Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 253 535 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Powroty na Kresy (Książka)

piątek, 15 kwietnia 2011 19:39

Powroty na Kresy cz.1


Powroty na Kresy cz.2

Powroty na Kresy cz.3

 

 

 

 

© Copyright by Roman Maćkówka – „Klub Złoczowski”

 

Redakcja:

Roman Maćkówka, Janusz Paluch

 

Redaktor techniczny:

Mirosława Gasińska

 

Korekta:

Mirosława Gasińska, Zofia Gasińska z d. Sapeta,
Marzanna Kowalik z d Maćkówka, Maria Szymska z d. Rzepecka.

Opracowanie tekstów i ilustracji:

Roman Maćkówka

 

 

 

 

TOM II

1997–2006

 

 

wrzesień 1997



 

Władysław Bąkowski - były mieszkaniec Huty Pieniackiej

Światowe Stowarzyszenie Rodzin i Przyjaciół Ziemi Złoczowskiej „Klub Złoczowski”
w Krakowie poszerza swoją działalność

 

 

W czerwcu, na corocznym Zjeździe Złoczowian w Krakowie goszczono delegację ze Złoczowa.

Wtedy to, staraniem „Klubu Złoczowskiego”, w porozumieniu z władzami miast Krakowa i Złoczowa ustalono, że w dniach 5 do 8 września 1997 roku, zorganizowane będą „Dni Kultury Polskiej w Złoczowie”.

Na „Dni Kultury Polskiej w Złoczowie” zaproszeni zostali Złoczowianie z kraju i z zagranicy, przedstawiciele Urzędu Miasta Krakowa oraz Krakowskiej Kurii Metropolitarnej.

4 września 1997 roku spotkaliśmy się na miejscu zbiórki w Krakowie, skąd wyruszaliśmy na wszystkie poprzednie wyprawy na Kresy.

Na tegoroczny wyjazd zgłosiło się 29 osób. Wielu z nas już brało udział w poprzednich. Kilka osób zgłosiło się po raz pierwszy.

Kierownictwo wyprawy objęli członkowie Zarządu Stowarzyszenia z Prezesem Panem Romanem Maćkówką na czele.

Wyjazd wyznaczony na godzinę 20oo nieco się opóźnił, ponieważ czekaliśmy na drugi autokar z grupą artystyczną.

Ostatecznie ruszyliśmy w tą podróż sentymentalną jeszcze przed godziną 22.00, z ufnością i nadzieją na jej pomyślny przebieg. Bez trudności dotarliśmy do przejścia granicznego w Medyce i bez zbytniej mitręgi paszportowo-kontrolnej przekroczyliśmy granicę polsko-ukraińską.

Do Złoczowa przybyliśmy w godzinach przedpołudniowych następnego dnia, gdzie zostaliśmy rozlokowani w znanym nam z poprzednich wyjazdów hotelu „Ukraina”.

To smutne, ale w Złoczowie niewielu miejscowych mieszkańców, Polek i Polaków, nas powitało. Co do warunków noclegowych, to stan pokoi hotelowych nas nie zaskoczył, natomiast, ku naszemu wręcz zadowoleniu, nie uległ pogorszeniu. Niestety koszty pobytu w hotelu zdecydowanie, bo aż sześciokrotnie, wzrosły. Za jednego dolara otrzymywało się 1,80 hrywny.

W miarę możliwości doprowadziliśmy się do jako takiego porządku i ulokowaliśmy się na dobre w hotelu. Jak zawsze brak było ciepłej wody. Czas pozostały do wieczorowej imprezy, każdy z nas wykorzystał indywidualnie.

 

Próba wyjazdu do Brodów

Korzystając z trzydniowego pobytu w Złoczowie, zamierzałem skontaktować się z p. Stefanem Panasem z Brodów, w sprawie upamiętnienia tragedii mieszkańców Huty Pieniackiej, zamordowanych w 1944 r. przez Ukraińców. Brak książki telefonicznej zarówno w hotelu, jak i na poczcie, zmuszał mnie do skorzystania z pociągu lub autobusu. Wspólnie z prof. Lechem Antonowiczem wybraliśmy się na dworzec kolejowy. Po drodze odwiedziliśmy złoczowski cmentarz, na którym grób bp. Jana Cieńskiego nadal nie ma nagrobka. Przed nami już ktoś z naszych wycieczkowiczów tu zaglądał. Świadczyła o tym zapalona lampka przywieziona z Polski. Oglądaliśmy też remontowane z inicjatywy i środków finansowych „Klubu Złoczowskiego” Mauzoleum. Pozostało niewiele robót, między innymi uporządkowanie otoczenia obiektu oraz odświeżenie płyt nagrobnych obrońców Złoczowa z 1918 roku. Po renowacji i odnowieniu, Mauzoleum jaśnieje, jako jeden z najbardziej zadbanych obiektów na złoczowskim cmentarzu.

Zbliżając się do złoczowskiego dworca kolejowego, przypomniałem sobie, jak to grudniowej przedświątecznej nocy 1940 roku, odwoziłem sankami wujka odjeżdżającego do Lwowa.

Wracając do miasta mijaliśmy grupki uczniów i uczennic powracających ze szkół złoczowskich. Ich wygląd nie różni się od wyglądu młodzieży polskiej. Zaskoczeni byliśmy jednak, że w rozmowach między sobą, młodzież nie używa wulgarnych słów, jakich bez żenady, w obecności starszych ludzi, używa młodzież polska.

 

Dni Kultury Polskiej w Złoczowie

Wieczorem rozpoczął się pierwszy akt złoczowskiej imprezy – występ lwowskiego teatru amatorskiego, który na scenie Złoczowskiego Ośrodka Kultury wystawił „Zemstę” Aleksandra Fredry. Duża sala nie wypełniła się po brzegi widzami, mimo istnienia w Złoczowie Towarzystwa Kultury Polskiej. W istocie, na widowni byli Złoczowianie z Polski, przedstawiciele władz Krakowa i Złoczowa i niewiele miejscowej ludności ukraińskiej i polskiej. Miejscowa organizacja polska wyraźnie nie zadbała o frekwencję.

Kolejny dzień, 6 wrześ­nia 1997 roku (sobota), powitał nas piękną pogodą. Poranek wrześniowy przypominał pamiętny wrzesień 1939 r., tragiczny dla Polaków. Przed budynkami państwowej administracji i Domem Kultury, wybudowanymi jeszcze za sowietów na tzw. „Kępie” (miejscu średniowiecznego horodyszcza), na szerokim tarasie zgromadzili się Złoczowianie przybyli z Polski, przedstawiciele władz Krakowa, władze miejscowe z burmistrzem Złoczowa na czele, oraz tylko nieliczni przedstawiciele polskiego społeczeństwa złoczowskiego. Powitał wszystkich ukraiński miejscowy zespół dziewczęcy w pięknych ludowych strojach, pre­zentując ludowy taniec. Nie zabrakło też tradycyjnego powitania gości z Polski chlebem i solą.

Następnie w sali reprezentacyjnej Domu Kultury odbyło się oficjalne otwarcie „Dni Kultury Polskiej” w Złoczowie.

Ceremonię otworzył burmistrz Złoczowa p. Jarosław Maksymowicz, który w ciepłych słowach powitał gości. Głos zabrali także: Prezes naszego Stowarzyszenia p. Roman Maćkówka i wicekonsul p. Wincenty Dębicki z Konsulatu Generalnego we Lwowie. Obaj podkreślali doniosłość imprezy, zmierzającej do zacieśnienia współpracy i przyjaźni między społeczeństwem polskim i ukraińskim. Doniosłą rolę, ich zdaniem, winno spełniać miejscowe Towarzystwo Kultury Polskiej. Odegrano hymn ukraiński. Z braku taśmy z nagraniem polskiego hymnu, mazurek Dąbrowskiego odśpiewano „a capella”.

Bezpośrednio po oficjalnym otwarciu imprezy odbyła się sesja naukowa związana z historią Złoczowa. W holu Złoczowskiego Ośrodka Kultury przygotowano wystawę, na której eksponowano fotogramy: „Kraków w fotografii”, „Zło­czów i region złoczow­ski w starej fotografii, litografii i rysunku”. Wszystkie eksponaty przywieziono z Krakowa. Był też konkurs malarski dla złoczowskiej młodzieży szkolnej. Liczne prace były oceniane przez profesjonalnych plastyków i nagradzane przez orga­nizatorów wystawy. Zwiedzający z ciekawością i zainteresowaniem przyglądali się wystawionym materiałom archiwalnym. Bardzo duże zainteresowanie wzbudzało stoisko z polską książką. Wystawione eksponaty i książki podarowane zostały Złoczowskiemu Towarzystwu Kultury Polskiej, jako wkład Złoczowian i miasta Krakowa dla przyszłej biblioteki polskich książek w Złoczowie. 

Spotkanie zakończyło się wspólnym obiadem w reprezentacyjnej złoczowskiej restauracji, a po południu zwiedzano miasto. Niektórzy odwiedzili także swoich krewnych i znajomych ze Złoczowa.

Na wieczór zapowiedziano dwa spektakle teatralne: „Pan Tadeusz” Adama Mickiewicza oraz „Niebrookliński most” Edwarda Stachury w wykonaniu krakowskich aktorów.

Oprócz miejscowych notabli, gości z Polski oraz nielicznych Polaków ze Złoczowa, oba spektakle z uwagą oglądała ukraińska młodzież.

 

Przygotowanie wyjazdu do Huty Pieniackiej

Planując tegoroczny wyjazd, do Złoczowa, założyłem sobie odwiedzenie mojego miejsca  urodzenia, byłej wsi Huta Pieniacka i konsekwentnie realizowałem plan. Wspólnie z dobrym znajomym ze Złoczowa, Edwardem Stojanowskim oraz prof. Lechem Antonowiczem z Lublina, postanowiliśmy zamówić na następny dzień samochód. Starania w Złoczowie nie odniosły powodzenia. Za radą Edwarda Stojanowskiego pojechaliśmy do podzłoczowskiej wsi Woroniaki, ale tam również nie udało się zakontraktować samochodu. Na Woroniakach, wsi położonej na zboczu pasma Gór Woroniackich, mile zaskoczyła nas ilość nowo budowanych domów mieszkalnych, dużych, często piętrowych, z cegły ceramicznej. Zaskoczenie było tym bardziej niespodziewane, że na Ukrainie panuje ogólny niedostatek. Na Woroniakach mieszka wiele polskich rodzin. Wracając do Złoczowa, szczęśliwie spotkaliśmy właściciela „mikrobusa”, który zgodził się pojechać z nami do Huty Pieniackiej.

W niedzielę rano uczestniczyliśmy we Mszy św. odprawianej w złoczowskim, pięknie odnowionym, kościele parafialnym. Kościół wypełniony był po brzegi. W homilii proboszcz parafii powitał gości z Polski.

Po Mszy św. wyruszyliśmy do Huty Pieniackiej. Edek doskonale znał drogi, którymi można dojechać. Obaj, z prof. Lechem Antonowiczem, czekaliśmy przed hotelem. Niestety, Edzio się nie zjawił. Po co najmniej dwugodzinnych perypetiach wreszcie udało się nam wyruszyć w drogę.

 

Nareszcie jedziemy do Huty Pieniackiej – spełnia się moje oczekiwanie

Zamiast Edka Stojanowskiego pilotuje nas p. Czesław Janiszewski. Jedziemy dłuższą drogą przez Sasów, Podhorce, Jasionów, Ponikwę, Hucisko Brodzkie, Hołubicę, Żarków, ponieważ tylko tą drogą zgodził się p. Czesław pojechać. Z nami jadą do Huty Pieniackiej dwaj panowie z kamerą z Telewizji Kraków, prof. Lech Antonowicz z Lublina oraz  prof. Bolesław Bachman z Łodzi – nasi „klubowicze”.

W Hołubicy  mieszkańcy wsi akurat wracają z cerkwi. Wstępuję do wójta gminy Iwana Zieleniewicza, który zgadza się, acz niechętnie, jechać z nami. Droga z Hołubicy do Huty nienajgorsza, jedynie ogromna kałuża niedaleko celu podróży trochę nas zaniepokoiła. Przez cała drogę ogromnie jestem spięty. Napięcie zresztą odczuwamy chyba wszyscy. Wjeżdżamy na teren byłej wsi stanowiący obecnie w części grunty uprawne, w części pastwisko. Panowie z kamerą robią zdjęcia. Ja przy pomniku staram się przedstawić wójtowi propozycję upamiętnienia tragedii mieszkańców wsi. Poruszam się w miejscu wiecznego spoczynku pomordowanych. Moją uwagę zwraca fragment figury, przy której powinna znajdować się główna mogiła. Z głównego cokołu figury zniknęły dwa fragmenty, pozostał tylko jeden przy samej ziemi. Tymczasem pogoda zaczęła się pogarszać. Niebo zaciągnęły czarne deszczowe chmury. Jest późne jesienne popołudnie, zaczął siąpić drobny deszcz. Pogoda nie pozwala dłużej robić zdjęć. Trzeba wracać z powrotem. Droga gruntowa z Huty do Żarkowa może stać się potem trudna do przebycia. Nie spełniłem nawet obowiązku krótkiej modlitwy nad miejscem, gdzie pochowano Hutniaków. W Żarkowie deszcz rozpadał się na dobre. Zapada decyzja powrotu przez Jasionów do głównej drogi przez Podhorce do Złoczowa. Wybrana droga jest znacznie krótsza, jednak podczas deszczu może być nie do przebycia. Wójt zrezygnował z odwiezienia go do domu, radzi nam spieszyć się. Milczenie wszystkich w samochodzie świadczy o napięciu spowodowanym trudnościami powrotu. Ja mam głębsze powody do milczenia, nie zdążyłem załatwić wszystkich spraw, które wiązałem z dzisiejszą podróżą. Wracamy znaną mi drogą. Przebiega przez pola i łąki kiedyś należące do Hutniaków. Nie zwracałem nawet uwagi przejeżdżając obok dwóch pól należących kiedyś do naszej rodziny.

Warunki pogarszały się z minuty na minutę. Gdy już byliśmy przed Jasionowem, okazało się, że droga w dół jest zamknięta i trzeba przejechać grzbietem wzniesienia do drugiego odcinka przez las, w którym kiedyś był cmentarz. Samochód zaczął się ślizgać, jak na lodowisku. Zadrżałem o osoby w samochodzie, zwłaszcza o sędziwego p. prof. Bachmana, który chyba najbardziej odczuł trudności podróży. Szczęśliwie dotarliśmy do utwardzonej drogi i już bez przeszkód dojechaliśmy do głównej szosy. Byliśmy nawet w Złoczowie trochę wcześniej, przed pozostałą grupą z Polski, która zwiedzała w tym dniu Olesko i Podhorce. Jeszcze jedna sprawa to zapłacenie za świadczony transport. Sprawę podjął się załatwić prof. Lech Antonowicz.

 

Zakończenia obchodów „Dni Kultury Polskiej”
w Złoczowie

Wieczorem, na uroczystej wspólnej kolacji, spotkali się organizatorzy i zaproszeni goście. Przedstawiciele władz Złoczowa i „Klubu Złoczowskiego” dziękowali za udaną organizację imprezy i wspaniałą atmosferę, wskazując jednocześnie na potrzebę organizowania w przyszłości podobnych spotkań.  

Do hotelu wróciliśmy prawie o północy. Trudno nie zauważyć kłopotów ekonomicznych Złoczowa. Szliśmy w deszczu środkiem wyboistej jezdni. Tworzyły się kałuże, w których, przy braku oświetlenia miasta, brodziliśmy. Złoczów nadal nie podnosi się z zapaści gospodarczej.

8 września 1997 roku (poniedziałek), pogoda poprawiła się i znowu zaświeciło słońce. Kończymy pobyt w Złoczowie. Załatwiamy sprawy związane z pobytem w hotelu. Płacimy rachunki. Niewielu Polaków, mieszkańców Złoczowa, przyszło nas pożegnać. Wyczuwa się jakiś dysonans w tej społeczności. Niektórzy skarżą się na stosunki panujące w Towarzystwie Kultury Polskiej w Złoczowie. Widać  to po kłopotach i organizacyjnych trudnościach w obchodach „Dni Kultury Polskiej” w Złoczowie. Miłym zaskoczeniem było to, że przyszli ukraińscy gospodarze miasta i przedstawiciele wydziału oświaty z administracji państwowej oraz nauczycielki z ukraińskich szkół.

Żegnając Złoczów i przyjaciół jedziemy zwiedzać dalsze zakątki Podola.

 

Przez północne Podole „zwane zimnym” i południowy kraniec Wołynia

Jedziemy wzdłuż gór Woroniackich i Krzemienieckich. Docelowo – Poczajów i Krzemieniec.

Ławra Poczajowska – miejsce święte dla prawosławnych. Imponujący zespół klasztorny, gdzie mieszczą się świątynie, pomieszczenia dla mnichów, hotel i szpital. Cały wierzchołek skalistej góry pokrywają obiekty sakralne i klasztorne. Poczajowska Ławra powstała z fundacji rodziny Potockich, byłych właścicieli dużej części Podola. Nie sposób w szczegółach opisać wielkość i sławę klasztoru, jego zakorzenienie w wierze tamtejszej ludności. Wspomnę jedynie o miejscach szczególnie czczonych przez samych mieszkańców klasztoru – mnichów, jak również wyznawców prawosławia z całej zachodniej Ukrainy. Są nimi – cudem słynąca, wyciśnięta w skale stopa Matki Boskiej oraz skalna pieczara Ihumena Jowa, który w tej małej pieczarze przebywał samotnie całymi dniami, a nawet tygodniami. Na terenie Ławry Poczajowskiej obowiązuje nakrycie głowy chustą i noszenie długich spódnic przez zwiedzające ławrę kobiety. Te ubiory przy wejściu wręczają dyżurni mnisi – za drobną opłatą. Wszędzie dociera komercja!

