie potrafił narzucić autorytetu i powagi, ujawniał chwiejność i nieumiejętność odgadywania nastrojów, uczuć i myśli wychowanków. Ta nieporadność kłóciła się z dobrymi intencjami i entuzjazmem, których nie szczędził. Szedł z duchem czasu i rozwijał na terenie szkoły wszystkie te formy pracy wychowawczej, jakie ówczesna pedagogika i organ ZNSW „Muzeum” uznawały za pożyteczne i nowoczesne.

Szukał zbliżenia z młodzieżą, ale czynił to niezgrabnie i niezręcznie. Interesowały go prądy i praca konspiracyjna, próbował uzyskać informacje o nich, ale zadowalał się tylko pogłoskami i podejrzeniami; nie chciał wkraczać w te sprawy, ani skompromitować szkoły bezsilnością wobec rewolucyjnych poczynań wychowanków.

Urządził plac rekreacyjny i ozdobił go przyrządami gimnastycznymi, których używanie niekoniecznie dawało młodzieży odprężenie i zapobiegało zmęczeniu. Założył pod zamkiem dość duże boisko szkolne, służące młodzieży jako teren zabaw ruchowych, gier i pierwszych na owe czasy sportów. W szkole utworzył czytelnię czasopism i książek dla uczniów, stanowiącą forum, na którym wybitniejsi mogli wygłaszać referaty, odczyty, urządzać obchody i występy artystyczne. Największą opieką otaczał orkiestrę dętą (nauczyciel Sheybal). Z niemałym trudem wywiązał się z obowiązku urządzenia uroczystości szkolnej z okazji 60-lecia panowania cesarza Franciszka Józefa.

Okres mojej nauki w gimnazjum objął lata 1901/102 – 1910/1911. Pierwsze przeszły mi gładko i pomyślnie. W klasie III nastąpiły duże zaburzenia. Mieszkaliśmy wtedy na przedmieściu Gliniańskim, w nowym domu murowanym p. Ridziszewskiej. 23 września zapalił się po południu, niedaleko rynku, dom, w którym mieściła się propinacja. Wicher był w tym dniu silny i wzmógł się jeszcze pod wieczór. Ogień przerzucał się z łatwością z domu na dom, wiatr zaś roznosił palące się części drewnianych budynków na wszystkie strony. W ciągu kilku godzin połowa niemal miasta stanęła w ogniu. Łunę oglądano we Lwowie z Wysokiego Zamku. Pożar szalał co najmniej trzy dni. Nasz dom, długo ratowany przez ojca, spłonął ostatecznie w drugim dniu pożaru.

Zostaliśmy pogorzelcami. Dziećmi i młodzieżą zaopiekowały się szkoły i gimnazjum, do czasu, aż rodzice znaleźli pomieszczenie w ocalałej połowie miasta. Zaniedbałem się wtedy w nauce, burzyło się wszystko we mnie. Pochłonięty gorączkową lekturą gazet i powieści (Kraszewskiego zwłaszcza, dostarczała mi je ze swojej biblioteki nauczycielka p. Loeblówna, w której domu, zanim ojciec wybudował własny, zamieszkaliśmy na tzw. „szlakach”), żyłem w oderwaniu od szkoły niespokojnym i niezrozumiałym dla innych życiem. Wystąpiłem z gimnazjum, tłumacząc się chorobą, i powtarzałem następnie dwukrotnie III klasę, póki nie wypaliły się we mnie wewnętrzne burze i nie doszedłem do równowagi. Zmieniłem się ogromnie. Stałem się średnio dobrym uczniem i już bez większych kłopotów przechodziłem z klasy do klasy, zyskując sobie niezłą opinie u nauczycieli oraz poważanie i przyjaźń kolegów.

Oddałem się cały pracy w tajnej organizacji młodzieżowej. Już w klasie III pociągnął mnie w tym kierunku prof. Gustaw Baumfeld. Gdy przeniósł się do Krakowa, korespondowałem z nim i pomagałem mu w kolportowaniu pisma „Związek Nadziei” wśród gimnazjalnej młodzieży złoczowskiej. Potem starszy kolega mego brata Stanisława, Ryszard Skulski, z czasem wybitny polonista, pozyskał mnie dla organizacji młodzieży narodowej, wydającej we Lwowie miesięcznik „Teka”. Zorganizowani byliśmy w kółka klasowe.

Przewodziłem kółku mojej klasy, a ponieważ okazałem się najaktywniejszy, zacząłem też przewodzić całej organizacji, mimo że nominalnie następcą Skulskiego był naprzód Józef Gluziński, a później Michał Skorny. Ten ostatni jednak porzucił nas i przeniósł się do młodzieży niepodległościowo-postępowej (PPS), a w końcu do Zjednoczenia, organizacji młodzieży socjalistycznej, lewicowej, o zabarwieniu międzynarodowym.

W 1909 roku, kiedy już formalnie byłem przewodniczącym, nastąpił wśród młodzieży narodowej rozłam. Z wyjątkiem dwu kolegów, Dębskiego i Przyłuskiego, którzy byli krewnymi posła narodowodemokratycznego, radcy Władysława Dębskiego, wszyscy opowiedzieli się za nowym kierunkiem i przeszli do Zarzewia. Zasługą nowej organizacji było rozbudzenie ruchu niepodległościowego i stwarzanie zaczątków skautingu (harcerstwa) polskiego oraz ruchu wojskowego: Polskiego Związku Wojskowego oraz Polskich Drużyn Strzeleckich. W lipcu 1909 roku wziąłem udział w zjeździe delegatów grup Petowych z Galicji Wschodniej we Lwowie. Nazywano tak członków Przyszłości, organizacji ściślejszej, która istniała w łonie Zarzewia. Związałem się wtedy ostatecznie z ruchem zarzewiackim, nigdy nie odstępując od

ideałów narodowych i niepodległościowych w niej wypiastowanych. W czasopismach „TEKA” i „Zarzewie” umieściłem kilka korespondencji z życia gimnazjum złoczowskiego.

Lokal naszej organizacji mieścił się na poddaszu domu państwa Krzyształowskich, naprzeciw budynku Szkoły Ludowej im. A. Mickiewicza, później w mieszkaniu starosty p. Telichowskiego, którego synowie byli członkami organizacji (!!), jeszcze później w pokoju wynajętym na pierwszym piętrze kamienicy p. Boksera (naprzeciw budynku „Sokoła”), w końcu w osobnym pokoju w suterynach „Sokoła”, obok mieszkania woźnego Boratyna, którego syn również należał do organizacji. Pokój ten otrzymaliśmy za zgodą gospodarza „Sokoła” p. Słoneckiego, mimo iż przeciwnikami naszymi byli endecy z Zarządu, m.in. prezes dr Gawlikowski. W lokalu mieliśmy poważną bibliotekę, zbieraliśmy się na posiedzeniu kół, a także, chociaż rzadko, na zebrania towarzyskie.

Po przeniesieniu się moim na studia do Krakowa przewodniczącym organizacji został Stanisław Heller, późniejszy legionista major WP, szef intendentury Korpusu Ochrony Pogranicza, który zmarł w Warszawie. Maria Jehanne Wielopolska, autorka powieści Faunessy i Kryjaki, która przed pierwszą wojną światową mieszkała w Złoczowie u krewnego adwokata Rubczyńskiego (brata prof. filozofii UJ W. Rubczyńskiego), napisała w październiku 1935 roku w „Kurierze Porannym” artykuł Pochwała literatury, czyli na galicyjskim partykularzu 20 lat temu, poświęcony pamięci Stanisława Hellera i młodzieży złoczowskiej.

Niezależnie od namiętności polityczno-wojskowych rozwijały się także we mnie inne zainteresowania i zostałem im wierny do końca życia. Lubiłem bardzo teatr. Jako chłopiec bawiłem się sceną (nauczyłem się tego od zmarłego brata Kazimierza). Później organizowałem teatrzyk domowy, raczej ogrodowy, w którym odgrywaliśmy komedyjki z Małego światka, wystawialiśmy Powrót taty w przeróbce scenicznej, wydanej w Złoczowie u Zuckerkandla. Brałem udział w wieczorkach mickiewiczowskich, wieczorze ku czci Wyspiańskiego, w przedstawieniach Betlejem polskiego Rydla, w 1910 roku Wozu Drzymały Józefa Rączkowskiego, Jasełek Konopnickiej z muzyką Piotra Maszyńskiego, Zaczarowanego koła Rydla. Jako sztubak wkradałem się na wszelkie przedstawienia ówczesnych teatrów objazdowych (Pilarskiego, Knake-Zawadzkiego, teatru ukraińskiego). W klasach starszych wyjeżdżałem specjalnie na przedstawienia teatralne do Lwowa, np. Peer

GyntaIsbena z Karolem Adwentowiczem, na Wesele, Ojca Strindberga, Skarb Staffa, Żuławskiego Ijolę oraz Erosa i Psyche z Solską i inne.