Zadumany nad wielkością, sławą i bogactwem zwiedzanego i zachowanego w dobrym stanie klasztoru poczajowskiego, wracam myślami do podobnego wielkością pobliskiego, lecz zniszczonego klasztoru oo. Dominikanów w Podkamieniu. W latach 1943-1944 zginęło tam wielu Polaków i braci zakonnych z rąk ukraińskich nacjonalistów. Przy dobrej pogodzie, z murów klasztornych Poczajowa można dostrzec ruiny klasztoru w Podkamieniu.

Jeszcze ostatnie spojrzenie na Ławrę Poczajowską. Przyznam, że już dawno nie widziałem tylu żebraków. Tutaj, przed klasztorem w Poczajowie, spotyka się ich wzdłuż ulicy prowadzącej do klasztoru i na schodach klasztornych.

Z Poczajowa jedziemy do Krzemieńca, sławnego ośrodka kształcącego w przeszłości wybitnych Polaków, wychowanków Liceum Krzemienieckiego. To miasto Juliusza Słowackiego, który w wielu utworach zawarł całą swoją miłość do tego miasta. Do Krzemieńca dojeżdżamy przed południem. Zabudowa miasta ciągnie się wzdłuż szerokiej doliny, którą otaczają niewysokie wzgórza, wyraźnie ograniczające zabudowę. Ze Złoczowa wyjechaliśmy bez śniadania. Niektórzy usiłują znaleźć jakąś restaurację, w której można by się posilić. Niestety, w jednej restauracji sprzątają po weselu i nie wydają posiłków, w innej natomiast przygotowują się do wesela i też nie wydają posiłków. Po krótkim odpoczynku wyruszyliśmy autokarem na wzniesienie zwane „Górą Królowej Bony”, gdzie zachowały się jeszcze niewielkie fragmenty zamku. Połowę drogi przebywamy autokarem, dalszą, do wierzchołka, góry pokonujemy pieszo. Młodym i zdrowym osobom nie sprawiało to trudności, natomiast dla starszych, a szczególnie mających dolegliwości sercowe, nie ukrywam, droga była męcząca. Na wierzchołku góry zachowały się fragmenty obronnych murów. Od strony stromego zbocza rozpościera się wspaniała panorama położonego w dole Krzemieńca. Stąd wyraźnie widać długą dolinę, w której z krańca na kraniec bieleje zabudowa miasta. Widok z góry na miasto z powodzeniem wynagradza trudności przebytej trudnej drogi. Po krótkim zachwycie nad krzemieniecką panoramą, wracamy do miasta, w którym niektórzy zamierzają odwiedzić miejsce urodzenia Juliusza Słowackiego, inni obejrzeć sławne Liceum Krzemienieckie. Nie wszystkim udaje się zamiary zrealizować, głównie z przyczyny zbyt krótkiego czasu.

W kilkuosobowej grupie idziemy ulicą o nierównym bruku do domu Juliusza Słowackiego. Jest to nieduży dom. W części znajduje się mała biblioteka. Dwie panie bibliotekarki wprowadzają nas do chyba największego pomieszczenia, w którym znajduje się niewiele pamiątek po sławnym polskim poecie.

 

Pełni wrażeń wracamy już do Krakowa

Około godziny 14oo dotarliśmy do Lwowa gdzie zatrzymujemy się na kilka godzin. Uczestnicy wycieczki czas ten mają do własnej dyspozycji. Ja zamierzam skorzystać z okazji i odwiedzić w sprawach Huty Pieniackiej nasz Konsulat Generalny RP. Okazuje się, że podobny zamiar ma również nasz Prezes p. Roman Maćkówka. Po małej kawie na Starym Rynku, w rzęsistym deszczu wsiadamy do tramwaju i z przesiadką docieramy do konsulatu. Ponieważ czas przyjęć interesantów w Konsulacie skończył się, brama wejściowa była już zamknięta. Na naszą prośbę zostaliśmy wprowadzeni do wnętrza. Jesteśmy gościnnie przyjęci przez Konsula p. dr Piotra Konowrockiego. Ze mną w spotkaniu uczestniczył prezes p. Roman Maćkówka oraz prof. Lech Antonowicz i prof. Bolesław Bachman. Z nami jest też krakowska plastyczka, pani Ewa Madej (prof. Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie – wnuczka dr Wasunga ze Złoczowa), która po złoczowskiej imprezie wyjeżdża na międzynarodowy plener malarski do Czerniowiec. W sympatycznej atmosferze mogliśmy przedstawić niektóre problemy. Prezes Roman Maćkówka przedstawił trudności związane z zapewnieniem lokalu w Złoczowie dla działalności tamtejszego Towarzystwa Kultury Polskiej.

Konsul szczegółowo zapoznał nas z postępem rokowań i prac prowadzonych przy odnowie cmentarza „Orląt” we Lwowie. Sprawę Huty Pieniackiej, będącej również w sferze zainteresowania konsulatu, mogłem przedstawić w interesujących nas szczegółach. Dotyczyły one poparcia działań uzgadniających prowadzonych przez konsulat z władzami ukraińskimi. Żegnając się z konsulem odniosłem wrażenie, że czołowych przedstawicieli Konsulatu Generalnego RP we Lwowie cechuje szczera troska o sprawy polskie na terenie zachodniej Ukrainy. Pani plastyczka została w konsulacie czekając na lwowskiego uczestnika czerniowieckiego pleneru, z którym telefonicznie skontaktował się pan konsul.

Mając jeszcze trochę czasu do odjazdu, wstąpiliśmy do Lwowskiego Towarzystwa Kultury Polskiej, gdzie przyjęci zostaliśmy przez kierownictwo Towarzystwa.

O godzinie 18oo opuszczamy Lwów i jedziemy w kierunku granicy. Pełni wrażeń,  wycieczkowicze zapadają w słodką drzemkę. Na granicy wszyscy się ożywiają.

Wszechwładza ukraińskich funkcjonariuszy granicznych zniewala wszystkich turystów, nawet tych potulnych. O tym mogliśmy się przekonać, kiedy bez żadnej przyczyny przetrzymano nas na granicy po stronie ukraińskiej kilka godzin. Do Krakowa dotarliśmy około szóstej rano tj. 10 września 1997 roku. Powitała nas niepogoda i zimno. Po opuszczeniu autokaru przy głównym dworcu kolejowym, część osób po szybkim pożegnaniu się, zwłaszcza ci, którzy są spoza Krakowa, udała się czym prędzej na dworzec, by jeszcze zdążyć na połączenia kolejowe do domów. Prof. Lech Antonowicz, wyraźnie zdenerwowany zwłoką w podróży pospieszył do kasy. Na szczęście zdążył na połączenie do Lublina. Ja pozostaję z panią Janiną z Gdyni w dworcowej poczekalni. Pani Janina ma zamówiony pokój w hotelu, na który musi poczekać do godzin popołudniowych. Nasza znajoma plastyczka, która pozostała we Lwowie, poleciła nam skorzystać z gościnności jej męża, w razie gdyby wynikły trudności po przyjeździe do Krakowa. W tej sytuacji postanowiliśmy skorzystać z propozycji. O godzinie 7oo po telefonicznym zapowiedzeniu się, pojechaliśmy do mieszkania naszej znajomej, której mąż bardzo uprzejmy, poczęstował nas śniadaniem i gdzie mogliśmy spędzić czas dzielący panią Janinę od zamieszkania w hotelu.

Ja natomiast musiałem spędzić na dworcu, długie godziny do odjazdu pociągu w kierunku Kołobrzegu, obserwując z przykrością zachowanie wyróżniających się grup, koczujących na pięknym nowym dworcu w Krakowie. Czas oczekiwania na dworcu pozwolił mi poczynić kilka uwag refleksyjnych dotyczących wycieczek na Kresy oraz podsumowania dotychczasowych dokonań w czasie ich trwania.

Dzięki naszemu stowarzyszeniu odwiedziłem czterokrotnie oraz jeden raz indywidualnie rodzinne strony. Dotychczas, pomimo usilnych starań, nie udało mi się zrealizować programu upamiętnienia tragedii mojej rodzinnej wsi – Huty Pieniackiej. Nadal żywię nadzieję na jej realizację, zwłaszcza przy pomocy stowarzyszenia. Podobnie za ich sprawą, mogłem zwiedzić niemal całe Podole i jego pamiątki związane z kulturą i historią naszej ojczyzny, i to w towarzystwie dawnych mieszkańców tych ziem.

Uznanie i podziękowanie należą się Zarządowi Stowarzyszenia, a przede wszystkim jego Prezesowi Romanowi Maćkówce i Sekretarzowi Zofii Pogudz, za realizację aktywnej pomocy materialnej i organizacyjnej Polakom zamieszkałym w Złoczowie.

Uznanie należy się również byłym mieszkańcom Złoczowa za materialne wsparcie w odnowieniu Mauzoleum na złoczowskim cmentarzu, a także utrwalenie pamięci poległych w pierwszej wojnie światowej żołnierzy II Brygady Legionów w Mołotkowie. Stowarzyszenie dofinansowało częściowo odbudowę pomnika.

Ostatnio zorganizowane Dni Kultury Polskiej w Złoczowie są właściwym kierunkiem działania stowarzyszenia w budowaniu porozumienia i współpracy z ukraińskim społeczeństwem.

W czasie pobytu w Złoczowie odczułem niestety zauważalny kryzys w działalności tamtejszego Towarzystwa Kultury Polskiej Ziemi Lwowskiej, co wymaga troskliwej opieki władz założycielskich ze Lwowa.

 

Wrzesień 1997 rok


Katarzyna Próchnicka

– polonistka, Poznań

 

Wyprawa na Kresy

 

Kiedy listonosz wręczył mi grubą kopertę z Krakowa z informacją o planowanych Dniach Kultury Polskiej w Złoczowie, zdecydowałam się bez wahania: jadę! W Złoczowie bywałam w latach 30-tych na wakacjach u dziadków, ale z tych pobytów zachowałam zaledwie mgliste wspomnienia domu i ogrodu dziadków, a mniej samego miasta.

Przyjechaliśmy do Złoczowa autokarem 5 września 1997 roku i rozlokowaliśmy się w hotelu.

Złoczów liczy obecnie 25 tysięcy mieszkańców. W związku z zamknięciem kilku zakładów pracy. Złoczowianie chętnie przenoszą się do krewnych na wieś, gdzie łatwiej się utrzymać, a więc liczba mieszkańców maleje.

Pierwsze kroki w Złoczowie skierowałam na miejscowy cmentarz, gdzie zachowały się groby moich pradziadków Herminy i Mariana Budwicz-Jachimowskich oraz mojego dziadka, sędziego Stanisława Maly. Obejrzałam też pięknie odnowione Mauzoleum – jeszcze nie całkiem ukończone, ale już zapowiadające, że będzie to piękne upamiętnienie zmarłych zasłużonych Polaków, synów złoczowskiej ziemi.

Po południu odwiedziłam jeszcze kościół rzymskokatolicki, pięknie odnowiony zabytek baroku polskiego. Włodarzy nim energiczny i sympatyczny ksiądz Jan Buras. Spotkana w kościele młoda dziewczyna najczystszą polszczyzną opowiedziała kilka słów o sobie i swojej rodzinie. Jest organistką w kościele. Jej ojciec jest Ukraińcem wyznania prawosławnego, ale z pełną tolerancją uznaje religijność żony Polki i córek. Podobno jest to dość powszechnie stosowana zasada, jeszcze od przed wojny, że w rodzinach mieszanych synowie przyjmują wyznanie ojca, a córki matki.

Następnego dnia, w miejscowym Domu Kultury, odbyło się otwarcie Dni Kultury Polskiej w Złoczowie. Uczestniczyli: burmistrz Złoczowa, Konsul Polski ze Lwowa oraz delegaci Wydziału Kultury i Zarządu Miasta Krakowa. Odegrano hymn ukraiński, a my, uczestnicy wycieczki, odśpiewaliśmy hymn Polski. Okolicznościową dekorację tworzyły flagi, polska i ukraińska oraz herb miasta Złoczowa. Nasza grupa przyniosła polską flagę, która została zatknięta przy stole prezydialnym. Na program dnia złożyły się otwarcie kilku wystaw, wśród nich wystawa rysunków dzieci złoczowskich pt. „Polska w oczach małych Złoczowian”, koncerty zespołów młodych bandurzystów, chóru z solistkami i bardzo atrakcyjnego zespołu tańca towarzyskiego. Były także ludowe tańce ukraińskie i polskie. Recytowano wiersze Wisławy Szymborskiej. Impreza bardzo starannie przygotowana przez kierownictwo Domu Kultury, ale charakterem zbliżona do PRL-owskich akademii z czasów późnego Gomułki. Z okazji „Dni Polskich w Złoczowie” organizatorzy zaprosili do nowo otwartej w Złoczowie  restauracji, gdzie podjęto nas świetnym obiadem. Naszą uwagę zwróciło pierwsze eleganckie, na europejskim poziomie WC.

Kresowa kuchnia nie ma sobie równej. Zwykłe pierożki, racuszki i torty, to niepowtarzalne kompozycje smakowe.

Program Dni Kultury Polskiej w Złoczowie wzbogaciły występy artystów Teatru Polskiego ze Lwowa z „Zemstą” Aleksandra Fredry i aktorów z Krakowa z „Panem Tadeuszem” Adama Mickiewicza i montażem lwowskich piosenek. Szkoda, że na spektakle w ogóle nie przyszła miejscowa młodzież polska, natomiast starsze pokolenie widzów było wyraźnie wzruszone spotkaniem z polską kulturą. Sądzę, że następne tego rodzaju imprezy należałoby przygotować programowo z myślą o młodzieży.

Wspaniałymi atrakcjami dla nas były wycieczki do zamku w Złoczowie (niestety w nieustannym remoncie), Oleska – filia Muzeum we Lwowie i do Podhorzec, które są w kompletnej ruinie. Budzi to bardzo smutne refleksje, bo Podhorce, to wspaniała niegdyś rezydencja książąt Sanguszków, na miarę Wilanowa lub Łańcuta. Bardzo atrakcyjne były także wycieczki do Poczajowa, prawosławnego sanktuarium maryjnego, gdzie ławra swoim rozmiarem i czterema pięknymi cerkwiami może konkurować z ławrą w Kijowie. Wysłuchaliśmy opowieści o cudownych uzdrowieniach, byliśmy także w grocie pustelnika Hioba, którego ciało nie rozkłada się, podobnie jak ciała mnichów w kijowskiej ławrze. Ówcześni mnisi prawosławni posiadali, jak widać, nieznane współcześnie sposoby mumifikacji.

Ostatnim etapem programu turystycznego był Krzemieniec, miejsce urodzin Juliusza Słowackiego. Kościół z pięknym memoriałem nagrobnym wielkiego Juliusza i Liceum Krzemienieckie, które tylu sławnych Polaków wydało: Lelewela, Kołłątaja, Worcela itd.

Wracając do Polski zatrzymaliśmy się na kilkanaście godzin we Lwowie. Odwiedziliśmy Cmentarz Łyczakowski i Orląt Lwowskich. Bardzo cieszy serce postęp prac remontowych na cmentarzu. Polskie dzieci mają godne miejsce spoczynku. Odwiedziłam grób krewnego, profesora Zdzisława Próchnickiego, spoczywającego tuż obok Marii Konopnickiej i Gabrieli Zapolskiej oraz Orlątka Mallego, który może wcale moim krewnym nie jest, ale padł za Lwów.

Kuzynka, A. Krzyżanowska, pobiegła natomiast do pasażu Mikolascha, gdzie kiedyś wspaniałą aptekę miał jej dziadek, Marian Krzyżanowski.

Spacer po mieście pozwolił nam stwierdzić, że „pod ratuszem siedzą lwy”, a Mickiewicz spogląda łaskawie spod kolumny.

Cała wyprawa byłaby niezwykle udana, gdyby nie przedłużony bez powodu, pięciogodzinny, postój na granicy. Podobno polscy celnicy nie chcieli nas przyjąć? Tak tłumaczyli pogranicznicy ukraińscy.

Jestem wdzięczna organizatorom za bardzo pouczającą wycieczkę „do korzeni”. Urzekająco piękny krajobraz, ciepli, serdeczni ludzie, pozostaną na długo nie tylko w mojej pamięci.

Pozwalam sobie dołączyć wiersz:

 

Biały dworek w Złoczowie

Gdy opadną mnie wspomnienia

Mój poznański świat się zmienia

Zamiast bloków, szyn, wypadków                                           

Widzę sielski dworek dziadków

Biały dworek pośród sosen

Trwał w Złoczowie wiele wiosen

W różnych świętach uczestniczył

Adres: Kolejowa później Sienkiewicza

Przeżył burze i powstania

Urodziny, pożegnania

Chwile piękne, czas spokojny

Lecz nie przeżył drugiej wojny

Babcię widzę jest na ganku

Dziadzio w sędziowskim żupaniku

Ciągle lwowskich gości korzec

 I z Czortkowa i z Podworzec                         

Snują długie opowieści

O patriotycznej treści

Jak to prababcia Hermina

Ukrywała powstańców… W swoich krynolinach

Lub jak Raul Koczalski mały

Robił dziadkom mym kawały

I Chopina na śniadanie

Grał na dziadków fortepianie

Zacne państwo Skrowaczewscy

Dziadków odwiedzali chętnie

Nie wiedzieli, że ich synek

Będzie sławnym dyrygentem

A w zimowe mroźnie dni

Wszyscy na ślizgawkę szli

Gdzie dziewczęta i kobiety

Wciąż kręciły piruety

Dziś już ciche groby

Wiążą mnie z złoczowską ziemią

Może moje wnuki….. oby!

Zatęsknią za jej ziemią.

 

wrzesień 1998


Irena Becla

– pedagog szkolny

 

Powrót do korzeni

 

Mam pisać o moich wrażeniach z wyjazdu na Kresy Wschodnie, o moim ukochanym, dalekim, czasami tylko widzianym w snach Podolu. Myślę, że pierwsze strofy starej pieśni o Podolu wspaniale wprowadzą w nastrój i klimat tej wyprawy.