Lubiłem też śpiewać. Należałem prawie cały czas do chóru szkolnego. Śpiewałem altem, potem drugim tenorem. Nauczycielami śpiewu i kierownikiem chóru byli profesorowie Józef Reiss i Jarosław Wierzbicki. Śpiewałem również w chórze Lutnia pod dyrekcją sędziego Dolnickiego i w chórze Towarzystwa Muzycznego pod dyrekcją mecenasa Kołaczkowskiego (jego syn, Jerzy Kołaczkowski, był od 1946 roku kierownikiem muzycznym Polskiego Radia w Warszawie) i inż. Gluzińskiego, prezesa Towarzystwa i kompozytora o sławie lokalnej. Słuchałem często koncertów kameralnych i tzw. „wielkich” z solistami, chórem i orkiestrą Towarzystwa.

Kontaktów z młodzieżą żeńską mieliśmy mało, np. na lekcjach tańca prowadzonych prawie co roku przez p. Budkowską. Odbywały się one zawsze w towarzystwie rodziców panien. Zawiązywały się wtedy wspólne sympatie, ale biada tym, którzy zdradzili głębsze i żywsze zainteresowanie dla dziewcząt. Ścigały ich plotki, obmowy i żarty. Powoli zbliżała się jednak emancypacja dziewcząt spod opieki zamkniętych szkół żeńskich, otwierały się możliwości kształcenia koedukacyjnego w gimnazjach. W Złoczowie pierwszymi eksternistkami były panny Chodorowska i Sawczyńska.

Szukaliśmy też zabawy i wycieczek. Jako Sztubaczek należałem do jednej z band dzieciarni, wojującej z drugą, której przewodnikiem był Józef Jastrzębski. Naszym zawołaniem było: „gelempfasztokwa majda”. Co to znaczyło, nie wiem solidarność nakazywała jednak podporządkowanie się „wodzowi”. Było to jakby przeczucie gry skautowej. Pociągała nas wtedy włóczęga o ogrodach, polach, lasach…

W życiu Złoczowa znaleźć można dużo naśladownictwa życia Lwowa. Ulica Sobieskiego odgrywała rolę AB; tam durny Jaś, tu durny Józio; Wały tu i Wały tam; koncerty wojskowych orkiestr austriackich, później polskich. Spacerowano na Kępę, miejsce festynów i kiermaszów, do ogrodu zamkowego, dostępnego tylko dla śmietanki towarzyskiej. Także do wsi Folwarki, bogatej w sady, do doliny Złoczówki, płynącej zakrętami wśród łąki, i do stawu bieniowskiego. Rzeka i staw służyły nam do kąpieli i pływania.

W zimie zażywaliśmy rozkoszy jazdy na łyżwach. Były w mieście co najmniej dwie publiczne ślizgawki: jedna pod zarządem „Sokoła” na stawie obok cerkwi św. Mikołaja, druga wojskowa za kasynem oficerskim. Gdy zmniejszono powierzchnię stawku, urządzono ślizgawkę na Podwójciu. Na stawku odbywały się festyny z muzyką i oświetleniem w godzinach wieczornych. Innego rodzaju rozrywką w dniu

mroźnej zimy były wycieczki na łyżwach korytem zamarzniętej Złoczówki do Chilczyc i Poczap.

W miesiącach letnich rozkoszą były wycieczki piesze i rowerami w okolice Jelechowic, na Sośninkę Małą i Dużą, na Kozaki, na Woroniaki, do Lackiego, na Góry Żulickie, do Płuhowa (wiadukt) i dalsze (także wozami) do Sasowa, na Pieniaki, do Podhorzec, do Białego Kamienia i Oleska, a w czasie ferii letnich do Podkamienia na odpust. Najwięcej wycieczek szkolnych kierowało się do Podhorzec, aby zwiedzać wspaniały zamek Rzewuskich i Sobieskich, park i kościół. W 1908 roku z całą szkołą byliśmy na pogrzebie hetmana Żółkiewskiego w Żółkwi. W 1910 roku z małą grupką znaleźliśmy się na obchodzie grunwaldzkim w Krakowie, a nawet na wycieczce w Pieninach i Tatrach. Dwukrotnie próbowałem szczęścia turystycznego w Zakopanem i Tatrach. Za pierwszym razem nie udało mi się, deszcz lał przez kilka dni i nie mogłem zrobić żadnej wycieczki. Drugim razem, kiedy stowarzyszyłem się z kol. Augustem Zierhofferem, zarzewiakiem ze Lwowa, późniejszym profesorem geografii i rektorem Akademii Handlu Zagranicznego we Lwowie i na uniwersytecie w Poznaniu – los mi więcej sprzyjał.

Jak wyglądały inne moje ambicje? Gromadziłem książki do własnej biblioteki. Powoli trafiały do niej ważniejsze nowości i naukowe, i literackie. W czytelni szkolnej kilka razy wystąpiłem w charakterze prelegenta. Mówiłem, a właściwie czytałem swoje wypracowania: „O roku 1830/31 w poezji Wyspiańskiego”, o Panu Balcerze Konopnickiej. W organizacji młodzieży niepodległościowej referowałem częściej ważniejsze pozycje literatury politycznej, historycznej, ekonomicznej Szczepanowskiego, Dmowskiego, Bujaka (Galicja), Młynarskiego, pseud. Brzona, Studnickiego, Szymona Askenazego, Wacława Tokarza. Porozbiorowe dzieje Polski Tomasza Siemiradzkiego (wydanie amerykańskie), Limanowskiego Stuletnia walka narodu polskiego o niepodległość, Historia Polski Grabieńskiego-Smoleńskiego należały do obowiązkowej lektury zrzeszonych w organizacji.

Wszyscy karmili się też literaturą Młodej Polski. Największe w mieście wypożyczalnie książek mieli Żydzi. Wyspiański i Żeromski trafiali najbardziej do serc młodych, chociaż nie umiano ich dobrze interpretować. W okresie jesiennym i wiosennym odbywały się powszechne wykłady uniwersyteckie, cieszące się na ogół dużą frekwencją młodzieży starszej i inteligencji. Jako prelegenci występowali profesorowie uniwersytetu lwowskiego, obok nich w dużym procencie nauczyciele naszego gimnazjum. Wykłady urządzało także koło akademickie złoczowian. Wielkie

powodzenie miały np. wykłady o Słowackim w setną rocznicę urodzin poety, kilka razy odwiedził Złoczów z wieczorami autorskimi Stanisław Przybyszewski.

Przypomnieć też należy, że Złoczów był siedzibą ważnej firmy wydawniczej Wilhelma Zuckerkandla. Jej zasługą było tanie wydawanie (w serii Biblioteki Powszechnej) ponad 2000 tomików klasycznej literatury polskiej i obcej. Wzorowała się na niemieckim wydawnictwie Universal-Bibliothek. Inne serie wydawnictwa były mniej szczęśliwe. Doskonałe dochody przyniosła Biblioteka Tłumaczeń Dzieł Literatury Greckiej i Łacińskiej, opracowana przez filologa Piotra Bojkę. Służyła jako pomoc naukowa młodzieży w całym kraju (tzw. „bryki”). Była bezkonkurencyjna. Podobne wydawnictwa nie umywały pod względem wartości i wierności tłumaczeń. Nic dziwnego, żeśmy w kl. VI lub VIII urządzili ku pobłażliwemu i wesołemu zgorszeniu prof. Kryczyńskiego żartobliwy jubileusz ku czci dobrodzieja młodzieży Piotra Bojki … bez jego wiedzy zresztą.

Corocznie w dniu zakończenia nauki wychodziło z druku Sprawozdanie dyrekcji c.k. wyższego gimnazjum w Złoczowie za dany rok szkolny (rozsyłane do bibliotek państwowych, uniwersyteckich i gimnazjów). Zawierało sprawozdanie dyrekcji, kronikę szkoły, spis uczniów z podaniem wyników promocyjnych, egzaminów dojrzałości, wykaz obowiązujących na przyszły rok szkolny podręczników, poprzedzone zaś było jedną lub więcej rozprawą naukową któregoś z nauczycieli gimnazjum. Ponieważ drukowanie sprawozdań rocznych obowiązywało wszystkie szkoły średnie, powstawał corocznie spory dorobek w formie kilkudziesięciu prac naukowych. Miało to głównie znaczenie jako zachęta dla nauczycieli do kontynuowania studiów i utrzymania się na poziomie, podobnie jak moralny obowiązek brania udziału w powszechnych wykładach uniwersyteckich.