 

Gdyby orłem być, lot sokoli mieć,

Skrzydłem orlim, lub sokolim

Unosić się nad Podolem –

Tamtym życiem żyć, tamtym życiem żyć!

Droga ziemia ta! Myśl ją moja zna,

Tam najpierwsze szczęście moje,

Tam najpierwsze niepokoje,

Tam najpierwsza łza.

 

Wspomnienia sentymentalne – przeżyłam własne bajkowe dni powrotu do dziecięcych lat, powrotu do miejsc, gdzie tkwią moje korzenie – mojej rodziny. Zapytacie czy to ważne? Każda rodzina to cząstka społeczeństwa, cegiełka wielkiej budowy, której na imię naród – więc jeżeli cegiełki są nie na miejscu, zagrożona jest cała budowa – to ważne jest tak, jak moja rodzina!

Jedziemy na Kresy! „Złoczowski Klub” z siedzibą w Krakowie zorganizował tę wyprawę, jestem jej uczestniczką i oto jak odebrałam to ogromne przeżycie – powrót do dzieciństwa, po tylu latach… 23 września o godzinie 24oo wsiadłam w miejscowości Pilzno do jadącego z Krakowa autokaru. Niezbyt przyjemne wrażenie na wstępie. Nikogo nie znam w tym autokarze – na razie. Wszystkie formalności dotychczas załatwiałam przez telefon. Zaopiekowała się mną i pomogła usadowić miła pani sekretarz Stowarzyszenia Zosia Pogudz, pierwsze koty za płoty. W Rzeszowie wsiadają następne osoby, to już pełny stan. Jedziemy na nowe przejście na wschodniej granicy. Budynki nowiuteńkie, jeszcze nie ma tu dużego ruchu. Polska kontrola – tylko formalność, – no i pierwsza niezbyt miła przygoda – jedna z pań aktorek teatru krakowskiego, która miała brać udział w występach z okazji Festiwalu Kultury Polskiej w Złoczowie – omyłkowo zabrała paszport swojej córki. Niestety, musiała wrócić do Krakowa, jednak występ będzie uratowany, ponieważ zastąpi ją koleżanka – też aktorka. Przejeżdżamy granicę. Na tym przejściu, jak już zaznaczyłam, nie ma żadnego ruchu, ale brak rutyny u młodej kadry po stronie sąsiadów, spowodował, że odstaliśmy cztery godziny. Płacimy po dwa dolary ubezpieczenia. Nie ma tu jeszcze możliwości wymiany waluty. Hrywna wygrywa z dolarem! Wstaje dzień. Jest szaro, pochmurno. W autokarze prawie wszyscy śpią. Zapłaciliśmy wszystko, oddano paszporty, wyruszamy dalej – w nieznane. Drogi puste, lasy, ani żywego ducha, a według miejscowego czasu godzina ósma. Na granicy wsiadła do autokaru kobieta. Rozmowa odbywa się w śmiesznym języku ukraińsko-rosyjsko-polskim. Mówi, że pracuje w „kolumnie sanitarnej” – po prostu sprzątaczka, ale „kolumna sanitarna”, to oryginalniej brzmi. Niech jej będzie – wysiada przy stacji benzynowej. Stacja benzynowa to „mastnafta” – tania benzyna. Trzeba się przyzwyczaić i przypomnieć sobie słówka ukraińsko-rosyjskie. Bierzemy benzynę – znów długi postój, nikt się tu nie śpieszy, czas płynie jak w zwolnionym filmie.

Godzina 9oo, Lwów – moja wyobraźnia płata mi figle i sprawia zawód – zawsze wyobrażałam sobie, że wejście do tego wspaniałego miasta-legendy strzegą dwa okazałe posągi – dwa lwy. Nie było lwów, wjechaliśmy w granice miasta bez przeszkód. Przedmieście – ogrody, budynki – niektóre leciwe, pamiętające dawne dzieje wojny, zupełnie nie odnowione, inne dopiero się budujące, a już zdewastowane. Podjeżdżamy do okazałego przedwojennego budynku – szkoła nr 10. Napis na budynku głosi: Miejski Wydział Edukacji Narodowej. Szkoła Nr 10 M. Magdaleny. Wita nas bardzo sympatyczna pani Jadwiga Pieńkowska – nasza przewodniczka. Jeszcze tylko kierownictwo naszej wyprawy idzie przywitać się z panią dyrektor szkoły i przekazać prezenty (książki, zeszyty itp.), jakie przywieźliśmy dla uczniów. Ja nareszcie mam możliwość poznania szkoły polskiej we Lwowie i z przyjemnością stwierdzam, że i nasze jasielskie Towarzystwo Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich cząstkę swego serca przekazuje dzieciom tej szkoły, poprzez prezenty np. z okazji świąt Bożego Narodzenia czy św. Mikołaja. Zagapiłam się przez te rozmyślania. Nie poznałam już pani dyrektor (nie chcę przeszkadzać naszemu kierownictwu) no i zostałam przed budynkiem, reszta uczestników wycieczki wyruszyła już zwiedzać Politechnikę – biegnę za nimi. Gmach Politechniki jest w pobliżu, jak przystało na instytucję naukową – okazały, rozbudowany i otoczony tłumem młodzieży, przeważnie męskiej – cóż przedmioty ścisłe, niewiele pań decyduje się na te kierunki studiów. Rojno, lecz obco, rezygnuję ze zwiedzania, wracam do szkoły nr 10. Wsiadamy do autokaru z przewodniczką, by zgodnie z programem wyruszyć na zwiedzanie miasta. Pani przewodnik przypomina – przed wojną, Lwów, trzecie co do wielkości miasto w Polsce. Teraz osiadłe na 140 km2 powierzchni, na siedmiu wzgórzach. Liczy około miliona tysięcy mieszkańców, leży nad rzeką Pełtwią. Przed wojną było tu 37 kościołów i 16 cerkwi. Obecnie są dwa kościoły i około 30 cerkwi. Niektóre kościoły, jak np. kościół św. Anny, długie lata pełnił rolę magazynu i sklepu z meblami, a teraz jest cerkwią św. Anny. Obecnie mieszka we Lwowie około 15 tysięcy Polaków, są dwie polskie szkoły, audycje radiowe w języku polskim – dwie godziny tygodniowo, działają polskie chóry i stowarzyszenia. Nasz autokar, wąskimi ulicami Lwowa, wspina się coraz wyżej, mnóstwo zieleni. Mijamy Brygidki – straszne więzienie. Niestety czynne do dnia dzisiejszego – tu ludzi nie tylko więziono, ale maltretowano wymyślnymi torturami, a nawet żywcem zamurowywano. Nasuwa się refleksja – czy taki „zabytek” nie należy raz na zawsze zmieść z powierzchni ziemi, a z nim raz na zawsze zniweczyć niecne praktyki okrucieństwa i średniowiecznego barbarzyństwa. Dalej, wśród zieleni Pałacyk Bractwa Kurkowego. To tu odbywały się słynne bale, a na jednym z huczniejszych, Artur Grottger – nasz słynny malarz, poznał swoją Muzę i przyszłą żonę, Wandę Monné. W końcu Łyczaków – dzielnica miasta, park, ulica sympatycznych lwowskich batiarów i Cmentarz Łyczakowski.

Cmentarz na Łyczakowie został założony w 1786 roku. Zajmuje 40 hektarów powierzchni podzielonej na 80 pól. Od samego początku był cmentarzem elitarnym. Tu spoczywa Gabriela Zapolska, Maria Konopnicka, Artur Grottger, Julian Konstanty Ordon, Seweryn Goszczyński i wielu innych. Niezwykle oryginalny nagrobek ma też lekarz weterynarii Iwanowicz. Na jego płycie nagrobnej wykuto sylwetki dwóch wiernych piesków: Pluta i Nero, które tu zginęły z żalu i tęsknoty za swoim opiekunem. Dalej przepiękny nagrobek Artura Grottgera – o krzyż, wzniesiony na grobowcu, oparta postać pięknej kobiety i napis: „Wszystko wychodzi z ziemi i wraca. Niech Cię Chrystus przyjmie, który Cię wezwał.”

Jest tu też grób legendarnej „Panny Franciszki” – zamożnej córy miejscowego rzeźnika, w której zakochał się z wzajemnością biedny fryzjerczyk. Do takiego „mezaliansu” nie można było dopuścić – toteż podano młodym „zatrute kiszki i taki był koniec panny Franciszki” jak głosi znana i przez „lwowskich batiarów” wyśpiewywana ballada. Na cmentarzu są też całe kwatery bohaterów wojennych, jak np. poległych w Powstaniu Styczniowym 1861-63. Na samym szczycie cmentarza, na tzw. Górce Powstańców, wystawiono wspaniały pomnik Szymona Szydłowskiego z chorągwią – tak jak walczył, tak zginął – bohaterski chorąży powstańców. Kwatera powstańców nieco zdewastowana, powyrywane krzyże, zniszczone zdjęcia i napisy, chwasty. Schodzimy w kierunku Cmentarza Orląt. Na północnym stoku, ni stąd ni zowąd, przy samej drodze, wyrasta duży, drewniany krzyż z trójzębem. Nieco dalej Cmentarz Orląt – najbardziej czczone, święte miejsce dla Polaków. Tu leżą bohaterskie dzieci polskie, które zginęły w walce o Lwów w 1918-1920 roku. Wspomnienia – ciągle brzmi mi w uszach pieśń poświęcona bohaterom – jakże ciepła, wzruszająca i smutna: „Mamo, czy jesteś ze mną, nie słyszę Twoich słów! W oczach mi trochę ciemno – Obroniliśmy Lwów”. Na kwaterze tej pochowano 2.869 młodych obrońców Lwowa. Groby obecne, to krzyże – jeden obok drugiego – tworzą zwarte szeregi, tak jak szli do walki i ginęli. W 1974 roku cmentarz zamknięto, zniszczono, wybudowano drogę asfaltową, a groby buldożery zrównały z ziemią. Po prostu potworne barbarzyństwo! Teraz jest w odbudowie. Prowadzi się nawet ekshumacje zwłok spod tej drogi. 24 września 1998 roku, roboty renowacyjne cmentarza trwały. Odbudowuje się też katakumby, w których jest pochowanych 76 osób. Przechodzimy do bramy wejściowej, już ją oczyszczono z niedawnych, wulgarnych napisów, którymi ją zbezczeszczono! I tak w dalszym ciągu tryumfuje napis: „UMARLI, ABYŚMY ŻYLI WOLNI”. Przy tej samej bramie – dwie puste kolumny, nie ma na nich lwów strażników, nie wróciły jeszcze na swoje miejsce, miejmy jednak nadzieję, że stanie się to już wkrótce, zwłaszcza, że przed bramą, na płycie cmentarnej spotkaliśmy polskiego konsula wraz z delegacją ukraińską, która składała kwiaty – symbolika przeprosin za niedawny wandalizm tu dokonany. Zaproszono i nas do wspólnego kręgu osób oddających cześć bohaterom. Po oficjalnym salucie, uczestnicy naszej wycieczki oddali hołd poległym. Na swój sposób zmówiono Ojcze Nasz i Zdrowaś Mario i Wieczne Odpoczywanie – słońce przez chmury się przedarło, spokój i wieczne szczęście w niebie racz duszom ich dać Panie! Pani J. Pieńkowska, nasza przewodniczka, zadeklamowała piękny wiersz o Orlętach, po czym głęboko wzruszeni udaliśmy się w kierunku wyjścia z cmentarza, po drodze oglądając jeszcze, co bardziej znaczące pomniki, w tym pomnik ku czci Macierzy Sokoła. Na wysokim cokole „Sokół” ze skrzydłami rozpiętymi, zrywa się do lotu, a jednak ciągle szponami przykuty jest do ziemi. Skruszeni i wzruszeni opuszczamy cmentarz, omijając z boku budujące się pomniki ku czci obrońców Ukrainy – zastanawiające – czyżby aktualnie tam musiały stanąć??? Cóż... Ważne, że nie pozwolimy nigdy zburzyć spokoju wiecznego naszych bohaterskich obrońców Lwowa – Orląt!!

24 września 1998 roku – czwartek. W godzinach popołudniowych wyjeżdżamy do Złoczowa, miasta mojego dzieciństwa. Zatrzymujemy się w hotelu „Ukraina” – niezbyt reprezentacyjnym. Pokoiki skromnie umeblowane, niestety bardzo już zniszczone. Zimno, brak ciepłej wody, a w ubikacjach – brak desek sedesowych. Czasami też w chwilach zupełnej ciszy, słyszeć się daje delikatne i dyskretne – skrobanie myszek – no cóż, idzie zima, one też potrzebują schronienia.

Złoczów! – miasto mojego dzieciństwa. Zbyt wczesnego dzieciństwa, abym dokładnie mogła cię pamiętać, ale są i do dziś żyją w mej pamięci chwile niezapomniane – szczęścia i grozy, które jak barwny film przeżywam od nowa, w tych uroczych dniach mojego powrotu po latach! Nieopierzone ptaszę wyrzucono kiedyś brutalnie z gniazda jeszcze w 1944 roku, no ale jestem tu znów – właśnie jak ptak, który ciągle wraca do rodzinnego gniazda!

Zostawmy na razie wspomnienia, chociaż tak trudno jest im się oprzeć. Jest 25 września 1998 roku – piątek. Udajemy się do złoczowskiego Domu Kultury, gdzie za chwilę dokona się oficjalne otwarcie Sympozjum z okazji 125-lecia Gimnazjum Złoczowskiego. Dokonał go pan Mieczysław Hrehorów – były uczeń gimnazjum – przewodniczący obchodów rocznicowych. Sala widowiskowa – okazała, jest scena, odpowiednie oświetlenie, dekoracje. Miejsce na widowni zajmuje młodzież szkolna ze Szkoły Średniej nr 3 (dawne gimnazjum) pod opieką nauczycieli; my – uczestnicy z Polski, również zajmujemy swoje miejsca. Za stołem prezydialnym goście i gospodarze: prezes Stowarzyszenia pan Roman Maćkówka, dyrektor szkoły Wasyl Lubieniecki, nauczycielka historii Tatiana Tichonowa, profesor Bolesław Bachman – absolwent gimnazjum, jeden z najstarszych uczestników tego Sympozjum. Referat „prowadzący” w imieniu pani Marii Szymskiej, autorki „Księgi Pamiątkowej Gimnazjum Złoczowskieego” (nie mogła przyjechać), wygłosiła pani Włada Czerwińska z d. Dziadykiewicz, obecnie mieszkająca w Gliwicach – redaktorka ciekawego pisma „Złoczowianka”. Z referatu można było dowiedzieć się dużo o historii szkoły, zapoznać się z nazwiskami dyrektorów, nauczycieli i absolwentów, szczególnie tych wybitnych osobistości, którzy już na zawsze swoimi osiągnięciami w różnych dziedzinach, np. nauki, sztuki, kultury, złotymi zgłoskami zapisali się w dzieje Polski. Szkoła, jako gimnazjum im. Króla Jana Sobieskiego, powstała w 1873 roku – stąd ten wspaniały jubileusz 125 lecia. Na wydanej z tej okazji ulotce zamieszczono następujący piękny tekst ułożony przez młodzież szkolną:

 

„Druhowie, gdy Wasz poczet niebogaty,

Jesteście dla nas drożsi z każdym dniem...

Gimnazjalne prędko zbiegły lata –                           

Teraz się wydają miłym snem”.

 

Ze wspaniałego, bardzo skrupulatnie opracowanego referatu, Marii Szymskiej, dowiedziałam się również i o tym, że ostatnia matura przed wojną odbyła się 8 i 9 maja 1939 roku, a złożyło ją 24 abiturientów. Ostatnim dyrektorem szkoły był pan Mieczysław Kalityński. Nauka była dostępna dla wszystkich, nie było barier narodowościowych. W gimnazjum działały liczne gabinety specjalistyczne, kółka zainteresowań, również orkiestra dęta, kółko teatralne, gdzie grały piękne dziewczęta jak np. Kazia Tomaszewska-Żaki. Młodzież gimnazjalna nadawała ton miastu. Działały też kluby sportowe np. „Pogoń”, „Janina”. Gimnazjum wydało wiele wybitnych postaci np: Witold Aulich – profesor Politechniki Śląskiej, Bolesław Bachman – profesor Politechniki Łódzkiej, artysta malarz Marian Kratochwil, Mieczysław Gulin również artysta malarz, rysownik, grafik, Tadeusz Hupałowski – generał dywizji i wielu innych. Kolejny referat wygłosił Prezes Roman Maćkówka, który ciepło i serdecznie zwrócił się do obecnej na Sali młodzieży, z uwagą wysłuchującej wygłaszane referaty. Nawiązał do ciekawszych życiorysów absolwentów dostojnej Jubilatki. Kolejno odczytano przesłane do sympozjum życzenia okazjonalne od „Klubu Złoczowskiego” w Bielsku-Białej. Kolejno głos zabrał profesor Bolesław Bachman, jeden z najstarszych absolwentów tej szkoły. Mówił po polsku i po ukraińsku, przede wszystkim do zgromadzonej młodzieży, aby pamiętali, że przejmują krzewienie wspólnej kultury. Następnie o sobie – naukę w gimnazjum rozpoczął w 1921 roku, bezpośrednio po pierwszej wojnie światowej. Wspominał swoich nauczycieli, szczególnie profesora Trusza, który zgromadził bogate, fenomenalne (jak na owe czasy) zbiory okazów botanicznych, nauczał – jak kochać tę ziemię i to, co jest z nią związane. Drugą osobą, którą bardzo dobrze zapamiętał, był profesor Charkiewicz – Ukrainiec, który miał pierwsze radio w Złoczowie. Uczniowie i profesor wspólnie słuchali śpiewu Jana Kiepury. Maturę zdał w 1929 roku. Wspomina też prof. Milera, który nie tylko uczył gimnastyki, ale również pisał ciekawe sztuki teatralne o tematyce wziętej z życia miasta. Wspominał również o działaniu Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”. Pan Bolesław Bachman swoje ciekawe, piękne przemówienie, zaadresował w przeważającej części do młodzieży, pokazując ciekawsze losy Kresowian, którzy tu, niezależnie od narodowości, żyli w zgodzie i wzajemnym szacunku. Zachęcał też do wspólnego, zgodnego działania na niwie kultury. Po tym przemówieniu – minutą ciszy uczczono tych, którzy już na zawsze odeszli z grona żyjących profesorów i uczniów.

Kolejno głos zabrała pani Tatiana Tichonowa – ucząca obecnie w tej szkole historii. Przedstawiła rys historyczny rozwoju szkoły po 1939 roku.

W 1949 roku Ukraińska Szkoła Nr 3 wypuściła swoich pierwszych wychowanków. Oni, podobnie jak ich poprzednicy, utrzymują kontakty ze swoją szkołą – urządzają zjazdy absolwentów np. ostatnio w lutym spotkali się  absolwenci z roczników 1949, 1959, 1969 itp. – była to wielka uroczystość. W 1991 roku na gruzach związku sowieckiego powstała niezależna Ukraina. Do tej szkoły uczęszcza teraz 350 uczniów. Oni również chcą nawiązywać do pięknych tradycji Gimnazjum im. Jana Sobieskiego. Pierwszym takim sygnałem było powstanie w tej szkole Niedzielnej Szkoły Polskiej, której uroczystego otwarcia dokonano 1 września 1998 r.

To doniosłe sympozjum zakończył przyjaznym wystąpieniem dyrektor Wasyl Lubieniecki, zapraszając do dalszych serdecznych kontaktów i do spotkania za rok.

A wieczorem, w sali gimnastycznej byłego gimnazjum, odbyło się spotkanie koleżeńskie byłych uczniów i sympatyków. Na spotkanie przybyli obecni gospodarze szkoły – dyrektor W. Lubieniecki ze swoją piękną, młodą żoną i dwoma ślicznymi małymi córeczkami, pani ucząca historii i inni – i choć stoły były skromnie zastawione polską kawą, herbatą i ciasteczkami, to atmosfera panowała serdeczna i wzruszająca, zwłaszcza, gdy rozwiązał się „worek” wspomnień. Tu prym wiedli pani Ewa Osuchowska i pan Bolesław Bachman. Ośmieliłam się też wspomnieć o moim ojcu, Henryku Urbańskim, który wprawdzie tego gimnazjum nie ukończył, ale uczęszczał do Seminarium, a największy związek miał z Towarzystwem Gimnastycznym „Sokół”, którego nawet był Naczelnikiem. Okazało się, że dużo osób pamięta i miło wspomina mojego tatę. Pamiętają również jego brata Józefa – dyrektora szkoły podstawowej w Złoczowie. Były wspomnienia, śpiewy melodyjnych ukraińskich dumek i polskich pieśni, a nawet zadeklamowałam moje dwa wiersze pt. „Kresowianka” i „Trzeci Maj – Ojcu”. Było mi miło, że zostały ciepło i ze zrozumieniem przyjęte. Dzień, pełen emocji, skończył się powrotem do hotelu. Długo nie mogłam zasnąć. W końcu wszystko to, co przeżyłam wydawało mi się nierealnym snem! Zwłaszcza, że z p. Anną Bidny, której rodzina nigdy ze Złoczowa nie wyemigrowała, wyruszyłyśmy po południu, między uroczystościami, „w miasto”, na poszukiwanie domu, w którym przyszłam na świat. Było to na ulicy Czarnieckiego nr 3 (dom stryja Józefa) – obecnie ulica Tarnawskiego. Dom rodzinny stoi – bardzo zadbany. Dobudowano do niego od strony ulicy jakby pół domu. Wejście od tyłu zostało stareńkie, ganeczek drewniany, okna, drzwi wejściowe otwarte, sień. Weszłam – te same drzwi na strych, do piwnicy i wejście do naszego mieszkania – z przedsionka na lewo – zamknięte; nie wejdę do kuchni, nie ma nikogo, na darmo serce waliło mi młotem! Ten naprzeciwko też stoi i okno jest to samo, co przed laty było świadkiem niezwykłego zdarzenia – wesela cioci Kazi Tomaszewskiej. Wyszła za mąż za Adama Żakiego (pasierba stryja Józefa Urbańskiego) i kiedy po ślubie orszak z młodymi zajechał pod dom, z tego właśnie domu naprzeciwko, major wojsk polskich – wielbiciel pięknej panny młodej – w galowym mundurze z szabelką u boku i z przepięknym bukietem róż, wyskoczył przez okno i pobrzękując szabelką przyklęknął i wręczył te kwiaty, zdziwionej i nieco zaszokowanej dziewczynie! – Jak ja to pamiętam; jakby się to działo wczoraj!

Tego jeszcze dnia, bogatego w różnorakie wrażenia, odbył się wspaniały „Wieczór Mickiewiczowski”, który z okazji 200 urodzin naszego Wieszcza przedstawili artyści teatrów krakowskich – pani Ewa Zytkiewicz i pan Tomasz Poźniak. W programie recytacje fragmentów ballad, romansów oraz większych utworów Wieszcza. Była to wyjątkowej urody uczta duchowa.

W sobotę, 26 września 1998 r., odbyło się uroczyste otwarcie Festiwalu Kultury Polskiej. Wzniosłe i piękne, z hymnem narodowym polskim i gospodarzy. Panował odświętny nastrój powagi i wzruszenia, no i barwy ludowych strojów zakwitły, dając sygnał do tańców i radości. Otwarto też wystawę – „Złoczów i Gimnazjum Złoczowskie w starej fotografii”. Pokazano również nowe i najnowsze wydawnictwa książki polskiej. Duże zainteresowanie wzbudził konkurs ilustracji do utworów Adama Mickiewicza – prace młodzieży złoczowskiej. Niestety nie mogłam obserwować przebiegu tego konkursu, nie było mnie – bardzo żałuję. Oglądałam tylko (zbyt szybko) ilustracje wykonane przez młodzież – wszystkie mi się podobały i wiem, że jury również nie skąpiło nagród uczestnikom konkursu – chwała im za to! Mnie w tym czasie udała się wyprawa „szlakiem dziecinnych lat”, do moich rodzinnych korzeni – rodziny mojej mamy. Z p. Anną Bidny, taksówką (za jedyne 30 hrywien) wyruszyłyśmy do Kołtowa. Droga wiodła przez Sasów – tu pierwszy postój pod zdewastowanym kościołem. Świątynia wprawdzie stoi, mury są w niezłym stanie; jest dach, powybijane okna, ale metalowe ramy trzymają się. Są też dość masywnie wyglądające drzwi – zamknięte. Do wnętrza kościoła nie dostałyśmy się, ale na dłuższą chwilę zatrzymałam się na progu tej świątyni, bo właśnie tu, 2 maja 1931 roku, młodziutka Marysia Mohrówna, stanęła na ślubnym kobiercu z Henrykiem Urbańskim urodzonym w Gołogórach, nauczycielem bez posady. Kto by to pomyślał, że oto ich córka, będzie kiedyś łzy szczęścia i żalu, tu na progu tej świątyni, wylewać. Po tylu  latach życiowych burz, z dala od rodzinnej kolebki.

Jedziemy dalej – lasy, rozległe pola, łąki, ogromne przestrzenie; to tu była bitwa bolszewicko-niemiecka. Ojciec wiele mi opowiadał o tej rzezi na bagnety. Jakbym słyszała okrzyki – uraaa! Teraz jest tu pomnik, pewnie jeszcze postawili go Rosjanie; tu też szalała partyzantka – zamilcz serce! W końcu Kołtów; zaraz na skraju wsi był kościół katolicki. Pozostała tylko wielka wyrwa, kamienista ściana frontowa, na której gruzach jakoś zawadiacko i beztrosko rośnie młoda brzózka. Wysiadamy! Do tej ruiny kościoła podchodzę od strony plebanii – tak, jeszcze jest ślad dawnej plebanii. Stareńki domek – okna, schody, jakieś drzwi; nikt tam nie mieszka, a wszystko trzyma się na słowo honoru, jednak po bokach tych schodów, dorodny jesion z jednej i modrzew z drugiej strony trzymają straż. Nasuwają się wspomnienia – tu, z tej strony, od plebanii pod kościołem, Niemcy chcieli rozstrzelać mojego ojca za kontakty z partyzantką. Uratowała go moja babcia, a jego matka, która znała biegle język niemiecki. Jak to było, długo by opisywać, fakt, że spod ściany i wycelowanych do niego karabinów, udało mu się ujść z życiem.

Jedziemy dalej, do wsi – staw jest w tym samym miejscu. Tu kiedyś z ojcem złowiliśmy okazałego, 2,5 kg, szczupaka. Dzielnie pomagałam w wyciąganiu go na brzeg i udało się, był smaczny obiad. Dalej śluza, rzeka, most. Śluza, teraz to kawałek wkopanej żelaznej, ogromnej rury (rodzaj kręgu betonowego). Woda w rzece czysta, bystra, jak dawniej, szumi i tworzy wodospad – to tu „kobiety prały bieliznę kijankami”, jak to opisałam w moim wierszu „Kresowianka”. Tylko ta rzeka jakby jakoś zmalała, droga, most też, a właśnie, dla mnie, 7-letniej dziewczynki, był on w owym czasie bardzo ważny. A było to tak: od kolegi Dziunia – mojego rówieśnika, dostałam piękny „pierścionek”, zrobiony z łuski naboju. Był gruby, błyszczący, w sam raz na serdeczny palec. Nosiłam go cała dumna i pokazałam koleżance Stefci, ale jakie było moje zdziwienie, kiedy koleżanka pokazała mi taki sam „klejnot” i do tego też noszony na serdecznym palcu, i to od tego samego kawalera! Tego było już za wiele. Zabrałyśmy niewiernego żartownisia na most, po czym kolejno owe pierścionki-obrączki, zostały zrzucone do rzeki z tego mostu. Mój pierścionek długo nie chciał zejść z palca, a następnie długo leciał do wody, połyskując w słońcu, a potem plusk, jeszcze błyszczał zanim spadł na muliste dno. Nigdy potem  nie spotkałam mego przyjaciela Dziunka, podobno majsterkował przy jakimś wojennym niewypale i urwało mu dwa palce. Nie wiem czy żyje, ale ze łzą w oku wspominam most, rzekę i dziecinne, a już tak symboliczne przeżycie.

Jedziemy dalej – ot i dom mojego dziadka – to ten, czy nie ten? Mieszkający tam człowiek potwierdził, tak to dom Hipolita Mohra. Mojego niezapomnianego Dziadka. Prowadził tu swoją trafikę – pierwszy zamożny dom w Kołtowie. Dom ten miał część mieszkalną i wyszynkową.

Sprzedawano tu piwo i papierosy – nic więcej. W czasie wojny my też tu mieszkaliśmy. Handlu już nie prowadzono. Mój wspaniały dziadzio zmarł w maju 1938 roku – miał szczęście, bo oszczędzono mu okropności wojny! W tym domu mieszka teraz Włodzimierz Adamik, który z miejsca tłumaczy, że kupił go od władzy radzieckiej po powrocie z Sybiru – więc był na Sybirze, pewnie porządny człowiek. Uspokoiłam go, mówiąc, że tylko chcę zobaczyć dom mojej rodziny. Zostałyśmy zaproszone do środka. Poczęstowano nas kwaśnym mlekiem i chlebem domowego wypieku. Byłam bardzo wzruszona, każdy kąt coś mi przypominał, np. ta przybudówka w kuchni, murek, na którym jako dziecko, w pięknym krakowskim stroju, popisywałam się tańcem do całej orkiestry, jaką potrafił wyczarować mój ojciec na harmonijce ustnej. Mam nawet takie zdjęcie. – Boże, jak to było dawno, no i gdzie się podziałaś uśmiechnięta dziewczynko z fotografii? Nie czas na wspomnienia – taksówka czeka. Trzeba wracać do nieubłaganej rzeczywistości. Przybiegła do nas sąsiadka – Marysia Pętlowana – pamięta moją rodzinę: mamę, ciotki, no i mnie. Jest trochę starsza ode mnie, a wygląda na staruszkę – widać ciężkie ma życie. Jedziemy na cmentarz. Dzięki tej Maryni odnaleźliśmy grób moich dziadków. Na grobie, trawą pokrytym, zachował się krzyż z napisem „tu spoczywa Maria Pichocka-Mohr, przeżyła 45 lat, zmarła 13.01.1920 r. Prosi o Anioł Pański”. Jest tam również pochowany dziadzio Hipolit, ale po tablicy z jego imieniem zaginął ślad. Poprosiłam Marynkę o opiekę nad tymi grobami. Obiecała się zająć. Cały stary cmentarz bardzo zaniedbany, po prostu opuszczony. Wróciliśmy do Złoczowa. Dziś to wszystko wydaje się tylko snem. Ale to nie był sen. Jakże jestem wdzięczna organizatorom tej wspaniałej wyprawy, za te niewiarygodnie piękne przeżycia „podróży sentymentalnej”.

W Złoczowie Festiwal Kultury Polskiej trwa dalej. Idziemy na koncert zespołu „Promyki Krakowa”, który jest tu z nami, i o którym jeden z dostojników gospodarzy powiedział, że jak zobaczył dziewczęta, całe w krasie polskich ludowych strojów, „to pomyślał – nie Promyczki – a całe „Słońce Krakowa” do nas zawitało. A Promyki, to 7 dziewcząt – Zespół Państwowej Szkoły Muzycznej im. Mieczysława Karłowicza w Krakowie pod kierownictwem pani Romy Krzemieniowej. Grał i śpiewał mazurki, pieśni z repertuaru „Mazowsza” i „Śląska”, aż w końcu „powiało halniakiem” z polskich Tatr. Góralskie nuty odbiły się mocnym echem w sali złoczowskiego Domu Kultury – niosąc pozdrowienia z Tatr na Podole, Wołyń i Huculszczyznę. Piękne głosy, uśmiechnięte buzie i skrzypeczki przycinały, aż dusza się rwała, a nogi przytupywały. Porwały nasze dziewczęta słuchaczy swoim melodyjnym występem i otrzymały gromkie brawa. Były też występy z ukraińskiej szkoły muzycznej. Popisy indywidualne i zbiorowe, gry na różnych instrumentach, w tym na bandurze, śpiewy solowe i chóralne oraz tańce w barwnych strojach ludowych, a na zakończenie wspólne „Zasiali górale”. Miłe to i piękne. Wszędzie jest młodzież dorodna i utalentowana. Gdyby jeszcze wszyscy się szanowali i ciągle mieli na uwadze, że niestety, każdy człowiek, każdy z nas, ma tylko jedno życie i przy spokoju i wzajemnej życzliwości – tak pięknie i łatwo byłoby żyć. Marzenia!

Teraz spacerkiem idziemy na Zamek – jakoś cicho i pokornie wymawiam to słowo. Zamek, mnie i mojemu pokoleniu – wspaniały Zamek króla Jana Sobieskiego w Złoczowie, kojarzy się z miejscem strasznym, z więzieniem i katownią, gdzie ginęli niewinni ludzie ścigani przez fanatyków bolszewizmu i hitleryzmu, dlatego z duszą na ramieniu zbliżam się do tego obiektu – fortecy, otoczonej ogrodami, wałem, fosą obronną. Na jednym ze wzniesień, tuż przy fortecy wybudowano kaplicę, w której króluje Chrystus ukrzyżowany. Kaplica wyłożona barwną mozaiką, niemal wesoła, łagodząca okrutne wspomnienia z tym miejscem związane. Dalej już brama, prowadząca na dziedziniec wspaniałego renesansowego pałacu króla Jana III. Obecnie trwa odbudowa pałacu wraz ze skrzydłami, w których mieściły się osławione cele śmierci. Remont zamku trwa już od 10 lat, staraniem ludzi kultury i nauki, zarówno z Polski jak i Ukrainy. Odbudowano go już w 70 %. W jednym ze skrzydeł właśnie dokonano otwarcia wystawy – „Borys Woźnicki i zabytki, którym nie pozwolił zaginąć”. Dr Henryk Kotarski, wykładowca krakowskiej WSP, uczestnik naszej wyprawy, oprowadza i objaśnia wystawione eksponaty, m.in. zdjęcia zamków w Olesku, Podhorcach, Żółkwi i w Złoczowie. Widząc te obrazy, cieszę się myślą uczestnictwa w drugiej części naszej wycieczki, właśnie „szlakiem zamków podolskich”.

Po zwiedzeniu Zamku, udano się na wspólny, uroczysty obiad z konsulem i zaproszonymi gośćmi, ale my obie, tzn. Maria i Irena, w tym czasie serdecznie byłyśmy podejmowane pysznymi pierogami, domowym ciastem i lampką wina u p. Anny Bidnej, której wielorodzinny, mały, zadbany domek, znajduje się w pobliżu Zamku. Tu odpoczęłyśmy i powspominały dawne złoczowskie czasy.

O godz. 16. miał się rozpocząć konkurs recytatorski dla młodzieży złoczowskiej. W domu Anny, córka jej siostry też przygotowuje występ, a w ramach próby generalnej wystąpiła przed nami – wiersz „Powrót taty” był powiedziany piękną polszczyzną i z takim uczuciem, że łza się w oku zakręciła. Życzymy szczęścia w konkursie.

Wieczorem – uczta duchowa, bo w złoczowskim domu kultury znów króluje nasz Wieszcz – Adam Mickiewicz. To dla uczczenia jego 200-tnych urodzin. Monodram wykonała w sposób zachwycający pani Ewa Zytkiewicz. Artystka wykonała teksty według układu pani Ireny Jun – kolejno – „Do przyjaciół”, „To lubię”, „Świtezianka”, „Romantyczność”, „Ucieczka”, „Lilie”, „Czaty”, „Pani Twardowska” – sala zamarła, wsłuchana w cudownie wygłaszany i odegrany tekst. Gromkie brawa i piękne kwiaty były tylko częściowym hołdem dla talentu aktorki.