Aktualna polityka mniej nas interesowała, chociaż odgłosy walk dochodziły i do nas. Wiedzieliśmy, co się dzieje na terenie parlamentu austriackiego i sejmu galicyjskiego. Ja sam osobiście lubiłem przysłuchiwać się obradom sejmu (i słuchać „muzyki” opozycji ukraińskiej), kiedy tylko znalazłem się we Lwowie. Uzyskanie biletów wstępu nie stanowiło trudności, gdyż dostarczała mi je kuzynka, pracująca w Wydziale Krajowym. Rada powiatowa była dziwnie nieinteresująca i właściwie niedostępna. W radzie miejskiej byłem dopiero po maturze; zachęcił mnie mecenas Moszyński, który prowadził walkę o władzę z burmistrzem dr Józefem Goldem, ojcem mego kolegi. Zapewne w tym celu zaczął wydawać tygodnik „Gazeta Złoczowska”; w 1911 roku uprosił mnie o napisanie dwu okolicznościowych artykułów treści ogólnonarodowej.

Pamiętam, że za mojego dzieciństwa burmistrzem był naprzód (czego nie jestem całkiem pewien) dr Heyne, adwokat. Syn jego był lekarzem, a wnuk Tadeusz – pierwszym w Złoczowie właścicielem samochodu, z którym miał dużo kłopotów; potem jednak wybił się w Polsce na speca w dziedzinie motoryzacji. Po nim wybrany został adwokat dr Billet, potem kolejno adwokat dr Wesołowski, lekarz dr Józef Gold, dobry gospodarz miasta, ale zrażał sobie ludzi wyniosłością, w końcu dr Moszyński, bardzo popularny jako wymowny adwokat, doskonały wiolonczelista, dla wszystkich dostępny i życzliwy człowiek.

Prasa lwowska jeszcze tego samego dnia przychodziła do Złoczowa. Najpopularniejszy był brukowy raczej „Wiek Nowy”, ale wcześnie poznałem cały wachlarz ówczesnych dzienników: endeckie „Słowo Polskie”, założone jeszcze przez Szczepanowskiego, ludowy „Kurier Lwowski”, konserwatywny „Przegląd”, socjalistyczny „Dziennik Ludowy”, a nawet syjonistyczną „Chwilę”. Duże powodzenie miały tygodniki polityczne, atakujące władze, a zwłaszcza nadużycia urzędnicze, jak „Monitor” czy „Herold Polski”. Wśród Żydów powodzenie miały dzienniki i ilustracje wiedeńskie. Poważne czasopisma znajdowaliśmy tylko w czytelni gimnazjalnej, od „Tygodnika Ilustrowanego” po „Krytykę”, „Bibliotekę Warszawską” i „Przegląd Powszechny”. Jednak „Chimera” i „Życie” dostępne były chyba tylko prywatnie. Czasopisma młodzieży kolportowały organizacje tajne, aczkolwiek same pisma tajne nie były. Kawiarnie złoczowskie – w przeciwieństwie do lwowskich – nie miały na ogół bogatych zbiorów gazet i czasopism.

(…)

Kiedy byłem uczniem młodszych klas gimnazjum, skaptował mnie młody wówczas ksiądz Wysocki, syn miejscowego lekarza, późniejszy profesor teologii uniwersytetu lwowskiego, na ministranta do kaplicy szpitalnej. Codziennie raniutko przychodził do mnie portier i odprowadzał do szpitala na mszę. Po śniadaniu biegłem do szkoły.

Później zobojętniałem nieco dla kościoła i religii, ale nigdy naprawdę nie przechodziłem katastrofy Nieba w płomieniach. Kiedy pod koniec dziesięciolecia przyjechał na wizytację i bierzmowanie do parafii złoczowskiej arcybiskup lwowski Józef Bilczewski, witałem go u wejścia do kaplicy gimnazjalnej w imieniu młodzieży podobno bardzo pięknie (własnym) przemówieniem. Na moje pocałowanie pierścienia arcypasterskiego odpowiedział pocałowaniem mnie w czoło.

W okresie 1905 – 1907 kolega Bronisław Słonecki (późniejszy nauczyciel biologii we Lwowie, Krynicy i Brzegu wpadł na pomysł wykonania dużej szopki krakowskiej wraz

z figurkami i zorganizowania obchodu z kolędami po domach polskich w celu zebrania funduszy na rzecz Towarzystwa Szkoły Ludowej. Utworzyliśmy ekipę chóralną, napisałem kilka mniej lub więcej dowcipnych piosenek-kupletów satyrycznych na stosunki i wybitniejszych obywateli Złoczowa i zaczęliśmy kolędować. Powodzenie mieliśmy duże, szukano nas i zapraszano do domów. Byliśmy zadowoleni z naszego pomysłu, prof. Lewek bardzo nam dziękował.

Ze Słoneckim zorganizowaliśmy też zbiórkę wśród młodzieży gimnazjalnej na postawienie nowych krzyżów pamiątkowych na cmentarzu na cześć bohaterów powstań z lat 1830 i 1863 oraz unitów z Kroża. Pod tymi krzyżami corocznie w dniu 1 listopada zbierała się młodzież i publiczność w celu wysłuchania okolicznościowych przemówień i odśpiewania pieśni patriotycznych: Boże, coś Polskę, Z dymem pożarów i Boże Ojcze, Twoje dzieci. Krzyże były pięknie przystrojone wieńcami i lampami. Teksty odbijaliśmy na kamieniu litograficznym i rozdawaliśmy publiczności. Do nas, młodzieży, należało też urządzenie nabożeństw żałobnych w kościele parafialnym w rocznicę stracenia Teofila Wiśniewskiego i Józefa Kapuścińskiego (schwytani zostali w 1946 roku na terenie powiatu złoczowskiego) oraz w rocznicę wybuchu powstania styczniowego. Obchód kościuszkowski organizował „Sokół”. Musieliśmy zawsze znaleźć środki na wydrukowanie plakatów; o odprawienie nabożeństwa wystarczyło tylko poprosić. Obchody rocznic Konstytucji 3 maja, największe w mieście i powiecie manifestacje polskie, organizował specjalny komitet obywatelski.

Nie wszystko było w gimnazjum w porządku, zwłaszcza od strony wychowawczej. I tak zdarzały się wśród młodzieży wypadki samobójstw. Już w I lub II klasie wstrząsnęło nami samobójstwo młodego kolegi Miłkowskiego, który z niewiadomych mi do dzisiaj powodów powiesił się w parku „zdrojowym” w Sasowie. Zdarzały się później jeszcze dwa lub trzy podobne wypadki, nawet w budynku szkolnym, np. po wyjściu wzburzonego ucznia z sali na korytarzu czy do ustępu. Pamiętam też samobójstwo ucznia VII lub VIII klasy Brunnera, krewnego i wychowanka ostrego i surowego majora czy pułkownika austriackiego. Wszystko to miało miejsce po 1905 roku, kiedy młodzież pozostawała pod wrażeniem rewolucji w Rosji, przeżywała echa strajku szkolnego i walki o szkołę polską w Królestwie i kiedy rozczytywała się w broszurze Sempołowskiej Niedola młodzieży w szkole galicyjskiej.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Józef Błoński, Pamiętnik 1891 -1939 – wątki złoczowskie c.d.

wtorek, 21 października 2014 18:09

Nauczycielami moimi w gimnazjum byli między innymi: dr Michał Janik, historyk literatury, autor świetnej monografii o literaturze syberyjskiej, późniejszy wizytator szkół i kurator w Rzeszowie, prof. Józef Weissblum, doskonały polonista, prawdziwy przyjaciel młodzieży, świetny reżyser teatru szkolnego. Jemu zawdzięczaliśmy powodzenie wielu występów dramatycznych na wieczorkach mickiewiczowskich. Pod jego kierownictwem grała młodzież starszych klas: scenę więzienną z III części Dziadów, księgę VII Pana Tadeusza, spowiedź Jacka Soplicy z Pana Tadeusza. Najwspanialszym naszym sukcesem było jednak wystawienie Wesela w skrócie w roku lub w rocznicę śmierci poety. Wystąpiłem wtedy w roli Jaśka. Pamięta, że śpiewając pieśń Kupiłem se pawich piór podczas jednego z występów (powtarzaliśmy wieczór dwa razy) z powodu tremy ciągnąłem za wysoko, co wzbudziło śmiech na Sali. Przed drugą wojną światową prof. Weissblum mieszkał i pracował jeszcze w Stryju.

Prof. Szymon Trusz, Rusin starego autoramentu, nie politykujący, był zamiłowanym przyrodnikiem, zwłaszcza botanikiem; dbał bardzo o zbiory gabinetu przyrodniczego. Wszystkie dnie przedświąteczne wykorzystywał na wycieczki. Były one niejako obowiązkowe. Uczeń I i II klasy poznawał na nich okolice miasta, sąsiednie wsie, wzgórza, lasy, uczył się przyrody podglądowo, gromadził dla szkoły okazy. Szczególnie ulubione cele wycieczek stanowiły Woroniaki i Góry Żulickie. Prof. Trusz był autorem kilkunastu prac o florze i faunie okolic Złoczowa, drukowanych w sprawozdaniach gimnazjum.