27 września 1998 roku o godzinie 9, kościół katolicki w Złoczowie, pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Panny Marii, zapełnił się wiernymi. Kościół niedawno został przepięknie odnowiony. W ołtarzu głównym umieszczono obraz Matki Boskiej Sykstyńskiej z Dzieciątkiem na ręku i główkami aniołków u stóp. Wnętrze pachnie świeżością i nowymi złoceniami. Ta odbudowa kościoła, to, jak mnie poinformowano, niemały wysiłek polskich sponsorów, a przede wszystkim księdza proboszcza Jana Burasa. Odbyło się nabożeństwo ekumeniczne z udziałem księży polskich, ukraińskich-prawosławnych i greckokatolickich. Wspaniałe, uroczyste stroje liturgiczne, śpiewy, kościół pełen wiernych – wszystko to robi wrażenie. Mnie jednak rozpraszają wspomnienia, bo tu, do tego kościółka, moja ukochana mama i ojciec, prowadzali za rączkę małą Irenkę – Boże ile to już lat, a jednak dane mi było jeszcze tu wrócić, jestem wdzięczna i do głębi wzruszona!

Po nabożeństwie, w domu kultury, ogłoszenie wyników konkursu plastycznego i recytatorskiego oraz oficjalne zamknięcie festiwalu. Wręczono dzieciom nagrody – pani Zofia Pogudz – niestrudzony sekretarz Stowarzyszenia – dwoi się i troi, aby wszystkie dzieci dostały dużo cukierków i innych słodyczy.

Godzina 12. Wyjeżdżamy zwiedzić okoliczne zamki w Olesku i Podhorcach. Olesko – jeszcze świeci słońce i okazała bryła zamku, na wysokim, odosobnionym wzgórzu, ukazuje się nam w całej krasie. Orle gniazdo związane na zawsze z imieniem wielkiego króla – rycerza, Jana III Sobieskiego, który właśnie tu ujrzał światło dzienne 17 sierpnia 1629 roku. Z jego urodzinami związane są liczne opowieści jak np. ta: „w czasie jego narodzin, nad zamkiem zerwał się straszliwy huragan, z tak straszliwymi piorunami, że od ich huku niektórzy z czeladzi stracili słuch, jak to na domiar przerażenia wszystkich wtedy właśnie podpadł pod zamek czambuł tatarski, a równocześnie przybył mu na ratunek ze swym hufcem Stefan Chmielnicki”*. Zamek obronny, niedostępny samym swoim położeniem, w koło bagna, moczary, obecnie część już osuszona. Po II wojnie światowej w zamku mieściła się restauracja, obecnie odremontowano sale z przeznaczeniem na muzeum, w którym eksponowane są cenne rzeźby m.in. popiersie Barbary Radziwiłłównej, obrazy np. „Sąd Ostateczny”, „Zwycięstwo pod Wiedniem”, portret królowej Marysieńki z synem Jakubem. W kilku salach trwa ekspozycja cennych ikon. U podnóża zamku rozciąga się wspaniały ogród, niegdyś ogród włoski, dziś dobrze utrzymane aleje spacerowe z licznymi cennymi rzeźbami w starym stylu. Jeszcze tylko zakupiliśmy pamiątki – ja makietę oleskiego zamku, wykonaną z wypalonej ceramiki. Ładny souvenir!

Jedziemy dalej do Podhorzec, z krajobrazem i kolorami jesieni, jednak pogoda się wyraźnie psuje, jest coraz chłodniej, zaczyna mżyć deszcz!

Twierdza podhorecka, to ogromny zamek książąt Sanguszków. Po wojnie mieściło się tu sanatorium dla chorych na gruźlicę. Dziś trwa odbudowa i wszechstronna restauracja zamku i jego otoczenia, m.in. wspaniałych zielonych tarasów okalających zamek i spływających aż na rozległe pola Podola, rozpięte między wzgórzami. Na podhoreckim zamku czeka już na nas Zespół Pieśni i Tańca „Lwowiacy” i „Promyki Krakowa”. Zespoły te sprawiły, że licznie zgromadzona publiczność, mimo niesprzyjającej pogody, gorąco oklaskiwała ich występy. Jeszcze  raz zamek podhorecki rozbrzmiewał śmiechem i radością młodzieży i zachwycał dźwiękami śpiewnej lwowskiej polskiej mowy! No i na dziedzińcu zamkowym zapłonęło wesoło ognisko, oświetlając i rozgrzewając mury zamczyska i jego zziębniętych gości! Za kiełbaskami i piwem, którymi obficie szafował pan Tadeusz Czak, ustawiła się spora kolejka. Starczyło dla prawie wszystkich chętnych, na ognisku kiełbaska na wesoło skwierczała i smakowała doskonale z bułeczką i musztardą, wszyscy zajadali ją z apetytem. Niestety zimny, dokuczliwy wiatr i deszcz nie uszanował tych radosnych chwil, w związku z czym, po konsumpcji, każdy szybko zajmował miejsce w jednym z trzech autokarów, którymi wróciliśmy do Złoczowa prosto pod dom kultury, gdzie już czekała publiczność na występy kapeli „Wesoły Lwów”. Kapela ta powstała w 1980 roku i jest kontynuatorem „Wesołej Lwowskiej Fali” – Tońka, Szczepka i Włady Majewskiej. Obecnie koncertuje we Lwowie, z różnych okazji dla środowiska polskiego, gości z Polski i ze świata. Zespół składa się z 9 osób: 5 wokalistów i 4 muzyków. Kierownikiem kapeli jest Zbigniew Jarmiłko. Kapela rozpoczęła swój program, powitana i zachęcona gromkimi brawami przez widownię. Jednak koncert ten zaczęły „urozmaicać” niecenzuralne odzywki miejscowej młodzieży, która rozsiadła się w ostatnich rzędach sali widowiskowej i usiłowała pomieszać nieco plany wieczoru. Na szczęście zostali szybko przywołani do porządku przez miejscowych kulturalnych ludzi. W wyniku tej interwencji niektórzy młodzieńcy, z własnej inicjatywy, demonstracyjnie opuścili miejsca na końcu sali, przenosząc się bliżej sceny, zaznaczając tym samym, że z mało kulturalnym zachowaniem kolegów nie mają nic wspólnego!

Artystów za wspaniały występ nagrodzono gromkimi brawami. Późnym wieczorem, część osób z naszej wyprawy, w tym zespół „Promyki Krakowa” i artyści teatrów krakowskich byli żegnani wesoło przez tych, którzy jechali dalej – oni wrócili do kraju.

Część druga niezapomnianej wyprawy, „wędrówka szlakiem zamków podolskich”, rozpoczęła się w poniedziałek 28 września 1998 roku. Początkowo miałam obiekcje, czy starczy mi czasu i sił na tę podróż, jednak zdecydowałam się jechać i był to bardzo dobry pomysł. Nie tylko wytrzymałam kondycyjnie, ale nareszcie miałam możliwość zobaczyć na własne oczy – te wspaniałe przestrzenie podolskiej krainy – lasy, pola, fortece, zamki, twierdze, krainę moich ojców! Pokłoniłam się Dniestrowi i słuchałam „szumu Prutu” – ale może jednak po kolei: Rano wyjechaliśmy do Kamieńca Podolskiego przez Trembowlę, Czortków. Zwiedziliśmy także Skałę Podolską – remontowany kościół i ruiny zamku. Z góry zamkowej widać, jak w dole, rzeka Zbrucz – dawna granica z Rosją sowiecką – wije się malowniczymi zakolami, zmierzając w kierunku Dniestru, a przed nami rozległe widoki na kolorowy jesienny pejzaż. Nasz prezes Roman zdradzający cechy niepoprawnego romantyka, zapatrzony w leniwy nurt Zbrucza, marzy o dawnej świetności Rzeczypospolitej. Ale czas wracać do autokaru – jedziemy dalej. Oto fragmenty własnej obserwacji skłaniające do refleksji: stare kobiety samotnie wysiadujące przed domami – na co one czekają? – Chyba nie na tą panią z kosą – ona i tak ich znajdzie. Przejechaliśmy Zbrucz. Już niedaleko do Kamieńca. Przez ogromny most, nad głębokim kanionem, którym płynie rzeka Smotrycz, wjeżdżamy do miasta. Po obu stronach mostu posągi: okazałego jelenia z bogatym porożem z jednej strony mostu i dorodnej łani z drugiej strony, sprawiają wrażenie jakbyśmy wyjeżdżali do zaczarowanej Krainy Łowów! Nasz autokar pnie się w górę – do Starego Miasta. Zakwaterowano nas w hotelu „Ukraina”. Tym razem – przestronne pokoje, czysto, ale niestety zimna woda, a za używanie łazienki trzeba płacić ekstra. Najgorsze, że nikt o istnieniu tych łazienek nie wiedział.

Kamieniec Podolski – miasto wielkiej historii, związane od wieków z Polakami, Ormianami i Rusinami. Założone w 1362 roku, było stolicą Podola. Już za czasów króla Kazimierza Wielkiego, w 1370 roku, byli tu Polacy. Obecnie w Kamieńcu żyją Ukraińcy, Rosjanie, Polacy i Ormianie.  Miasto muzeów, budynków sakralnych, ze wspaniałą, okazałą twierdzą, którą rzeka Smotrycz otacza pierścieniem wkoło, broniąc dojścia do twierdzy i do samego miasta. Zwiedzamy tę twierdzę z przewodnikiem, który przybliżył nam jej historię. Jest wykształconym młodym człowiekiem, niestety włada tylko językiem ukraińskim i rosyjskim, toteż nie wszystko zostało dokładnie zrozumiane. Spacerkiem oglądamy zamek dolny i górny, a nawet lochy-kazamaty, gdzie oprócz świadectw ludzkiego okrucieństwa również straszy „Biała Dama”. Jedno wiem na pewno, wolałabym spotkać „Białą Damę” o północy, w samą godzinę duchów, niż w biały dzień jednego z tych oprawców, którzy tam torturowali ludzi. Twierdza ma 6 baszt obronnych, jedną papieską, odnowioną przez naszego Papieża. Bardzo mi się podobało stare miasto. Kręte uliczki, trzy rynki: polski z zegarem na ratuszowej wieży, ruski i ormiański oraz fenomenalny minaret, tuż przy kościele strzeliście wystrzela w niebo, a na jego szczycie przepiękna figura Matki Najświętszej – złota, jaśniejąca w słońcu, podeptała półksiężyc – wymowny akcent historii polskiej.

Pogoda nam dziś dopisuje, jest ciepło. Mieszkamy blisko miejskiego parku, do którego wejścia strzegą dwa okazale posągi – lwów (czyżby to te, których nie ma we Lwowie?). Jestem zachwycona tym miastem, pełnym zieleni, unikalnych zabytków, życzliwych ludzi dla nas, Polaków, miasto egzotyki, wielonarodowościowe, przestrzenie, rozmach, nowoczesność, a równocześnie nikomu na starym mieście nie przeszkadzają stadka pasących się kóz – najprawdziwszych, z babinkami w czerni, opiekującymi się tymi zwierzętami. Tresowane, czy co? Potrafią nawet grzecznie przechodzić przez jezdnię na zielonym świetle.

W tym mieście braliśmy udział we wspaniałej kolacji z udziałem wice-merów, dziennikarzy gazet regionalnych, historyków i osoby duchownej. Panowie przybyli ze swoimi eleganckimi żonami. Przyjęcie odbyło się w restauracji na starym mieście, pod gołym niebem, stoły rozstawiono pod kasztanami. Był przyjemny, ciepły wieczór, świeciły gwiazdy i księżyc w całej okazałości okrągłego oblicza. Atmosfera przy stole była swobodna i przyjazna. Jeden z naszych kolegów przygrywał na harmonii i panowie pięknymi mocnymi głosami odśpiewali melodyjne ukraińskie dumki i nasze popularne pieśni. Przy tak miłym nastroju warto wspomnieć menu wieczoru – toasty spełniono wódką pieprzówką (ja miałam zatopiony w kieliszku kawałek piekącej papryki) – podobno, jak twierdził kelner, miał to być specjalny znak szczęścia, ale jakoś nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło – chyba oprócz jednego zwyczajnego tańca, ale za to z samym Prezesem. Woda mineralna kamieniczanka (podobno samo zdrowie), sałatka tradycyjna: kapusta, papryka, oliwa, kapuśniak – rodzaj ruskiego „suszi”, jarzyny, fasolka, ziemniaki no i naturalnie kwaśna kapusta. Wszystko polane śmietaną – bardzo smaczne! Drugie danie: sztuka mięsa, frytki i duży kiszony pomidor. Danie specjalne – pierogi, jedzone wyłącznie przy świetle księżyca (chwilowy brak prądu), ale ze słoninką i skwarkami smakowały znakomicie, a do tego bardzo dobra herbata. Były tańce, śpiewy, aż porwaliśmy do zabawy gości z następnego stolika, którzy jak się okazało, obchodzili swoje srebrne wesele i do uroczystej kolacji w restauracji zasiadła cała rodzina. Późnym wieczorem całą gromadką wracaliśmy do hotelu. Tajemniczy kanion rzeki Smotrycza robił niesamowite wrażenie, zwłaszcza przy skąpym nocnym oświetleniu. Na jego skalistych brzegach, lekko szumiały kaskady spływających do Smotrycza strumieni, posągi łani i jelenia połyskiwały nieziemsko w świetle księżyca. Co za miasto – tajemnicze, nieznane, okrutne! Dostaliśmy zaproszenie od władz miasta na następne spotkanie za rok – w Kamieńcu Podolskim, mieście przyjaznym Polakom.

Rano jedziemy dalej. Teraz naszym celem jest Worochta. Po drodze zwiedzamy Żwaniec, Okopy św. Trójcy, Chocim. Żwaniec – okazałe ruiny zamku, tuż nad rzeką Żwańczyk, która wpada do Dniestru. Pod ruinami zamku jest jaskinia, która szybko spenetrowana została przez naszych historyków, dr Henryka Kotarskiego i dr Czesława Michalskiego. Jedziemy w kierunku Okopów św. Trójcy – miejscowości położonej między dwoma znanymi rzekami, których nazwy i dzieje nie są nam obce. Z lewej strony Dniestr, z prawej Zbrucz wlewający się leniwie do Dniestru.

W Okopach św. Trójcy zobaczyliśmy kościół katolicki budowany w latach 1693-1763, odnowiony w 1903 roku. Kompletna ruina. Są tam dwie bramy: Kamieniecka i Lwowska.

Jesteśmy na terenie województwa czerniowieckiego. Chocim. Już z daleka widać potężną twierdzę nad samym brzegiem Dniestru. Obok twierdzy cerkiew; prowadzone są roboty remontowe – na zamku też. Wyskoczyłam z autokaru rozgrzana, urzeczona tym widokiem i powiewem historii, a tu ostry zimny wiatr – chyba tam właśnie się przeziębiłam, ale jakie to ma znaczenie wobec niesamowitych przeżyć. Mówią, że tu Polaków nie było – a co na to historia? Dla przypomnienia, Chocim to miejsce bitew Polaków z Turkami np. w 1621 roku – zwycięska obrona obozu warownego przez wojska polskie pod wodzą hetmana Chodkiewicza i wspomagające je wojska kozackie, po czym zawarto rozejm, ustalając granicę polsko-turecką na Dniestrze w 1673 roku – zwycięstwo wojsk polskich pod dowództwem hetmana Jana Sobieskiego.

Jedziemy dalej – w Śniatyniu postanowiliśmy zjeść obiad, restauracja przyzwoita, zamawiamy jedzenie, są kurczaki, bitki, ryba. Dania smaczne – nieco egzotyki wprowadzają kelnerki, które rozliczając konsumpcję, zarumienione, manewrują na dużych liczydłach, jakich w Polsce już nikt nie pamięta. To dowód, że czas tu zatrzymał się przed dziesiątkami lat.

Dalsza droga to już coraz więcej wzniesień, lasy coraz bardziej kolorowe. Kierujemy się do Worochty. Barwy jesieni występują tu już w całej krasie, właściwie krajobraz ten bardzo przypomina nasz Beskid Niski. Worochta, Delatyn, Jaremcze, Nadwórna – to miejscowości, gdzie kiedyś, w latach dwudziestych, przebywał mój ojciec na obozach sportowych i wojskowych. Był wspaniałym gimnastykiem – oddycham teraz powietrzem jego młodości!

Wreszcie Worochta – pięknie położona górska miejscowość nad Prutem. Góralskie domy bogato zdobią huculskie wzory, piękne przedwojenne wille – nieczynne i nieremontowane, niszczeją beznadziejnie. Jest kościół i drewniana cerkiew. My mieszkamy w ośrodku sportowym – hotel tuż przy wyciągu narciarskim. Ośrodek ten kiedyś musiał być luksusowy – teraz strasznie zniszczony, brudny, brak wody. Tu spędziliśmy dwie noce – zimno.

W Worochcie jest już czynny prywatny bar, gdzie żywiliśmy się. Szczególnie smaczna była obiadokolacja, na której podano typowy ukraiński barszcz i ruskie pierogi, nie bryzgane, a śmietanką polewane. Wieczorem lał deszcz, a my paliliśmy ognisko i piekli kiełbaski – te z Polski, które nam i biednym, głodnym pieskom bardzo smakowały. Ognisko zapłonęło obok sanatorium o poetycko brzmiącej nazwie – „Górskie powietrze”.

Na nasze spotkanie przyjechał do Worochty zaprzyjaźniony Polak mieszkający w Nadwórnej, Pan Piotr Lewicki mieszka w Nadwórnej i uczy w tamtejszej szkole średniej historii – tej prawdziwej. Ma ogromny dorobek naukowy i patriotyczny.

Wyjeżdżamy z Worochty nieco szybciej, z powodu złej pogody i zimna. Z tej samej przyczyny postanowiono zrezygnować z noclegu w Nadwórnej.