Prof. Jarosław Wierzbicki, również Rusin, posądzany o moskalofilstwo, naprawdę jednak apolityczny, przywiązany był bardzo do cerkwi i śpiewu cerkiewnego. Miał ładny bas i odznaczał się muzykalnością. Uczył interesująco historii, geografii i propedeutyki filozofii; nadto śpiewu jako przedmiotu nadobowiązkowego. W gronie nauczycielskim cieszył się zaufaniem i poważaniem. W Polsce został okręgowym wizytatorem szkół z ruskim językiem nauczania w okręgach lwowskim i krakowskim.

Prof. Andrzej Klisiecki, filolog klasyczny, pochodził ze sławnego Borzęcina, w ziemi tarnowskiej, a więc ze wsi, która dała społeczeństwu kilkudziesięciu, a może i kilkuset przedstawicieli inteligencji. Klisiecki był starym kawalerem. Bardzo pobożny

(podobno początkowo kandydat teologii), słynął jako doskonały amator zegarmistrz. Przez cały czas pobytu w Złoczowie był wychowawcą Bursy im. Sobieskiego w budynku przy kościele parafialnym, popijarskim. Jako nauczyciel nie cieszył się popularnością i przywiązaniem młodzieży, gdyż – mimo wielkiej życzliwości – był człowiekiem oschłym, surowym, wymagającym, zamkniętym w sobie. Do przedmiotu, tj. języków i literatury klasycznej, nie umiał pociągnąć ani zapalić, chociaż imponował ich znajomością. Z gimnazjum złoczowskiego przeszedł na dyrektora gimnazjum w Kałuszu.

Prof. Edward Lewek, polonista, wychowanek prof. Tarnowskiego, prędko zainteresowania swoje zwrócił ku pracy społecznej, mniejszą przykładając wagę do roli pedagoga. Jeżeli skupiał koło siebie młodzież, to tylko jako pomocników w pracy dla Towarzystwa Szkoły Ludowej, którego był prezesem przez długie lata. Rolę opiekunów młodzieży w pracach samokształceniowych, w czytelni, w przygotowaniu wieczorów literackich pozostawiał innym. Pomógł natomiast w wystawieniu w Sali „Sokoła” Betlejem polskiego Rydla, w którym grałem z dużym powodzeniem rolę Heroda. W drugim roku tej imprezy zlecił Dziadkowi odśpiewanie kilku kupletów własnego natchnienia o treści zwróconej przeciwko postępowej młodzieży akademickiej. Sprowokowało to demonstrację tejże młodzieży. Odpowiedzią było usunięcie demonstrujących przez sprowadzonych na przedstawienie chłopów. Dalsza walka rozegrała się na łamach pracy między profesorem a młodymi (niedawnymi uczniami), którym przewodził Marceli Krajewski. Jako nauczyciel prof. Lewek oceniał jednak sprawiedliwie uczniów.

Józef Reiss, późniejszy profesor muzykologii na Uniwersytecie Jagiellońskim, pierwsze lata swej praktyki pedagogicznej spędził jako nauczyciel historii i geografii oraz języka polskiego w Złoczowie. Nauczał też oczywiście śpiewu. W orkiestrze Towarzystwa Muzycznego grał na altówce. Ściągał licznych słuchaczy na odczyty z historii muzyki. Był świetnym wykładowcą, imponował swadą i pięknym, jasnym językiem; poza tym miał znakomitą ilustratorkę muzyczną w osobie pianistki p. Jaroszowej, żony dyrektora szpitala miejskiego, podobno uczennicy Paderewskiego. Zajęty był wówczas pisaniem rozprawy o psalmach Gomółki. Przez młodzież lubiany, chociaż zrażał niektórych uszczypliwością i zgryźliwością.

Prof. Władysław Kryczyński, późniejszy dyrektor gimnazjum, również filolog, szczycący się tatarskim pochodzeniem, był synem burgrabiego zamku w Podhorcach i jego monografistą. Poważny i kochany przez młodzież, umiał okazać prócz

dokładności i ścisłości gramatycznej miłość i zapał do swego przedmiotu. Odczuwało się na jego lekcjach, ze głęboko żyje poezją, pięknem i prawdą świata starożytnego, tak samo jak Panem Tadeuszem, którego umiał na pamięć.

Prof. Gustaw Baumfeld, polonista, człowiek małego wzrostu, autor pracy o Mieczysławie Romanowskim, tłumacz Maeterlincka i Czechowa, uczył życia głębokiego i trafiał także do dusz młodzieży. Wystawił z nami swoją przeróbkę Grażyny wydaną u Westa w Brodach), trafnie odsłaniając dramatyczną akcję powieści. Po dwu latach pracy w Złoczowie przeniósł się do Krakowa, gdzie utworzył Związek Nadziei, abstynencką organizację wychowawczą, oraz redagował pismo pod tym tytułem, Brał następnie udział w ruchu niepodległościowym: był majorem artylerii Legionów.

Prof. Juliusz Latkowski, wybitny nauczyciel i historyk, autor cennej pracy o Mendogu, miał śmieszną figurkę, ale wiele umiał, rozumiał i głęboko czuł. Przez młodzież był lubiany.

Ks. Klemens Bystrzycki, katecheta, chudy i jakby chorowity, o jezuickim wyglądzie, surowym i przenikliwym spojrzeniu, spełniał gorliwie obowiązki przewodnika religijnego. Żądał prawdziwego poznania religii, nie tylko katechizmu, Biblii, ale także liturgii, dogmatyki i historii Kościoła, twierdząc, iż dokładna ich znajomość potrzebna jest nawet ateuszowi. Płochość najmłodszych uczniów umiał poskramiać pieśnią kościelną. Przez trzy lata dyrektor w porozumieniu z ks. Bystrzyckim powierzał mnie i memu koledze, Włodzimierzowi Dawczyńskiemu, naukę unisonowego śpiewu kościelnego ze sztubakami I i II klasy w każdą sobotę i niedzielę po godzinie. Pieśni zebrane były w specjalnym modlitewniku, wydanym przez ks. Bystrzyckiego u Zuckerkandla. Nauki moralne i egzorty opracowywał bardzo starannie, częściej czytał je z rękopisów, niż kazał z pamięci. Nabożeństwa odbywały się w kaplicy gimnazjalnej, urządzonej ze smakiem w budynku szkolnym.

Prof. Józef Mirski był germanistą, poetą i literatem. Jego niektóre prace zdobyły rozgłos i dobre przyjęcie, jak np. o Wyspiańskim. Natura artystyczna; pełen afektacji i patosu. Miał żonę pianistkę. Wykładał zajmująco. W Polsce niepodległej wybił się jako tłumacz dzieł sławnego pedagoga niemieckiego Wilhelma Foerstera, przeciwnika hitleryzmu. Jako wizytator ministerialny uczestniczył w akcji reformy szkolnej, był organizatorem kursów programowych ministerstwa. Interesował się także filmem. Zamordowali go hitlerowcy w Warszawie w 1940 lub 1942 roku.

Prof. Teodor Prymak, przyrodnik, Ukrainiec, żonaty z córką księdza grekokatolickiego Hurhala, z którego rodziną przyjaźniła się moja matka. Jako nauczyciel był poważny, w postępowaniu może nierówny, ale sprawiedliwy. Przeniesiony ze Złoczowa do Kołomyi, w czasie wojny wstąpił do strzelców ukraińskich, potem brał udział w walce z Polakami o Małopolskę Wschodnią. W końcu przeszedł na stronę bolszewicką i tam znalazł śmierć jako nacjonalista ukraiński.

Zmiany nauczycieli były bardzo częste na przestrzenie 8-10 lat. Wystarczy wymienić, ilu uczyło nas łaciny i greki: dr Janik, dr Szczepański, szczególnie bezwzględny w wymaganiach, Klisiecki, Świtalski, Strzelecki, Hałuszczyński, Goldhammer, Herszkower, Sierosławski, wreszcie w ostatnich latach Kryczyński. Dużo też mieliśmy germanistów: Weissblum, Mordawski, Grossman (późniejszy dyrektor Targów Wschodnich), Reich, Zygmunt Reiss, Sznapka, późniejszy dyrektor gimnazjum w Cieszynie, Smolicki, Mirski. Matematyków mieliśmy pięciu: Wolańskiego, Hrycewicza, Bohosiewicza, Gniadego, najdłużej poczciwego Wohlmanna, dzięki któremu mogłem ukrywać swoje braki matematyczne i czytać na lekcjach Nudę, epos szkolnego poety (jego nazwiska już dzisiaj nie pamiętam) i podobne dzieła niemiecki, wydane w Universal-Bibliothek.