Z Worochty rano wyjeżdżamy do kraju. Po drodze jednak, pilotowani przez niezastąpionego pana Piotra Lewickiego, zwiedzamy Nadwórną. W 1589 roku powstał zamek Potockich, a obok zamku wzdłuż drogi, jak grzyby po deszczu, wyrosły domki pracowników – ta znacząca droga prowadziła „na dwór”, stąd nazwa miejscowości „Nadwórna”. Zwiedzamy ruiny zamku i jego okolicę. Idziemy w kierunku dawnego budynku sądu, którego prezesem był przed wojną ojciec pani Ewy Gozdawa-Osuchowskiej, a obecnie mieści się tam średnia szkoła, gdzie uczy pan Lewicki i jego córka. Idziemy wzdłuż rzeki o nietypowej nazwie Flakomyjka. Nazwa rzeki pochodzi od autentycznej czynności – płukania w tej rzece wnętrzności świńskich po uboju. Mieszkało tu wielu rzeźników. Obecnie Nadwórna liczy 22 tysiące mieszkańców, w tym około 50 Polaków. Działa tu prężnie klub „Opieka”, założony i prowadzony przez niestrudzonego pana Piotra Lewickiego i jego rodzinę, a szczególnie córkę Eleonorę. Klub działa już 5 lat, zajmuje się między innymi opieką nad cmentarzami polskimi. Jakiś czas temu wydano proporczyk-cegiełkę na odbudowę mołotkowskiego cmentarza, gdzie pan Lewicki wkopał krzyż i napisał sentencję o tu pochowanych – „Polska zawsze o Was pamięta”. Natomiast na samym proporczyku umieszczono piękny głębokiej treści wiersz: „Człowiek wtedy zadanie spełnia całkowicie, gdy prawdą, a odwagą przechodzi przez życie”.  Ta mała garstka Polaków w Nadwórnej, ze swoim przywódcą, zdziałała już bardzo wiele. Odbudowano i odmalowano kościół – to głównie własnoręczna praca pana Piotra i jego córki Eleonory, a obecnie największym osiągnięciem jest otwarcie Polskiej Sobotniej Szkoły, w której uczy się 12 dzieci polskich i 40 zaprzyjaźnionych. Utworzyli też teatrzyk „Czerwone maki”. Teatrzyk ma już swoje sukcesy na festiwalach we Lwowie, Stanisławowie,  Tarnowie. Polska Sobotnia Szkoła w Nadwórnej będzie pracować w każdą sobotę po cztery godziny. Pan Lewicki mówi z dumą, że to pierwsza polska szkoła w Nadwórnej od 1939 roku. My też razem z nim jesteśmy dumni, gratulujemy i podziwiamy pełną oddania pasję dla dobra szerzenia kultury polskiej i przyjaźni obu narodów. W Nadwórnej jest też utrzymana dawna nazwa ulicy Adama Mickiewicza, też staraniem pana Piotra, który tego dokonał będąc radnym miejskim – podziwu godny zapał i entuzjazm dla sprawy, samozaparcie i chęć działania.

Pan Lewicki żegna nas słowami – jakże znamiennymi – „chociaż raz mówicie naprawdę, że się wam podoba Nadwórna, przyjeżdżajcie do nas i wspierajcie nas, chociaż dobrym słowem”.

Do widzenia panie Piotrze, życzymy dużo sił i optymizmu, przydałoby się więcej takich zapaleńców jak Pan, życzliwości nie brakowałoby wtedy wśród ludzi. Jesteśmy z Panem!

Jedziemy dalej, już w kierunku granicy. Mijamy Rożniów – ogromna cerkiew w remoncie. – Stryj – rzeka, miasto mijamy bez postoju. Teraz zatrzymujemy się w Drohobyczu – trzeba wydać ostatnie hrywny. Jeszcze zwiedzamy cudną, bogato zdobiona, cerkiew w Drohobyczu. Kościół niestety zamknięty. Teraz, już bez przystanku, zbliżamy się do granicy. Do kraju wracamy wieczorem, bez specjalnych przeszkód ze strony pograniczników ukraińskich. Wszyscy są zdrowi i pełni niecodziennych wrażeń. Długo jeszcze będę wspominać podróż mojego życia.

Z całego serca dziękuje organizatorom za cudowny pomysł „podróży sentymentalnych”, tak nam, kresowiakom, bliskich i drogich. Do zobaczenia za rok.

 

* Cyt. z opracowania dr A. Czołowskiego pt. „Jan III i zamek w Olesku”.

 

wrzesień 1998 rok


Michał W. Górski

 

Festiwal Kultury Polskiej w Złoczowie

 

W imprezie, której organizatorem był „Klub Złoczowski”, udział wzięli byli mieszkańcy Złoczowa i okolic, z członkami rodzin oraz krakowscy artyści wraz z zespołem „Promyki” z Krakowa. Honorowymi gośćmi festiwalu byli: Konsul Generalny RP we Lwowie, pełnomocnik wojewody krakowskiego, przedstawiciel Prezydenta Miasta Krakowa i Kurii Metropolitarnej w Krakowie. Wyjazd z Krakowa w dniu 23 września 1998 roku w późnych godzinach wieczornych.

24 września, po przekroczeniu granicy polsko-ukraińskiej w Hrebennem (5 godzin postoju) do Lwowa, a dokładnie pod polską szkołę (dawniej Szkołę św. Magdaleny) dotarliśmy dopiero około godziny 8. rano. Tu było wyznaczone miejsce postoju i zbiórki po zwiedzeniu Lwowa. Część osób udała się  na zwiedzanie miasta i na cmentarz „Orląt Lwowskich”. W tym czasie na cmentarzu były wstrzymane roboty, a we Lwowie miały miejsce demonstracje nieprzyjazne Polakom. Demonstracje urządzały małe grupy Ukraińców.

Kierownictwo festiwalu, wraz z kilkoma osobami, udało się do Konsulatu RP. Wśród nich był autor relacji oraz byli mieszkańcy Huty Pieniackiej i okolic. Obok spraw dotyczących organizacji festiwalu, poruszono sprawę budowy ogrodzenia i elementów zagospodarowania terenu przy zdewastowanym pomniku na terenie byłej wsi Huta Pieniacka.

Dla przypomnienia podaję, że w lutym 1944 roku wymordowano w tej wsi od 1000-1300 ludzi przez 14-tą Dywizję SS-Galizien i UPA. Z uwagi na nieobecność konsula generalnego sprawę jedynie omówiono. V-ce Konsul nie posiadał pełnomocnictw do podejmowania wiążących decyzji.

Po wyjściu z Konsulatu RP spotkaliśmy proboszcza parafii rzymskokatolickiej w Złoczowie, księdza Jana Burasa, który przybył na spotkanie. Poinformowany został, że niezależnie od uczestnictwa w festiwalu, chcemy odwiedzić Hutę Pieniacką, a także nawiązać kontakt z proboszczem parafii grecko-katolickiej z Werchoburza, celem omówienia z nim spraw dotyczących; spalenia i częściowego wymordowania wsi Huty Werchobuskiej przez UPA. Chcieliśmy, jako mieszkańcy i sąsiedzi tej wsi, po której nie pozostał ślad, postawić tam krzyż drewniany. Otrzymaliśmy informację od Księdza Jana, że proboszcz parafii Werchoburza mieszka w Złoczowie, jest jego częstym gościem i nie będzie żadnego problemu ze zorganizowaniem spotkania. Umówiliśmy się na następny dzień, na godz. 18., przed kościołem w Złoczowie.

Do Złoczowa dotarliśmy wieczorem. Zamieszkaliśmy w hotelu „Ukraina” oraz w prywatnych mieszkaniach.

Następnego dnia, tj. 25 września, w godzinach południowych, wynajętym samochodem udaliśmy się (4 osoby + kierowca) w kierunku Huty Pieniackiej. Przejeżdżaliśmy przez miasteczko Sasów, zamieszkałe przed wojną w większości przez ludność żydowską. Kościół rzymskokatolicki mocno ucierpiał i nadaje się do generalnego remontu. Duże zaciekawienie wzbudził teren sporej powierzchni, ogrodzony siatką i przeznaczony na cmentarz żydowski. Kierowca poinformował, że w tym miejscu, w okresie okupacji hitlerowskiej, byli mordowani sasowscy Żydzi. Następnie przejeżdżaliśmy przez Kołtów, Kruhów,  Pieniaki. Tutaj też są widoczne ruiny kościołów. Z Pieniak skierowaliśmy się do Hołubicy – siedziby gminy. Tutaj dosiadł się do samochodu piąty pasażer, wójt Hołubicy, miejscowy Ukrainiec, który jest zaprzyjaźniony z członkiem naszej ekipy, panem Władysławem Bąkowskim. Drogami leśnymi i polnymi, pełnymi kolein i kałuż, dojechaliśmy na teren, gdzie przez parę wieków istniała wieś – Huta Pieniacka. Polana, na której kiedyś  była wielka wieś jest pusta, bez śladu życia. Nawet nie widać pasącego się bydła, a zwierzęta płowe i ptactwo, także jakby opuściło ten teren. Przyroda dokonała tam swego dzieła. Pola zostały porośnięte, stepową, zdziczała trawą, a pokrzywy przerosły człowieka. Z rzadka, z tych traw i burzanów, wyrastają krzewy podobne do łopianu. Z tego stepu wyłaniają się jeszcze nie rozebrane, nieokreślone kształty pomnika postawionego w 1989 roku. Żadnych tablic, żadnej informacji. Po byłym kościółku pozostały dwie bryły kamienne obrośnięte trawą i mchem. Na nich oraz na cokole pomnika, osłoniętego pokrzywami, zapaliliśmy świece. Chodniki betonowe są niezauważalne w pokrzywach i trawach. Po zmówieniu pacierza i chwili zadumy, pan Władysław Bąkowski, zreferował wójtowi Hołubicy zamierzenia, które stara się zrealizować za skromną kwotę pieniędzy zebranych przez „ocaleńców” z Huty Pieniackiej oraz z obiecanej pomocy materialnej i moralnej zadeklarowanej przez Radę Ochrony Pamięci Walki i Męczeństwa w Warszawie. O tę pomoc stara się już parę lat bezskutecznie, a wcześniej od kilkunastu lat zabiegały inne osoby.

Zbrodnie były dokonywane przeważnie na ludności wiejskiej, żyjącej w różnych ostępach leśnych, z dala od cywilizacji, bez dróg dojazdowych, bez infrastruktury. Tu hula wiatr, a ptaki nie chcą śpiewać. Niegdyś rodzące pola, pokryły burzany stepowe, nie ma tu dróg, nie ma pięknych domów i sadów, które cieszyły oczy byłych mieszkańców wsi. Czy kogoś obchodzi to, że pod tymi pokrzywami i chwastami leżą kości bestialsko pomordowanych Polaków, którzy czekali na Polskę? Nie doczekali się jej, a ona o nich zapomniała. Nad tą wielką mogiłą można mieć poczucie wstydu za tych, co świadomie chcą zafałszować historię i prawdę o tym tragicznym wydarzeniu. Wierzę jednak, że tu, na Ukrainie żyją przyzwoici ludzie, którzy czują nasz ból, a są nimi ci prości wieśniacy, tacy sami jak Polacy, którzy spoczęli na tamtej ziemi. Oni nam więcej pomogą, niż biurokraci z różnych instytucji w Polsce i na Ukrainie. Trzeba z nimi rozmawiać o okrucieństwach z przeszłości, aby w przyszłości nigdy się nie powtórzyły. Należy tylko znaleźć jakąś uniwersalną wartość wspólną, która będzie łagodzić bóle przeszłości i tworzyć płaszczyznę zrozumienia i zbliżenia. Tą wartością jest zwykły drewniany krzyż – symbol cierpienia i nadziei. Tylko on ochroni miejsca, gdzie leżą kości niewinnie pomordowanych. To są miejsca święte. Przed nimi przeżegna się Ukrainiec i pomodli przypadkowo przybyły tu Polak. Krzyż jest jedynym symbolem, który w lokalnych warunkach zostanie uszanowany przez większość ludzi, w tym i zagorzałego nacjonalistę.

Wójt Hołubicy, w uzgodnieniu z panem Władysławem Bąkowskim, zobowiązał się wykonać drewniany krzyż, który zostanie postawiony w sąsiedztwie szczątków fundamentów pozostałych po kościółku w Hucie Pieniackiej. Wójt również obiecał, że postara się zniszczyć środkami chemicznymi chwasty dookoła pomnika i krzyża. Po załatwieniu sprawy postawienia krzyża, udaliśmy się na miejsce byłego wiejskiego cmentarza. Leżał on kiedyś na skraju wsi, a teraz zarósł go las. Rosną na nim kilkudziesięcioletnie buki o średnicy kilkunastu centymetrów. Między drzewami są jeszcze maleńkie, chwiejące się krzyżyki i figurki. Są ślady polskich napisów. Zapaliliśmy parę świeczek.

W smutnym nastroju powróciliśmy do Hołubicy i pożegnaliśmy się serdecznie z gospodarzem. W planie było jeszcze odwiedzenie Huty Werchobuskiej, odległej około 4–5 km, lecz z braku dojazdu i czasu trzeba było wracać do Złoczowa na umówione spotkanie u księdza Jana. W drodze powrotnej wstąpiliśmy do Werchoburza, gdzie napiliśmy się wody ze źródła rzeki Bug.

O godzinie 18. oczekiwaliśmy na księdza Jana przed kościołem. Poszliśmy do jego mieszkania, gdzie oczekiwał już na nas proboszcz parafii z Werchoburza z małżonką. Jest to młody duchowny, pochodzący z Ukrainy Zadnieprzańskiej, obsługujący kilka cerkwi, w tym w Werchoburzu. Przy herbacie i cieście rozpoczęliśmy rozmowę. Poinformowaliśmy, że wracamy z Huty Pieniackiej i Werchoburza, przekazaliśmy nasze wrażenia o załatwionych sprawach Hucie i Hołubicy, po czym przeszliśmy do wspomnień o smutnych sprawach sprzed 54 lat. Ksiądz Jan jest dobrze zorientowany w sprawach jakie miały miejsce w okolicy w czasie II-giej wojny światowej, natomiast proboszcz Werchoburza znał w zarysie wydarzenia Hucie Pieniackiej i Werchobuskiej. Wiedział, że sotnie UPA szły z Werchoburza palić Hutę Werchobuską. Wspominając tragiczne zdarzenia z przeszłości, zastanawialiśmy się, co należy zrobić dla odnalezienia jakiejś wspólnej drogi, która by niwelowała bóle przeszłości i tworzyła płaszczyznę przebaczenia i moralnego współżycia Polaków i Ukraińców w przyszłości. Uznano, że taką wspólną ścieżynką na dziś będzie pamięć oraz szacunek dla prochów i kości poległych i niewinnie pomordowanych. Najlepiej jeśli miejsca, gdzie spoczywają Polacy i Ukraińcy, zostaną zabezpieczone znakiem krzyża. Będzie on chronił je przed deptaniem i profanacją, pobudzał do refleksji nad przeszłością i przyszłością. Proboszcz Werchoburza oświadczył, że czeka go trudna rozmowa z parafianami, lecz ją przeprowadzi; obiecał, że postawią krzyż w Hucie Werchobuskiej, na miejscu byłego kościółka, po którym nie ma śladu, a obok którego był cmentarz. Stwierdził, że mieszkańcy Werchoburza na pewno znają to miejsce. 17 marca 1999 roku, w rocznicę napaści na Hutę Werchobuską, zostanie odprawiona msza żałobna w cerkwi, w Werchoburzu, za zmarłych i zabitych. Obiecałem, że jak doczekamy przyszłego roku, to przyjedziemy, aby się pomodlić pod krzyżem za Hutniaków, a następnie przyjedziemy do Werchoburza, pomodlić się za Werchoburzan i poległych UPA-owców. Prosiliśmy o nawiązanie kontaktu z proboszczem z Hołubicy, z prośbą o zaopiekowanie się krzyżem w Hucie Pieniackiej. W serdecznym nastroju zakończyliśmy spotkanie u księdza Jana w Złoczowie, wymieniając adresy i numery telefonów.

W sobotę, 26 września, odbywały się planowane imprezy Festiwalu Kultury Polskiej – Złoczów ‘98. Urządzono Wieczór Mickiewiczowski w związku z jubileuszem 200-lecia urodzin poety. Koncertował zespół „Promyki, z Krakowa, odbywały się wystawy i konkursy recytatorskie dla młodzieży złoczowskiej. W Ośrodku Kultury prezentowano wystawę fotograficzną pt. „Złoczów i gimnazjum złoczowskie w starej fotografii” oraz zwiedzano zamek króla Jana III Sobieskiego w Złoczowie, a następnego dnia, w niedzielę, odbyło się w kościele rzymskokatolickim nabożeństwo ekumeniczne. Kościół był szczelnie wypełniony. Mszę odprawiał ksiądz z Kurii Krakowskiej, przy udziale proboszcza księdza Jana oraz duchownych grecko-katolickich i prawosławnych.

O godzinie 1000 ogłoszono zamknięcie festiwalu. Odegrano hymny narodowe Polski i Ukrainy. Po raz pierwszy, w swym dość długim życiu słuchałem obie melodie jednocześnie.

W samo południe, zgodnie z programem, uczestnicy festiwalu pojechali do Oleska, miejsca urodzenia króla Polski Jana III Sobieskiego. Zamek położony jest na wzgórzu, z którego roztacza się widok na rozległą równinę i wysoczyznę Podola. Zamek jest utrzymany we względnie dobrym stanie technicznym, natomiast otoczenie z architekturą ogrodową wymaga odnowy. U podnóża zamku jest opustoszały klasztor ojców kapucynów. Obok klasztoru jest kościół, w którym zaadaptowano wnętrze na ekspozycję obrazów, w tym dwóch wielkich rozmiarów obrazów, przedstawiających bitwę pod Chocimiem i Moskwą. Zamek w Olesku użytkowany jest jako muzeum, w którym zgromadzono wiele ciekawych eksponatów o dużej wartości historycznej dla Polski, w tym obraz, o wymiarach 10 x 12 m, przedstawiający „Bitwę pod Wiedniem”. Zamek w Olesku jest godny zwiedzenia.

Po zwiedzeniu zamku w Olesku, udaliśmy się do Podhorzec, odległych około 6–7 km. Tu znajduje się zamek mający charakter pałacowy z przystosowaniem do celów obronnych. Otoczony jest stosunkowo grubym murem. Na dziedzińcu zamkowym organizatorzy festiwalu urządzili piknik. Ponieważ miejscowość Podhorce poznałem w czasie wojny, chciałem je zobaczyć teraz. Zrezygnowałem więc z zabawy i poszedłem do miasteczka. Uprzedziłem kierownika wycieczki, że się oddalam, lecz o określonym czasie wrócę. Moje myśli pchały mnie na Majdan i Hutę Werchobuską. Są to spalone wsie przez UPA, które broniłem w czasie wojny, a po których pozostały puste pola. Wyobrażałem sobie, że uda mi się zdobyć jakiś pojazd lub podwodę i tam pojadę. Przechodząc za ogrodzenie bardzo zaniedbanego parku pałacowego, nawiązałem rozmowę z kobietami pasącymi krowy. Zapytałem je o drogę na Majdan. One zaczęły mi odradzać i mówiły, żeby tam nie iść, bo jest daleko i bardzo zła droga, że nawet furą będzie dojechać trudno. Zaczynał siąpić deszcz. W pewnej chwili kobiety jak na zawołanie odeszły ode mnie i na ich miejscu zjawił się starszy pan, okazałej postury, z którym się przywitałem zwrotem „Sława ISUSU CHRYSTU” i rozpoczęliśmy rozmowę. Powiedziałem mu, że jestem z grupą gości z Polski, która jest na zamku, a ja chciałbym się dostać  na Majdan i Hutę Werchobuską, ponieważ tam mieszkałem w czasie wojny, do czasu zniszczenia przez UPA, w marcu 1944 roku i po 54 latach chciałbym jeszcze te wsie zobaczyć. Nie ma tam po co iść – oświadczył, tam jest tylko pole, a droga bardzo zła i niczym się nie dojedzie. Z uwagi na popołudnie zrezygnowałem z zamiaru pójścia na Majdan i kontynuowałem rozmowę z poznanym człowiekiem. Zaczął opowiadać, że mieszka w Podhorcach od 1947 roku i jest wysiedlony z Polski w ramach tzw. „Akcji Wisła”. Miał wtedy 16 lat. Narzekał na wojsko, które zabrało jego rodzinie dobytek, w tym trzy konie, krowy i inwentarz. Jego wieś spalono. Na jego oczach zabijano ludzi. Współczując mu, powiedziałem, że wojsko, jakie ono nie było, nie przychodziło do wsi zabijać dzieci i kobiety, jak to zrobili banderowcy na Hucie Pieniackiej i Werchobuskiej. Odpowiedział, że Hutę Pieniacką wymordowało SS. Dopowiedziałem, że formacja ukraińska SS „Galizien” i UPA. Nie protestował. Powiedziałem mu, że wśród żołnierzy polskich służyło wielu takich, którym tutaj wymordowano rodziny i spalono chaty i trzeba wejść w ich psychikę. Dla nich banderowiec był bandytą, który zabija dzieci i kobiety, i trudno się dziwić, że posiana została nienawiść, która zrodziła zbrodnie, a zbrodnia rodzi zbrodnię. My, starzy już ludzie, musimy robić wszystko, żeby podobne zdarzenia nie powtórzyły się. Zgodził się ze mną.

Mój rozmówca zachowywał się jednak dziwnie. Co chwilę podchodził do niego młody chłopak, odwoływał go na bok i przekazywał jakieś informacje. Chłopcy przychodzili od strony zamku. Tajemnicze zachowanie przypomniało mi konspirację. Pożegnaliśmy się przyjacielsko pozdrowieniem „Sława Bohu”, „Sława Isusu Chrystu”. Spotkałem po drodze starszą kobietę, pasącą krowę. Wyżaliła się na biedę, jaką przeżywa po śmierci męża, a żyje z emerytury, za pracę w kołchozie, w wysokości 34 hrywny, której nie wypłacają już przez cztery miesiące. Dzięki krowie żyję – oświadczyła. Dalej opowiadała, że za Polski było lepiej, za sowietów jakoś się żyło, ale teraz jest bieda. Wszystkiemu, że jest bieda winni są komuniści. Szkoda mi się zrobiło tych prostych ludzi, mimo, że w czasie wojny tak bardzo się Polakom dali we znaki. Życzyłem babci dużo zdrowia, otrzymania zaległej emerytury i dużo mleka od krowy. Rozstaliśmy się bardzo serdecznie.

28 września 1998 roku wróciliśmy do Krakowa około 8oo.

 

maj 1999


Ewa Owsiany
– dziennikarz i publicysta „Dziennika Polskiego” w Krakowie

 

Zachwyt  i  nostalgia

 

 

Pojechałam na Ukrainę dzięki pewnemu telefonowi, który poderwał mnie na nogi, gdy artystyczna dusza pt. Roma Krzemień odezwała się w nim: – Przygotowujemy wyprawę na Podole! Lwów i  Złoczów, Bar i Zbaraż, Zborów i Podhorce, Krzemieniec i Kamieniec Podolski, pałace i pola bitew. Jedziesz z nami?

Roma jest muzykiem, ma pod opieką sympatyczny zespół „Promyki Krakowa” – dziewcząt ze szkoły im. Mieczysława Karłowicza w Nowej Hucie. Wybrała się z nami na Ukrainę ze szczególną misją: by Polakom tam żyjącym przybliżyć polską kulturę i uprzytomnić im, że właśnie obchodzimy „Rok Słowackiego i Chopina”. Stąd w autobusie znalazł się krakowski aktor Mieczysław Ostroróg.

Wyprawę zorganizował prezes „Klubu Złoczowskiego”, p. Roman Maćkówka, a zacnej kompanii przewodził historyk Henryk Kotarski: jego z kolei misją była szczegółowa dokumentacja pól bitewnych zwanych „Ogniem i mieczem”. Zaopatrzony w XVII-wieczne mapy, w towarzystwie nieodłącznego filmowca p. Mariana Pasternaka biegał, pełen twórczego natchnienia po oczeretach, grobach i zagajnikach, wiatry go nosiły stepowe osadzając w naszej wyobraźni stosy trupów ludzkich i końskich, przeprawy tatarskich taborów, szarże husarii i zmagania wojsk Jeremiego z kozakami Krzywonosa. A wszystko w sielskim pejzażu Ukrainy, na tle jej nieogarniętych wzrokiem przestrzeni.

***

We Lwowie wylądowaliśmy świtem bladym i chłodnym i zaraz na początku spotkało nas rozczarowanie: lokal Towarzystwa Kultury Polskiej Ziemi Lwowskiej był zamknięty na głucho, a na występ „Promyków” do pięknej sali Pałacu Sobieskich  przyszło raptem kilka osób. Roma jednak, która jest niepoprawną optymistką, rzekła niezrażona:

– To tylko początek, ja  i tak  te swoje sieci na Wschód zarzucę...

Lwów? Jak opisać jego wielorakość? Mickiewicz na cokole  i teatr – bliźniak naszego lecz piękniej odnowiony, bo nie zdołano go barwą piwa upodobnić do browaru, jak to się stało z krakowskim teatrem im. Juliusza Słowackiego.

Naród rozmodlony: Katolicy nawiedzają katedrę pamiętną ślubami Jana Kazimierza, prawosławni – cerkiew Uspienską, unici  śpiewają w Preobrażenskiej, której zwrot wywalczyli sobie bezprzykładnym uporem. Kwiaty i palmy tkwią w kracie nieczynnej katedry Ormian. Ocalone figurki Matki Boskiej wracają nad bramy domów. Na elewacjach domów pojawia się – tu św. Jan, tam orzeł; gdzie indziej róg obfitości.

Ale raczej jako symbol marzenia. Bo z obfitością bardzo tu krucho. Miasto prezentuje się biednie, tramwaje – jak gruchoty. „Budżetówka” ledwo zipie. Są tacy, którzy nie widzieli hrywny od miesięcy. Pensje wypłaca się np. workami cukru, setką biustonoszy. Poród w szpitalu kosztuje już ponad 300 dolarów, przyrost naturalny spada gwałtownie, młodzi wieją na Zachód. Choćby do Polski za chlebem.

Nasza przewodniczka, Jadwiga Pańkowska, nasyca nas serdeczną wiedzą o swym mieście. Ulicą lwowskich batiarów dotarliśmy (jak można by inaczej) na Cmentarz Łyczakowski, który pod ołowianą chmurą, w gęstej, mocno  już wybujałej zieleni, przedstawił obraz wielce nostalgiczny: tylu wybitnych  rodaków, tyle polskich mogił! Szkoda tylko, że władza radziecka co piękniejsze nasze grobowce przysłoniła zrodzonymi w socrealizmie monumentami własnych dostojników.

Groby wyścielają  dolinki, czepiają się pochyłości terenu niczym gniazda jaskółcze. Są powstańcy z Listopada i Stycznia, jest Artur Grottger z pomnikiem ukochanej Marii, jest Ordon, samobójczy bohater „Reduty” i ktoś kogo strzegą  dwa wierne psy: Pluto i Nero. Odwiedziliśmy  Karola Szajnochę i pannę Franciszkę, co pokochała fryzjerczyka, a także autorkę „Roty”.

Nie zapomina o niej czujna handlarka u bramy – Kupcie kwiatek dla Marii Konopnickiej! – napomina polskie wycieczki.

Nekropolia Orląt Lwowskich. Napis łaciński głosi: „Umarli, abyśmy żyli wolni”. Co sprawiło, że dzieci – dziewięć, dziesięć, czternaście, piętnaście lat – uciekały z domów, by ginąć tutaj? Blisko trzy tysiące młodocianych obrońców spoczęło na terenie zakupionym  niegdyś od benedyktynek ormiańskich. Po wojnie zginął nawet ślad po cmentarzu. Stanęły tu warsztaty kamieniarskie i garaże, śmieci urosły do wysokości sześciu metrów, kozy wypasano na skrawkach trawy.

I teraz również, mimo ogromu pracy włożonej w odnowienie cmentarza, sprawia on niekorzystne wrażenie chaotycznego pobojowiska. Prace wrą na całego wśród pyłu i warkotu maszyn.

 

***

Ale jedźmy dalej.

Oto Złoczów. Kwatera w rodzinie pani Eugenii. Polka z pochodzenia, żona Igora. Dla gości – serce na dłoni. Zbiera wodę do wiader, bo w kranie często jej brak, czeka z naleśnikami, gdy nocą wracają z ogniska. Przed zaśnięciem modli się na klęczkach, z różańcem w dłoni.

Igor żyje z bazaru. Przystępny, gadatliwy Ukrainiec, przejęty żółwim tempem reformy kraju. Będziemy bogaci? – nie wierzy. Podobne obawy u wszystkich rozmówców: – Powolutku nowe ludzie – kręcą głowami – zbyt powolutku! Drugiego dziecka nie chcą w rodzinie: – To niemożliwe! – woła młoda matka. – Ono nie zmieści się w naszej demokracji.

Najchętniej wyjechaliby za granicę. Choćby za parę groszy, byle się zaczepić...                  

O Polsce mówią życzliwie. I wbrew stereotypom panującym nad Wisłą, muszę przyznać, że nie spotkaliśmy nigdzie objawów wrogości..

O kościele w Złoczowie, mówią wręcz z dumą. Świątynia przyciąga ludzi, pełna muzyki, przepięknie odnowiona staraniem księdza Jana Burasa. Wszyscy go tu szanują. Potrafi ich jednoczyć, cierpliwie wysłuchać. Człowieczy ból, w polskim, czy ukraińskim języku, jedno ma imię. Choć wydawałoby się niektórym, że przeszłość złoczowskiego zamku, niegdyś polskiej fortecy Jakuba Sobieskiego, inaczej podpowiada. Tu wśród wielu innych, zakatowano syna poetki Maryli Wolskiej.

Dziś pani kustosz nie tai, że złoczowską twierdzę po powstaniu styczniowym car zmienił na ciężkie więzienie, a NKWD uczyniło ją miejscem straszliwej kaźni Polaków. Wielu po okrutnych torturach zginęło bez wieści. Do niedawna ich bliscy wtykali świece w szpary muru, jak żydzi w Jerozolimską Ścianę Płaczu modlitewne karteczki. Zbudowano więc pod gołym niebem kaplicę pamięci ofiar, ogromny krzyż, napis cyrylicą: „Kto we mnie wierzy, ma życie wieczne”.

Podhorce. Wyobraźcie sobie szczere pola, kępę drzew i kościół wśród nich, jakby żywcem przeniesiony z Rzymu; potężna kopuła, masywne kolumny, ślad fresków, ledwie widoczny w górnych oknach. Wszystko skończenie piękne i zamknięte na głucho, oddane działaniu dziurawych rynien.

Na przeciw – pałac. Letnia rezydencja Koniecpolskich, Sobieskich, Rzewuskich i Sanguszków. Stropy kasetonowe, jak na Wawelu, rodowe herby. Atlas dzierżący kulę ziemską... Na piętrze napis po polsku :

„Zamek ten i kościół, szczęśliwej przeszłości i pomniki Eustachy Książę Sanguszko MDCCCXLII + MCMIII z upadku podźwignął Bogu i przodkom na chwałę, sobie, rodakom potomnym na serc ukrzepienie”. Drugi Sienkiewicz?

Po wojnie urządzono tu szpital: jedni mówią: dla psychicznych, drudzy – dla gruźlików. Jeszcze dziś można zobaczyć byłą trupiarnię w cieniu ogrodu. To chyba tutaj chorzy musieli umierać pokotem patrząc z krużganków na bezkresny ocean zieleni. Może chociaż szumiał im, jak stepy Akermanu.

W 1956 roku wybuchł w pałacu pożar. Chodząc po wypalonych wnętrzach, które niemrawy remont usiłuje przywrócić do stanu używalności, słyszę jeszcze dźwięki kapeli dworskiej i kroki Marii Rzewuskiej, tutejszej Białej Damy. Ona zresztą do dziś chodzi po byłych salonach, zapala nieistniejące świece, porusza cieniami sprzętów, a gdy zapuszczoną aleją zmierza do kościoła – słychać szelest jej sukien.

Teraz mijamy monumentalny, w stylu gigantomanii socrealizmu stworzony, pomnik I Armii Konnej Budionnego. Wódz ów, jak wiadomo, chciał zhołdować Ukrainę i wprowadzić władzę radziecką nad Donem. I nam też się wydaje, że lada moment, galopujący nad szosą spiżowi jeźdźcy ukraińskiej Apokalipsy, zwalą się nam na głowę. Na szczęście, gościnny zamek Sobieskich w Olesku – tuż, tuż.

Ile tam wspaniałych portretów, obrazów bitew pod Kłuszynem, Chocimiem  i Wiedniem, sprzętów, pamiątek, arrasów! Tym przykrzej czyta się fragmenty przewodnika z roku 1977. Dla autora tej pracy najważniejszy jest w zamku portret chłopa z kijem oraz wiejskiego znachora. Na czym polega ich cenność? Na tym, że po pierwsze, na Ukrainie portrety chłopów, wyraz – cytuję – „nowego zapatrywania na człowieka i uwolnienia go z sideł upokarzającego traktowania religijno-mistycznego”.

I taką to mądrość wciska się w głowy zwiedzających! Mają to wierzyć w „uwolnienie z mistycznych sideł” oraz w to  również, że „zamek w Olesku, to cenny zabytek kultury staroruskiej, która była podstawą rozwoju kultury trzech bratnich narodów: rosyjskiego, ukraińskiego i białoruskiego”.

O polskiej ani słowa.

Co może na to powiedzieć pewien mieszkaniec Kędzierzyna, który w kaplicy byłego klasztoru kapucynów w Olesku, zmienionej w salę widowiskową, powiedział cicho:

– Tutaj w roku 1932 moi rodzice brali ślub. A mama, gdy była panienką, chodziła do drewnianego kościółka w Rozważu, gdzie potem urządzono boksy dla kur. Pojedźmy tam proszę...

Nasz historyk milcząc przemierza podziemia klasztoru, fotografuje epitafia Herbutów, które wyszły spod dłuta Włocha Padovano, nagrobki lwowskich biskupów i Adama Sieniawskiego, który zginął pod Cecorą wraz z trzema synami, co też zginęli w bitwach. Ze wzruszeniem zatrzymuje się także przed uroczą (skądinąd) tablicą nagrobną pewnej nabożnej  białogłowy, która „lat XXX bez nagany przepędziwszy na łonie kościoła katolickiego zasnęła i za cnoty swe tu czeka zapłaty”.

Gdyby wiedziała, że miejsce – jak na tak długie czekanie – wybrała nieszczególne! W czasie wojny Niemcy urządzili w klasztorze katownię Żydów. W pobliżu Oleska są ich masowe groby. Świadkowie twierdzą, że słyszeli dochodzące spod ziemi jęki niedobitych: Ratujcie nas...

 

***

Oto Biały Kamień z cudownym kościołem, którego sylwetkę zastawia bryła „nowoczesnej” szkoły. Wybudowano ją dzięki „chodom” w KC pewnej przodującej kołchoźnicy, zwanej Ziną. Dziesięć naszych tysiąclatek! Tylko uczniów brak.

Jest i Zborów, gdzie w 1649 roku podpisano ugodę, na mocy, której Bohdan Chmielnicki otrzymał władzę hetmana na Ukrainie. Polaków już w Zborowie nie uświadczy, poza kilku starcami. Są jak ten słup zwalony, który jak leżał, tak leży wzdłuż drogi, omijany przez przechodniów.

Wreszcie Zbaraż, z potężnymi murami kościoła Bernardynów. Tu przez wiele lat magazynowano papier gazetowy i nawozy sztuczne. Tynki przeżarte, dłonie obolałe od stukania. Trwa remont siłami czterech chłopców, dwu majstrów. Konserwator zabytków ubolewa, ze freski, co przetrwały Stalina, Chruszczowa i nawozy sztuczne teraz legną pod młotkiem odnowicieli. Skąd jednak brać ekipy specjalistów? I kasę?