Musze też wspomnieć o prof. Zygmuncie Polakowskim. Polonista, przybył do szkoły już jako wychowanek i uczestnik ruchu zarzewiackiego. Jego stosunek do mnie ułożył się jak stosunek przyjaciela do przyjaciela i takim pozostał do końca jego życia. Gdyśmy byli uczniami, służył nam radą, pomagał książkami z własnej biblioteki. Wiadomości, jakie miał ode mnie o wszystkim, co się działo w szkole, nigdy nie nigdy nie wykorzystywał na niekorzyść uczniów. Miał opinię wymagającego nauczyciela, toteż nie wszyscy go lubili, dla wielu był „pomidorem” tak długo, dopóki się doń nie zbliżył i nie nabrali przekonania i szacunku. W pracach wychowawczych gimnazjum brał żywy udział, opiekował się czytelnia uczniowską, inspirował tematy odczytów i wystąpienia na forum dyskusyjnym. Sam okazywał dużą swobodę w wystąpieniach publicznych, odznaczających się wielką swadą, piękną formą wykładania; cieszył się sławą doskonałego mówcy. Brał udział z nami, tj. grupą młodzieży zarzewiackiej i skautowej, w wycieczkach, miedzy innymi do Krzemieńca w 1912 roku (byłem już wtedy studentem). Po pierwszej wojnie światowej przeniósł się do Śremu w Poznańskiem, następnie został dyrektorem gimnazjum w Nakle i w końcu w Bydgoszczy. Zginął z rąk siepaczy hitlerowskich w 1940 roku.

Wspomnę też jeszcze o wybitnych nauczycielach języka ruskiego: Michał Hałuszczyński w ostatnich latach Polski niepodległej odegrał jako narodowiec ukraiński pozytywną rolę polityczną, będąc wicemarszałkiem Sejmu polskiego. S. Hawryluk był niezłym poetą ukraińskim, a ks. Gromnicki grekokatolickim katechetą. Pomimo wrogości, bardziej powiedziałbym politycznej niż narodowej żywiliśmy szacunek dla tych Ukraińców, którzy reprezentowali prawdziwą naukę, literaturę i sztukę, ceniliśmy też, a nawet pokochaliśmy to, co było piękne i wartościowe w tradycji i folklorze ukraińskim. Z sentymentem śpiewaliśmy pieśni ukraińskie, z powagą i poszanowaniem braliśmy udział w obchodach szewczenkowskich i uroczystościach cerkiewnych.

Mógłbym jeszcze wspomnieć kilkunastu nauczycieli – było uch sporo, zwłaszcza że często się zmieniali, jednak scharakteryzować ich przyszłoby mi dzisiaj trudno.

O kolegach wzmiankuję tylko. Mimo zróżnicowania narodowościowego łączyła nas solidarność koleżeńska i duże przywiązanie do szkoły. Dodaję, ze także pod względem pochodzenia społecznego skład uczniów był ciekawy i charakterystyczny. Procent dzieci rolników i rzemieślników w stosunku do dzieci sfer bogatych oraz urzędników o wiele korzystniejszy niż później za czasów dwudziestolecia niepodległości. Stosunek ten nie był stwarzany sztucznie; pęd wsi do kształcenia dzieci może raczej wywołany został emulacją Polaków i Ukraińców. W mieście istniały dwie bursy polskie: im. Sobieskiego i im. Kościuszki oraz jedna ukraińska (Proświty).

O przywiązaniu do gimnazjum świadczył zjazd wychowanków w rocznicę 50-lecia istnienia szkoły w 1924 roku. Przewodniczył mu b. minister wyznań religijnych i oświecenia publicznego w Polsce, profesor Uniwersytetu jagiellońskiego Kazimierz Kumaniecki, uczestniczyło zaś kilkuset wychowanków.

24 maja 1911 roku złożyłem egzamin dojrzałości. Po pierwszej wojnie światowej, gdy ukraińscy żołnierze zdemolowali gimnazjum, brat mój Kazimierz odnalazł w okolicy zabrudzony arkusz mego wypracowania maturalnego na temat: „Dążenia do reformy politycznej państwa polskiego w literaturze złotego okresu”.

Brulion i czystopis obejmował osiem stron, z nich jedna była wydarta i zniszczona. Całość mógłbym i dziś odtworzyć. Na końcu wypracowania notatka profesora: „ Treść bardzo dobra. Forma tu i ówdzie grzeszy albo zbyteczną zwięzłością, albo zbyteczną wielomównością. Jeden błąd ortograficzny: błahy. Na ogół jednak zdanie, mimo usterek bardzo dobre. Podpis: E. Lewek”.

W sierpniu 1911 roku, już po maturze, ale jeszcze przed wyjazdem do Krakowa, wybrałem się z grupą młodszych kolegów należących do organizacji harcerskiej na wycieczkę „zagraniczną” do Krzemieńca, pod przewodnictwem prof. Polakowskiego, z gimnazjum w Złoczowie. Ktoś poinformował nas, że możemy tam się dostać na podstawie przepustek zagranicznych.

Od dwu lub trzech lat 15 sierpnia urządzaliśmy wycieczkę na odpust do Podkamienia, gdzie mieścił się słynny klasztor Dominikanów. Docieraliśmy tam rozmaitymi drogami, to przez Podhorce i Hucisko Oleskie, to z powrotem przez Olesko. W klasztorze byliśmy zawsze gościnnie przyjmowani; w celach klasztornych dostawaliśmy noclegi; obiady i kolacje w refektarzu, gdzie co najmniej dwa razy dziennie nakrywano. Przez klasztor przepływały dziesiątki tysięcy pielgrzymów. Wśród ojców mieliśmy swoich znajomych, umieliśmy się z nimi bawić, zagrać w kręgle itp. Dominikanie słynęli z bogactwa i z pieniactwa. Opowiadał mój ojciec, który pracował w sądzie obwodowym, że dominikanie najwięcej chyba mieli spraw cywilnych w powiecie brodzkim, ponieważ posiadali najwięcej gruntów, nie mogli opędzić się więc od zaorywania ich przez chłopów.

Ze wzgórz Podkamienia, widać było Poczajów, miejscowość leżącą po stronie rosyjskiej, słynną z cerkwi i klasztoru z XVIII wieku, fundacji Mikołaja Potockiego, wspaniałego pomnika polskiego rokoka. Dawniej słynął na Rusi jako miejsce kultu Matki Boskiej Poczajowskiej, teraz był gniazdem prawosławia. Zawsze błąkała się w nas myśl, jak by się tam dostać? Uradziliśmy, że naprzód udamy się do Krzemieńca, w drodze powrotnej zwiedzimy Poczajów.

Przepustki dostaliśmy bez trudności w Brodach, po czym pociągiem przyjechaliśmy do Radziwiłłowa, skąd pieszo powędrowaliśmy w stronę Krzemieńca. Wycieczka była improwizowana: liczyliśmy na los szczęścia, mapy nie mieliśmy. Nikt z nas naprawdę nie miał pojęcia, co to jest pas graniczny, ile wynosi kilometrów, jakie w nim obowiązują przepisy. Dzień był piękny, maszerowaliśmy żwawo. Po południu dotarliśmy do Ikwy. Przypominaliśmy sobie wiersze Słowackiego, w których wspominał Ikwę, Zosię Bobrównę itp. Gdy nadszedł wieczór i zrobiło się ciemno, dochodziliśmy do przedmieścia Krzemieńca.

Grupa młodzieży mówiąca po polsku i dość ekscentrycznie odziana zainteresowała strażników rosyjskich, mimo słabego oświetlenia ulic. Szli naprzód przed nami i przyglądali się ciekawie; potem przystąpili i zaczęli wypytywać, skąd jesteśmy i dokąd idziemy. Kiedy stwierdziliśmy, że jesteśmy z Galicji i legitymujemy się

przepustkami austriackimi, zaczęli nam tłumaczyć, że znaleźliśmy się w Krzemieńcu bezprawnie, wobec czego muszą nas odstawić na posterunek straży, na którym „nadziratel” zadecyduje, jak z nami postąpić. Bo oto przed rokiem mieli podobnego turystę, asystenta uniwersytetu lwowskiego, interesującego się Krzemieńcem, i ten został zatrzymany w areszcie przez dłuższy czas. Trzeba było dopiero interwencji dyplomatycznej z Wiednia, by odesłano go do Lwowa. Perspektywa była niepocieszająca. Wdaliśmy się w rozmowę ze strażnikiem. Dowiedzieliśmy się, że pochodzi z Nowogródka. Znał nazwisko Mickiewicza, słyszał, że prawie dorównywał Puszkinowi. Mniej wiedział o Słowackim, zupełnie nic o Czackim i Liceum Krzemienieckim.

Ponieważ „nadziratela” nie było w biurze, gdyż poszedł do cerkwi na „pokłony”, strażnik kazał nam czekać na powrót przełożonego, jak zapewniał, człowieka dobrego i wyrozumiałego.

Zjawił się przed północą, wysłuchał usprawiedliwień i powiedział, że postara się postąpić jak najżyczliwiej. Ponieważ musimy być pod nadzorem, zaproponował, byśmy ulokowali się nie w ciasnym areszcie, ale w najbliższym zajeździe. Nazajutrz zamelduje komendantowi powiatowemu „isprawnikowi” o przytrzymaniu wycieczki i pozwoli wysłać delegację, która uprosi „isprawnika” o zezwolenie spędzenia „adinsut” (doby) w Krzemieńcu celem zwiedzenia interesujących nas miejsc i pamiątek. Tak się tez stało. Zanim delegacja nasza powróciła, spędziliśmy czas na piciu „czaju” i spożywaniu „zakusok”.

W dniu odzyskania wolności – była to niedziela – poszliśmy naprzód do kościoła na nabożeństwo. W przedsionku znajdował się pomnik Słowackiego (rzeźba Szymanowskiego). Z kościoła udaliśmy się na Górę Królowej Bony, gdzie było obserwatorium meteorologiczne. Po drodze dowiedzieliśmy się, że zawiadowcą tegoż jest Polak, inż. Andrycz, emeryt, który poprzednio pracował jako inżynier przy budowie kolei transsyberyjskiej. Ten zaopiekował się nami serdecznie, przyjął do swego domu, przedstawił rodzinie, sprowadził znajomych, nakarmił. Przede wszystkim jednak oprowadził nas po mieście, pokazał jego piękno: domy, dworki, altany, ogródki i groby polskie oraz zaniedbane wówczas budynki i ogrody policealne.

Wieczorem wybraliśmy się pieszo w drogę powrotną, na opłacenie kolei nie było nas stać. Nocowaliśmy pod kopami zboża w polu. Zwiedziliśmy po drodze Poczajów, ale z większymi ostrożnościami niż przy wejściu do Krzemieńca.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Józef Błoński, Pamiętnik 1891 -1939 – wątki złoczowskie c.d.

wtorek, 21 października 2014 18:06

Część IV - Wojna światowa 1914 – 1916

Str. 78 (…) W Złoczowie wszystko żyło pod znakiem grożącej wojny. Po miesiącu ukazał się dekret mobilizacyjny.

Mobilizacja odbywała się w warunkach niezwykłych. Właściwie mogło by jej nie być. Umundurowanie, ekwipunek i broń wydawano bez zwykłej skrupulatności. Kto umiał się upomnieć, dostał wszystko, czego zapragnął. Tłumy powołanych rozmieszczone po kwaterach, na podwórzach, ogrodach i polach kręciły się po mieście bez opieki. Oddziały wojskowe 80K. u K. Infanterie Regiment, Obrony Krajowej, 35 i 13 Pułku Ułanów, wcześniej zmobilizowane, znajdowały się już w polu.

Tylko drobna cząstka młodzieży, związaną ideologią polskiego ruchu zbrojnego, działała z pełną wiarą w polską gwiazdę i polskie przeznaczenie. Nie wszyscy członkowie organizacji niepodległościowych mogli oczywiście pójść do polskich oddziałów wojskowych. Zaledwie kilkunastu członków Polskiej Drużyny Strzeleckiej w Złoczowie odważyło się na wyjazd do Krakowa, do Legionów. W tej liczbie mój brat Stanisław, który był zwolniony od służby czynnej. Ja miałem tylko odroczenie, musiałem więc zgłosić się do batalionu zapasowego 80 Pułku Piechoty.

Tłumy zmobilizowanych cisną się do koszar. Władze starają się opór opanować i zabezpieczyć od demoralizacji i dezercji, jeśli komuś śnią się takie zachcianki. Nie ma żadnego porządku. Wszędzie zapisują, ewidencjonują, tworzą tymczasowe jednostki, zliczają, znowu zmieniają, formują, mundurują, ekwipują i znowu odsyłają do kwater, do kuchni, których ilość jest co raz większa, wszystko odbywa się w nieładzie, chaosie, pod coraz to inną komendą. Nikt nie panuje nad masami. Dowodzi komendant baonu zapasowego płk Bastgen. Ma pod sobą sporo oficerów zawodowych i rezerwowych, mnóstwo urzędników wojskowych, którzy zupełnie nie dają sobie rady z masami i wypadkami.

Płk Bastgen, Polak, nie ma duszy wojskowej. O wiele więcej wigoru ma oficer zawodowy por. Chrzanowski, darzący sympatią Polaków udających się do Legionów. Na każdą prośbę daje kartki do austriackiego feldfebla, Ukraińca Czern’yego, by

wydał nowy mundur i części ekwipunku dla wysyłanego szeregowca. Wykorzystując tę protekcję, często nawet tylko nazwisko por. Chrzanowskiego, potrafiliśmy dobrze wyposażyć prawdziwych ochotników legionowych. Wyjechali ze Złoczowa do Legionów: Marian Węgrzynowski, Stanisław Błoński, Jan Winiarski, Stanisław Heller, Antoni Zarzycki, Adam Popowicz, Bronisław Blumski, Adam Zarzycki, Adam Nebelski. Inni znaleźli się później w Legionie Wschodnim: Słoniowski, młodzi Węgrzynowscy, ZygmunyBlumski, Różniecki, Majewski, Czechowicz, Myśków i inni.

Pierwsze dni spędziliśmy bezczynnie. Zajęć żadnych. Wyznaczono rejony, gdzie wolno nam przebywać, pozwolono się umundurować i częściowo wyekwipować. Polecono interesować się tylko tym, co dzieje się w rejonie, i dowiadywać, jakie rozkazy ogłoszono w kompaniach.

Początkowo nic nie wiedzieliśmy, gazety dochodziły nieregularnie, żyliśmy plotkami. Toczyły się już jakieś walki. Mówiono o wtargnięciu wojsk rosyjskich pod Żółkiew i o niepomyślnej tam bitwie, o pojawieniu się nieprzyjaciela od strony Kamionki Strumiłowej, Brodów, Załoziec itp.

Aż oto rozeszły się wieści, że Rosjanie idą na Złoczów. Zaalarmowano wszystkich zmobilizowanych. Tych, którzy znajdowali się w koszarach i na kwaterach, na przedmieściu gliniańskim i lwowskim, zaczęto formować w oddziały, rekwirować konie, majątek wojskowy pakować i ładować je na szosie gliniańskiej w porządku marszowym na zachód.

Działo się to tuż przed zachodem słońca. Robiło się ciemno. Nie wolno było posługiwać się światłem, nie wolno palić papierosów. Powstał chaos niesłychany. Sformowanie kolumny marszowej trwało bardzo długo. Prowadzić ją miał płk Bastgen. Oficerów było niewielu, przeważnie rezerwowi. Nie znali okolicy ani nie orientowali się co do celu wymarszu. Wciąż czekano na wiadomości i instrukcje. W końcu kolumna ruszyła, ale w tempie tak powolnym, że kiedy wzeszło słońce, okazało się, że początek kolumny marszowej przebył 5 km i znalazł się w wiosce Boniszynie, koniec zaś dopiero opuścił przedmieście.

Na szczęście nikt kolumny nie zaatakował. Wiadomości o nieprzyjacielu i otrzymane instrukcje okazały się pomyślniejsze. Powrót do miasta i kwater trwał półtorej godziny.

Prawdziwy odmarsz, a właściwie odjazd nastąpił dwa lub trzy dni później, po pożegnaniu z rodzicami, młodszym bratem i siostrami. Wszystkich jednoroczniaków, tj. kandydatów do szkoły oficerów rezerwy, sformowano w drobny oddział i umieszczono w osobnym wagonie kolejowym. Jechaliśmy przez Lwów i Stanisławów, do Munkacsa. Zanim znaleźliśmy się w granicach ówczesnych Węgier, minęło kilka dni. (…)

W drodze, my, młodsi studenci, nawiązaliśmy bliższą znajomość. Sprawił to los i przeznaczenie, na które jako żołnierze byliśmy skazani. Na razie śmierć nam nie grozi, jesteśmy młodzi, nie martwimy się, bądźmy dla wszystkich życzliwi.

Nasza gromada było wielonarodowa: Polacy, Żydzi, Rusini, później Czesi, Niemcy, Rumuni. A jednak – ciekawa rzecz – zdołaliśmy się zbliżyć, przede wszystkim dzięki pieśniom, które nas nie tylko nie oddalały, ale, przeciwnie, łączyły. Mieliśmy także wspólne wspomnienia szkolne – i to chyba wszystko, bo o patriotyzmie habsburskim nie było co mówić. Po drodze stworzyliśmy dobry chór: nauczyliśmy się pieśni patriotycznych, ludowych polskich i ruskich, a nawet kabaretowych. Gdy wjeżdżaliśmy w dzień na stację, zaczynaliśmy się zaraz popisywać naszą sztuką i melodią.

Węgrzy wszędzie życzliwie nas witali i obdarowywali owocami, odpowiadali też unisonowym śpiewem pieśni madziarskich. Ta życzliwość dotyczyła oczywiście tylko Polaków – Lengyelów. Zwyczaj popisywania się śpiewem polskim i ukraińskim pielęgnowaliśmy tak długo, dopóki nie porozrzucano nas do różnych jednostek wojskowych. (…)

(…) Str. 84 (…) W zimie 1914/15 roku nawiązałem łączność z rodzicami. Ewakuowani ze Złoczowa, wyjechali do Ołomuńca, gdzie rozmieszczone zostały sądy lwowskie. Dołączył do rodziców brat Stanisław, który jako legionista walczył od 22 października do 26 października 1914 roku pod Dęblinem; kontuzjowany, został odesłany do domu. Ponieważ idąc do Legionów samowolnie porzucił pracę w sądzie, wytoczono mu dyscyplinarkę i skazano na drobną karę. (…)

Str. 174 (…) Matka moja, już od dłuższego czasu cierpiąca na wątrobę, po śmierci męża znalazła się w ciężkich warunkach. Brat starszy, Stanisław, miał swój własny dom i trudności. Siostry były gdzie indziej, brat najmłodszy kończył prawo na

uniwersytecie lwowskim. Postanowiłem pomóc matce i rodzinie. Poprosiłem o przeniesienie ze względów rodzinnych do 52 Pułku Piechoty Strzelców Kresowych w Złoczowie. O poparciu mej prośby w ministerstwie zwróciłem się do płk Ulrycha. W marcu 1927 roku przeniesiony zostałem na stanowisko dowódcy 2 baonu do 52 Pułku Piechoty.

Już 1 kwietnia 1927 roku znalazłem się w domu matki w Złoczowie i w miejscowym pułku. We Włodzimierzu żegnano mnie serdecznie ucztą w kasynie. Oficerowie, podoficerowie i rodziny odprowadzili mnie na dworzec kolejowy przy dźwiękach orkiestry; byłem wzruszony i rozrzewniony. W Złoczowie także przyjęto mnie życzliwie. Nie byłem tu nikomu obcy. Większość oficerów znałem z pobytu na urlopach u rodziców, niektórych także ze służby w ministerstwie. Zameldowałem się u dowódcy pułku płk dypl. Tadeusza Malinowskiego i jego zastępcy ppłk Filipa Brzezickiego. Pierwszy był oficerem legionowym w 2 Brygadzie, drugi przed wojną profesorem gimnazjum w Złoczowie. Poprzednika mojego, mjr Quiriniego, znałem z ministerstwa, ożenił się Złoczowie w rodzinie Kociubińskich, był wydawcą albumu Legionów polskich.

Kilka dni po moim przybyciu nastąpiła zmiana na stanowisku dowódcy pułku. Mianowanego generałem brygady płk Malinowskiego zastąpił płk dypl. Wilhelm Liszka-Lawicz, oficer legionowy. Dowódcą 1 batalionu był mój przyjaciel Stanisław Mancewicz, z którym byłem na kursie w Grupie; dowódcą 3 baonu mjr Jan Karlijet, były oficer rosyjski; kwatermistrzem mjr Zimmer, b. oficer austriacki; adiutantem pułku por. Bauer; lekarzem garnizonowym zloczowianin, płk doktor Golicz, lekarzem pułkowym mjr Baboń, oficerem sanitarnym por. Kriegseinem, kapelanem ks. Nowak. Kościoła własnego garnizon nie posiadał.

W baonie moim dowódcą 4 kompanii był kpt. Dyba i kpt. Bielczyk (przeniesiony został do Szkoły Oficerskiej w Bydgoszczy); dowódcą 5 kompanii karabinów maszynowych – por. Piekarniak. Znalazłem fotografię grona oficerskiego i zaproszonych gości cywilnych z uroczystości święta pułkowego z 1927 roku. Ale nie wszystkich potrafię dziś rozpoznać i wymienić.

Warunki bytowe w Złoczowie wyglądały zupełnie inaczej niż we Włodzimierzu. Wprowadziłem się do rodzinnego domu. Uznaliśmy go za własność matki; kupiłem też działkę na przedłużeniu budynku. Po śmierci matki dobudowaniem dwu izb zajął

się brat mój Kazimierz i kiedy opuszczałem Złoczów w 1928 roku, całość budynku objął brat, a po jego wyjeździe ze Złoczowa – siostra Maria.

W 1927 roku mieszkałem tam z matką. Gospodarstwem zajmowała się służąca Kasia, wierna od lat kilkunastu mojej matce. Opuściła nas po śmierci matki i po moim i brata wyjeździe, kiedy wyszła za mąż i przeniosła się do własnej zagrody w Chilczycach. Siostra Maria układała odtąd sprawy domowe i gospodarcze w porozumieniu z lokatorami.

Codziennie niemal około godziny 7 zjawiał się przed domem ordynans z wierzchowcem, na którym wyjeżdżałem na miejsce zbiórki lub na place ćwiczeń. Te były dość odległe od miasta: na Bieniowie, w Jelechowicach, Horodyłowie, Woroniakach lub gdzie indziej. Zawsze najmniej 4 do 6 km dojścia. Popołudniowe zajęcia przeprowadzano na placach i dziedzińcach koszarowych oraz w koszarach. W niedzielę wymarsz oddziałów z orkiestrą do kościoła na nabożeństwo, które dla wojska odbywało się o godz. 10. Przemarsz prowadził oficer służbowy pułku. Na końcu ul. Sobieskiego, naprzeciw Wałów, dowódca pułku po nabożeństwie przyjmował defiladę (jak za czasów austriackich tzw. Vorbeimarsch) przy dźwiękach orkiestry. Potem pododdziały odchodziły do koszar, orkiestra zaś udawała się na Wały lub do ogrodu po reformackiego, gdzie przez godzinę koncertowała dla publiczności lub oficerów i ich rodzin. Występ orkiestry wojskowej w niedzielę i święta stanowił ważne wydarzenie dnia. Koncertami dyrygował kapelmistrz Tymofiejew-Tymosławski. Orkiestra była dobrze wyćwiczona i miała dość bogaty repertuar, brała często nagrody w konkursach.

Dowódca pułku płk Lawicz mieszkał w budynku koszarowym, niedaleko sztabu pułku. Był kawalerem, mieszkał z matką, życia towarzyskiego nie prowadził. Kasyno pułkowe jako miejsce rozrywek, miejsce zebrań i stołówka właściwie nie istniało. Nie przypominam sobie żadnego zebrania towarzyskiego oficerów, żadnego przyjęcia koleżeńskiego (może dlatego, ze byłem dwa lata w żałobie).

Większość oficerów mieszkała prywatnie, zmieszana z ludnością miejską. Kontakty towarzyskie, przyjaźnie i koleżeństwo rozwijały się poza pułkiem na gruncie sympatii i pokrewieństwa charakterów.

Matka po śmierci ojca czuła się coraz gorzej. Opiekowali się nią bracia Stanisław i Kazimierz, dojeżdżały od czasu do czasu obie siostry. Lekarzem domowym matki był dr Mϋnz. Miał ją od lat w swojej opiece.

Po przeniesieniu do Złoczowa zwróciłem się do profesora Czerneckiego ze Lwowa o zbadanie matki i konsultację wespół z dr Mϋnzem. Kuracja nie dawała zasadniczej poprawy. Zmarła 15 listopada 1927 roku. (…)

*

Str. 178 (…) Praca i zajęcia w pułku złoczowskim były o wiele łatwiejsze i przyjemniejsze niż we włodzimierskim. Już same warunki życia były bardziej europejskie. Koszary znajdowały się w samym mieście, nie odczuwało się oderwania wojska od społeczeństwa, jak we Włodzimierzu. Koszary były może ciasne i niewygodne na skutek rozrzucenia budynków, baraków, stajen, placów alarmowych i placów zbiórek. Mój 2 baon mieścił się w kompleksie koszar i baraków na tzw. Szlakach. Była tam także szkoła podoficerska, która dowodził kpt. Józef Kiczka. Place ćwiczeń znajdowały się dość daleko od miasta, dobra strzelnica, urozmaicone tereny ćwiczebne pozwalały na obmyślanie ciekawych ćwiczeń i zadań taktycznych. Służba wewnętrzna była bardziej rygorystyczna i trudniejsza niż we Włodzimierzu. Posterunki trzeba było kontrolować w punktach dość odległych od miasta (prochownia, magazyn żywnościowy, piekarnia obok dworca kolejowego), co wymagało niemal zawsze wyjazdów konnych w teren.

Inaczej też wyglądały warunki inspekcji i kontroli z ramienia DOK i dowództwa dywizji. Mniej było troski o ćwiczenia aplikacyjne. Strach budziły inspekcje dowódcy piechoty dywizyjnej płk. (później gen.) Langnera, oficera legionowego. Przyjeżdżał bez zapowiedzi wczesnym rankiem i zaczynał inspekcję od warty głównej, kontroli pobudki w koszarach i stajniach, następnie zbiórek i w końcu pracy na placach ćwiczeń oraz strzelnicy. Zjawiał się wszędzie niespodziewanie i zawsze mógł komuś wytknąć przeoczenia, zaniedbania czy błędy.

Nie miały charakteru niespodzianek inspekcje dowódcy dywizji, gen. Brygady Dowoyno-Sołłohuba. Z wdzięcznością wspominam też ćwiczenia w terenie, odbyte konno z gen. Norwid-Neugebauerem w okolicach Załoziec. Interesujące były wreszcie ćwiczenia polowe dywizji, odbyte w 1928 roku w okolicach Pomorzan, z

zaproszeniem korpusu oficerskiego na zamek przez właściciela Pomorzan Potockiego.

Najciekawszym jednak wydarzeniem była inspekcja dowódcy korpusu gen. Władysława Sikorskiego na ćwiczeniach dywizji podczas marszu do obozu letniego w 1927 roku pod Złotą Górą w powiecie Zborowskim. Ćwiczenie prowadził gen. Dowoyno-Sołłohub. Przygotował założenie do ćwiczeń i puścił w ruch dywizję. Nie przypuszczał jednak, że trwający od 3 dni deszcz przekreśli przygotowania. Inspekcjonujący i prowadzący ćwiczenia zdali się na los nieba i żaden nie przerwał manewrów. Skutek był taki, że wszyscy byliśmy przemoczeni do nitki i okrutnie zmęczeni. Wreszcie sam gen. Sikorski zdecydował się na przerwanie ćwiczenia podczas symulowanego natarcia na Złotą Górę. Zarządził wtedy zbiórkę oficerów. Zagajający dyskusję gen. Dowoyno-Sołłohub powołał się na cel i założenie ćwiczeń. Przerwał mu gen. Sikorski, postawił mu zarzut, iż zachował się nieporadnie i wobec niepogody nie przerwał ćwiczenia. Naraził dywizję na straty moralne i materialne, na mordęgę ludzi i koni oraz na zniszczenie umundurowania i broni od przemoczenia oraz rdzy. Z ćwiczenia nikt nie odniósł korzyści. Tę żałosną krytykę słyszeli wszyscy zgromadzeni na polu oficerowie – od sztabowych do najmłodszych. Zganiwszy dowódcę dywizji, nie udzieliwszy mu głosu na usprawiedliwienie, gen. Sikorski odjechał gniewny z miejsca zbiórki.

O tym, że gen. Sikorski nie lubił gen. Dowoyny-Sołłohuba, że uważał go za ślepo oddanego Piłsudskiemu karierowicza, wiedzieliśmy, nikt jednak nie spodziewał się takiej awantury. Potem dowiedziałem się, że gen. Dowoyno-Sołłohub wniósł zażalenie na gen. Sikorskiego. Marszałek spór ten rozstrzygnął niepomyślnie dla obu generałów. Gen Sikorski został przeniesiony do Warszawy do dyspozycji Inspektoratu Generalnego; gen. Popowicz mianowany dowódcą Okręgu Korpusu Lwowskiego; gen. Sołłohub rok po zajściu został zastąpiony przez nowego dowódcę, gen. Paszkiewicza.

28 czerwca 1928 roku wypadało święto pułkowe 52 Pułku Piechoty Strzelców Kresowych. W dniu tym pułk, który z oddziałami gen. Józefa Hallera sprowadzony został do Polski w 1919 roku, by wziąć udział w wyzwoleniu ziem polskich, stoczył pierwszą bitwę pod Gołogórami i pierwsze odniósł zwycięstwo. Historię pułku napisał ppłk dypl. Tadeusz Pawlik. Na mój wniosek płk Lawicz zgodził się, by święto uczcić

wymarszem na pole bitwy pod Ściankami, przypomnieć szeregowym na miejscu historię bitwy i powtórzyć jej przebieg według opisu wziętego z monografii pułku.

Ćwiczenia letnie odbywaliśmy w Miodoborach. W 1928 roku w ćwiczeniach uczestniczyła także brygada kawalerii z Brodów. W celu szkolenia i doskonalenia środków przydzielono do pułków kilku lub kilkunastu oficerów dyplomowanych. W moim batalionie znalazł się mjra dypl. Tatara. Oficerowie dyplomowani najczęściej pełnili rolę rozjemców i łączników z ramienia kierownictwa ćwiczeń.

Pamiętam , że jedno z ćwiczeń mojego batalionu piechoty z kawalerią, pomyślane przez dowództwo brygady kawalerii jako pokazowe dla zaproszonych gości, rozegrałem zwycięsko ku wielkiemu zdumieniu i niezadowoleniu dowódców kawalerii. Stało się to dzięki forsownemu marszowi batalionu, który opanował dogodny do walki z kawalerią teren przed przybyciem konnicy, a także dzięki lepszemu funkcjonowaniu przydzielonych mi konnych patroli wywiadowczych. Sukces zawdzięczałem jednak przede wszystkim temu , że oficerowie kawalerii lekkomyślnie opóźnili rozpoczęcie ćwiczenia, przeciągając obiad z zaproszonymi gośćmi o kilkadziesiąt minut. Rozjemcy obu stron przyznali, iż udało mi się uniknąć zaskoczenia i niepotrzebnych strat.

W 1928 roku wyznaczony zostałem również na dowódcę batalionu mającego reprezentować pułk w tzw. Manewrach wołyńskich, które odbyły się pod kierownictwem gen. broni Kazimierza Sosnkowskiego. Batalion, doskonale wyposażony, miał działać jako jeden z batalionów polowych jednostki manewrowej. Wysyłany koleją do Dubna na Wołyniu, marszem podróżnym dostałem się stamtąd do miasteczka Ostrożec, żydowskiego w literalnym słowa znaczeniu : tylko dwór zamieszkany był przez chrześcijan. W samym miasteczku obchodzono „szabas” . Nie można było absolutnie niczego nabyć. Jedyny napój, jaki można było kupić, to piwo starodubskie. O zakwaterowaniu batalionu nie było mowy. Po spędzeniu nocy w polu rozpoczęto następnego dnia manewry. Miały one na celu sprawdzenie funkcjonowania służb w polu. W toku działań okazało się, że mieliśmy duże trudności i braki w funkcjonowaniu służb i w dziale zaopatrzenia. Dostawy opóźniały się, nie były zgodne z planem i zadowalające – karmiono oddziały głównie ryżem. W dziedzinie organizacyjnej szukano nowego rozwiązania dla sprawy transportu ckm oraz amunicji; próbowano zastosowania transportu na wózkach tzw. Taczankach.

Powrót nastąpił drogą na Wojnicę i Włodzimierz. Batalion skorzystał dużo z doświadczeń transportu i podróży oraz z przebiegu manewrów.

Powróciwszy z manewrów do Złoczowa, otrzymaliśmy rozkaz z DOK zgłoszenia się we Lwowie celem objęcia kierownictwa Okręgowego Urzędu WFiPW. Ledwie zacząłem zaznajamiać się z nowy działem służby, gdy wezwał mnie do siebie gen. Popowicz i powiedział, że chciał mnie zatrzymać u siebie w korpusie, ale rezygnuje ponieważ otrzymał od płk. Ulrycha list z prośbą , by odesłać mnie do jego dyspozycji w Państwowym Urzędzie WFiPW, gdzie proponuje mi stanowisko zastępcy dyrektora.

Wyjeżdżałem ze Złoczowa żegnany uroczyście na dworcu przez korpus oficerski i orkiestrę wojskową. Nie wiedziałem, że nigdy mi już więcej w życiu nie zagra orkiestra pułkowa na pożegnanie. Ostatnim wyrazem więzi łączącej mnie z pułkiem było nadanie mi uchwałą korpusu oficerskiego 27 czerwca 1933 roku odznaki pamiątkowej 52 Pułku Piechoty Strzelców Kresowych za owocną pracę na polu wyszkolenia i wychowania żołnierza.

Losów pułku w wojnie z Niemcami w 1939 roku nie znam dokładnie. Dowódcą był w tym czasie płk Dąbek, który zapisał się chwalebnie w obronie Wybrzeża i bohatersko położył głowę w ofierze ojczyzny. Płk Lawicz w czasie wojny był dowódcą dywizji osłonowej pod Brodnicą. Wsławił się tam pięknym manewrem odwrotowym; zmarł w Londynie.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

czwartek, 22 czerwca 2017