Zbaraski zamek rozczarował nas. Niewielki, wypełniony wątpliwej wartości dziełami miejscowych chudożników, nijak się ma do wizji stworzonej przez Sienkiewicza. Dopiero obchodząc obwałowania i fosy, przypomniałam sobie szturm opisany w „Ogniem i mieczem”. Jeszcze wczoraj książę Jeremi ucztował na zamku, a dziś znad fosy wypełnionej po brzegi zwałowiskiem trupów ulatują dusze wzywając po polsku, po rusku i po tatarsku zmiłowania bożego. Zbratani snem śmierci, na zawsze pogodzeni....

Z tą wizją przed oczyma dotarliśmy przez Trembowlę i Skałę Podolską, gdzie przed  wojną graniczyliśmy z Ukrainą radziecką  –  do Kamieńca.

Jak opisać jego uroki? Czar miasta odciętego od reszty lądu rzeką Smotrycz, płynącym w głębokim korycie skalnym? Zamek z basztami, z których jedna wyleciała w powietrze wraz z panem Wołodyjowskim? Pary nowożeńców na tle zamku namiętnie fotografowane w garniturach i sukniach wspaniałych, po których dookolnej biedy nikt by się nie domyślał? Jak opisać katedrę kamieniecką, gdzie pod portretem Papieża napisano cyrylicą:

„Utwierdzaj braci swoich w wierze. Módlmy się o przyjazd Papy na Ukrainę w 1999 roku”.

Tu ludzie modlą się, jakby żarliwiej i serdecznie, z ochotą przekazują sobie znak pokoju: dalecy od naszej ospałości i ledwie skrywanego dystansu. Na schodach świątyni, po nabożeństwie, miejscowe kobiety witały wylewnie szarą urszulankę z Polski, która pięć lat pracowała w Kamieńcu, by przenieść się do Dniepropietrowska. To miasto, które Patiomkin budował dla Katarzyny II, pełne jest bezdomnej dzieciarni, gnieżdżącej się na klatkach schodowych. Nimi teraz zajmuje się siostra Anna.

Polski rynek z ratuszem. Ukraińska mowa. Pyszny ormiański szaszłyk w knajpie „Pid bramoju”. Radziecki pomnik „bojców oswoboditeli” z wizerunkiem kobiety w natrętnie zielonych pantoflach z obcasami: ona przyklęka, składając kwiaty przed tankistą! Mieszanka, miejmy nadzieję, nie wybuchowa.

Wesele pary spotkane na zamku. Jubileusz dziarskiego dziadka. Wszechobecne tęsknoty  za ładem i dobrobytem. Miejscowe plotki. A to, że pani dyrektor muzeum ateizmu ochrzciła dzieci u biskupa, a to, że żona lotnika, który wiele lat stacjonował w Kołobrzegu (ale było życie!  A jak się te polskie kobiety pchały po mięso do wojskowego sklepu!) nie chce teraz przystać na jego pracę pod chińską granicą, a to, że Kwaśniewski by się przydał... żegnamy Kamieniec jakby już zadomowieni.

Przez Okopy Świętej Trójcy, przy ujściu Zbrucza do Dniestru, przez wyniosły, skalny Chocim, którego uroki nie poddają się opisowi, przez żałośnie zaściankowy Krzemieniec, gdzie śladów Julka na lekarstwo – wracamy do Polski.

Zachwyt i nostalgia. Czego więcej?

 

maj 1999


Józef Baran

– poeta krakowski i dziennikarz

 

Przez Kresy

 

I

Siedmiodniowy pobyt na ziemiach pamiętających okres dawnej świetności Rzeczypospolitej (w sumie zatoczyliśmy w naszej wędrówce przez dawne Kresy pętlę o dług. 2000 km) pozostawił krańcowo sprzeczne uczucia – jak kolory zachodzącego słońca, rozszczepiające się w jeziorkach i stawach w okolicach Jampola: w odcienie szmaragdu, atramentowej niebieskości, zieleni, purpury, a nawet czerni...

Na pewno nie była to zwyczajna wycieczka turystyczna. Nawet mnie – odpornemu na uniesienia patriotyczne rodem z „Mochorta” – dostarczyła wielu wzruszeń. Rozumiem teraz powiedzenie zasłyszane od pewnego starego kresowiaka, iż każdy Polak winien się tam znaleźć przynajmniej raz w życiu.

Co jakiś czas pryskał czar Podola, gdy do poezji wkradała się skrzecząca proza współczesnej Ukrainy (ot jeden z przykładów: muszla klozetowa w ciasnej łazience hotelowej tak zaprojektowana, że przy siadaniu buty należało trzymać w brodziku pod prysznicem).

Ponad wszystko jednak pozostało uczucie zachwytu nad pagórkowatym krajobrazem Podola – z jarami-niespodziankami – tylekroć opiewanym w poezji i pieśniach.

Otwarte przestrzenie ciągną się hen daleko, we wszystkie strony. aż mąci się w głowie. Gdzieniegdzie, na wyjątkowo urodzajnych wyżynnych czarnoziemach, pojawi się kępka oczeretów. Gdzieniegdzie wystrzeli wioska, gdzieniegdzie pokażą się na horyzoncie zapracowane sylwetki ludzkie. A bywa, że jak okiem sięgnąć, nie uświadczysz przez wiele kilometrów żywej duszy. Na szczęście nie grasują na drogach zbójcy, czyli mafiosi, o których tyle się nasłuchaliśmy przed wyjazdem. Nikt nas nie zaczepiał i nie żądał okupu, poza pucułowatymi, krępymi milicjantami w czapkach-degolówkach, którzy pięciokrotnie legitymowali naszego kierowcę (za ostatnim razem „skutecznie”: wlepili mu mandat).

Uczucie zachwytu miesza się z nostalgią, gdy co raz napotykamy na niszczejące pamiątki historii: polskie kościoły, kaplice, dwory, zamki, pałacyki, pałace, dworki – w opłakanym stanie; wołające daremnie o pomoc. Z niektórych pozostały tylko baszty i kolumny. Gdzieś w szczerym polu (np. cudowny, klasycystyczny kościół w Podhorcach) czy na wzgórzach (zameczek w Olesku, ruiny zamku królowej Bony w Krzemieńcu); z innych – szczątki murów (np. w Barze). Ale są też odrestaurowane budowle lub mury, których czas nie potrafił skruszyć i trwają nie remontowane. Nie poddają się przemijaniu. Spotykaliśmy kościoły obandażowane w środku rusztowaniami na znak, że miejscowy ksiądz porwał się na heroiczną próbę odnowienia wnętrza, choć nie może liczyć na pomoc z Kraju. Czy można go winić za to, że bez dorady konserwatora, lekkomyślnie zdarł przeżarte nawozami bezcenne polichromie, co w oczach fachowców jest barbarzyństwem?

Słynna ogromna kolegiata w Krzemieńcu, gdzie uczył się m.in. Słowacki i wykładał Lelewel, tak okropnie zapuszczona i odrapana (mimo, że studiuje w niej półtora tysiąca przyszłych ukraińskich nauczycieli), że od dawna prosi się o odmalowanie i renowację.

 

***

Po 1990 oddano wiele kościołów w polskie ręce albo przemieniono w cerkwie greko-katolickie. W niektórych mieściły się muzea ateizmu, w innych magazyny. Kościół klasztorny w Zbarażu służył za komuny jako magazyn nawozów sztucznych. Przeżarły one wnętrze tej wspaniałej barokowej świątyni. Pod Zbarażem, okutana w chustkę babina, zbiera babkę czy miętę dla kurcząt i pachną intensywnie głogi. W środku zamku zbaraskiego portrety Chmielnickiego, galeria bohomazów i prawie żadnej pamiątki po kilkusetletnim polskim panowaniu. Jednak to Ukraińcy okazali się po wiekach zwycięzcami. Mury twierdzy w Kamieńcu Podolskim znakomicie zachowane – poprzerastane kwiatami zioła zwanego Bożym Ciałem. Tak toczy się bój na śmierć i życie pomiędzy naturą a wytworami ludzkiej ręki. Wiosna jest wieczna, historie przemijalne; można się o tym przekonać na stokach twierdzy pod Chocimem, gdzie na piszczelach i szkieletach poległych w kolejnych bojach pasą się kozy i szaleńczo kwitną rozmaite zioła i kwiaty. Z tej urwistej skarpy koło twierdzy, Polacy zepchnęli w czasie bitwy w 1673, aż 5000 Turków do Dniestru; w tamtej poprzerastanej trawą i dzikim bzem części twierdzy – więziono setki Laszek w haremie... Na ten swoisty kresowy przekładaniec składają się obrócone w proch czambuliki tatarskie i stanowiący omastę dla czarnoziemu polegli rycerze polscy; Kozacy, Turcy, Ormianie, Wołosi, Niemcy, wreszcie żołnierze ukraińscy. W tym przekładańcu zaklęta jest pamięć o wielkich i tragicznych wydarzeniach...

Ileż tych śladów dawnej historii porozrzucanych po całym pięknym Podolu! Prezes Światowego Stowarzyszenia Rodzin i Przyjaciół Ziemi Złoczowskiej „Klub Złoczowski” Roman Maćkówka tak zorganizował i zakomponował trasę naszej wyprawy autobusowej, by nie uronić nic z tego co ważne.

Jak w kalejdoskopie pojawiały się i rozpływały niczym w śnie tak drogie sercu każdego Polaka miejscowości, jak m.in.: Lwów, Złoczów, Tarnopol, Podhorce, Olesko, Biały-Kamień, Werhobuż (skąd wypływa Bug), Zborów, Zbaraż, Trembowla, Chocim, Piławce, Kamieniec Podolski, Bar, Winnica, Krzemieniec, Brody... W niektórych miejscach zatrzymywaliśmy się na chwilę, w innych – na kilka dni. Miejscowości znane z podręcznika historii lub z „Trylogii”. Tamtym jarem przedzierał się do króla z prośbą o odsiecz dla Zbaraża – Skrzetuski. W tej kamienieckiej baszcie wysadził się Wołodyjowski (w rzeczywistości wyleciał w powietrze wraz z kilkuset obrońcami przez przypadek). W zamku podhoreckim ucztował i bawił się potężny hetman Koniecpolski. Wyobraziłem go sobie – ach, te moje chłopskie resentymenty! – jako wspaniałego Złotego Trutnia, mającego na oku panoramę widokową na Podole i na kilkaset tysięcy pszczół robotnic, które w jego latyfundiach zbierają miód i znoszą do ula – zamku. W Olesku urodził się przyszły król Jan III Sobieski. W oleskich piwnicach klasztoru pokapucyńskiego nagrobki brzuchatych rycerzy Sieniawskich, którzy odpoczywają w kamieniu snem wiecznym zakuci w zbroje, gdyż przeniesieni tu zostali pośmiertnie z rodzinnych Brzeżan.

 

***

Władali tymi ziemiami: książęta ruscy, panowie polscy, Turcy, Tatarzy, Rosjanie, Ukraińcy. W wielu wypadkach trudno mówić o „sprawiedliwych granicach”, skoro ziemie przechodziły z rąk do rąk. Trudno też  wytyczyć te granice w ludziach: skoro jakże często przychodzili na ten świat w rodzinach mieszanych. U niejednego mieszkańca tej ziemi występuje swoista mieszanka krwi: polsko-ormiańsko-
-turecko-tatarsko-ukraińsko-wołosko-rosyjska... Niektórzy, nawet manifestujący swoją przynależność do kościoła polskiego, są rozbici wewnętrznie do tego stopnia – o czym opowiadał nam polski ojciec kapucyn z Winnicy – że nie odczuwają żadnej tożsamości.

Dwie kobiety siedzące na ławeczce przed katedrą kamieniecką – gdzie przysięgał ongiś mały rycerz Sienkiewicza i gdzie ma dziś pomniczek pułkownik Jerzy Wołodyjowski – to matka i córka. Wdaję się z nimi w rozmowę. W matce – Oldze (urodziła się na Syberii, gdzie zesłano jej matkę pół – Polkę, która nie zdecydowała się na repatriację, choć wszyscy krewni wyjechali do Polski) – płynie tylko ćwiartka krwi polskiej po dziadku Wołosińskim. Nie lubiła komunistów, ale – niestety – przyznaje, że teraz wcale jej los się nie poprawił. Córka – studiuje na wydziale plastycznym w szkole pedagogicznej i też ją ciągnie do polskości. Obie przychodzą często do kościoła polskiego. Pytają mnie czy tak można, skoro właściwie przynależą do cerkwi prawosławnej. Słuchają mojej odpowiedzi z uwagą, jakbym był kościelnym jurystą, a ja kiwam głową, że owszem, można. Mówię: ostatecznie Bóg jest jeden. Podobnie Jezus Chrystus. 

W zasadzie kościół i cerkiew różnią się jedynie formą obrządku.

Dorośli od pewnego czasu uczą się wraz z dziećmi polszczyzny, w otwartych od paru lat sobotnio-niedzielnych szkółkach języka polskiego. Tych szkół coraz więcej. Uczy się w nich też coraz więcej Ukraińców.

Mimo wszystko nie da się ukryć, że krzewienie wiary i polskości wśród tych zukrainizowanych rodaków, nie znających często polskiego, to dla zakonników i księży pozytywistyczna harówa od podstaw, wymagająca niezwykłego taktu i dyplomacji. Kościoły i cerkwie (przede wszystkim – unicka) są poddawane sowieckiej inwigilacji. Rosjanie nie chcą pozwolić na oderwanie się Ukrainy od Rosji, na utracenie wpływów na rzecz np. Polski.

 

***

 

Dla niektórych uczestników naszej wycieczki była to podróż sentymentalna do miejsc dzieciństwa, gdzie spędzili pierwsze lata i gdzie, żyli ich przodkowie, zanim zostali pomordowani przez bandy UPA albo wysiedleni do Polski. – To staw, nad który przychodziłam z ojcem, gdy miałam 5 lat – wyrywa się nagle krzyk pani Zofii. Przez parę kilometrów jazdy – nie potrafi opanować wzruszenia i ociera chusteczką oczy. Pan Jan ma już za sobą wielkie emocje bycia po raz pierwszy po wielu latach w miejscu, gdzie się urodził. W tym roku – uzbrojony w większy już spokój – pokazuje nam nadjedzony przez korniki drewniany wiejski kościółek, gdzie jego rodzice brali ongiś ślub.

W tym momencie pomyślałem o podróżach sentymentalnych Niemców na Ziemie Zachodnie. Czy można im mieć za złe, że przyjeżdżają i fotografują się na tle domów?

Zdaniem współtowarzysza podróży doktora Henryka Kotarskiego, historyka-kresologa, który zajmuje się na tych ziemiach od wielu lat utrwalaniem i katalogowaniem śladów po bitwach XVII-wiecznych – niemal połowa polskiego dorobku kulturowego pozostała właśnie, na Kresach i nie sposób jej pominąć. Odcięcie się od tej przeszłości, to jego – zdaniem – rodzaj samobójstwa... – Jeśli nie chcemy się czołgać na kolanach do wspólnoty europejskiej, musimy mieć jakieś atuty, bogactwo tradycji, świadomość, że to my przesunęliśmy granice Zachodu daleko na Wschód. Kultura zachodnia, którą tu przeszczepialiśmy przez wieki gospodarzenia na tych ziemiach, ma oczywiście specyficznie lokalny koloryt i dlatego jest oryginalna. Przez wiele lat nie mogliśmy wykazywać jawnego zainteresowania sarmackim dziedzictwem kulturowym: dziełami sztuki, zabytkami, architekturą, malarstwem, które pozostało gdzieś poza granicami byłego PRL, po tamtej stronie Bugu...

 

***

 

Jednak uczucie zachwytu opływowymi, kobiecymi kształtami krajobrazu wyżynnego Podola i nostalgii za tym, co bezpowrotnie minęło – mieszają się z bezradnym współczuciem dla spotykanych co krok Polaków lub mieszańców polsko – ukraińskich. Nasi, odłączeni od macierzy, bracia i nasze siostry cierpią nie ze swojej winy nędzę i upokorzenie. Generalnie brakuje tu elit intelektualnych. Polacy są słabo wykształceni. Nie dojadają. Co my w kraju robimy, żeby im pomóc? Uderzmy się w piersi. Jeśli nawet ta pomoc jest niesiona, to bywa  rozproszona, nie ujęta w jednorodną formę organizacyjną. Światowe Stowarzyszenie „Klub Złoczowski” mające swoje oddziały w kilku miastach w Polsce, a nawet na świecie i starający się jakoś pomagać odłączonym rodakom ze Złoczowa to jeden z chlubnych wyjątków.

Zresztą sytuacja większości Ukraińców (poza politykami, biznesmenami i mafiosami: jakże często występującymi w jednej osobie) jest dramatyczna. Ludzie tu nie otrzymują od miesięcy wypłaty, drogi są w w rozpaczliwym stanie, słupy elektryczne często powywracane, trolejbusy we Lwowie wyglądają jakby je wynaleziono na złomowiskach, a autobusy turlające się po wybojach, sprawiają wrażenie prehistorycznych wykopalisk. Wszędzie „bardak”, nieporządek, bezguście. W Poczajowie na górze złocą się wieże cerkwi, a na dole – brzydkie budy kramarczne i chałupy nastawiane bez ładu i składu. Jak w złym socrealistycznym śnie pojawiają się często na drogach, przy ryneczkach – pomniki gierojów: potężnych postaci z kałasznikowami, mieczami. Takie postacie próbują np. przesłonić widok Kolegiaty krzemienieckiej. Tu i tam trafi się wiecznie żywy Lenin (naliczyłem ich na trasie pięciu), o ile nie przemienił się w międzyczasie w Szewczenkę. W Trembowli na rynku np. ten znakomity romantyczny poeta ma rysy Illicza. Zachodzi podejrzenie, że miejscowy architekt po roku 90. poddał lekkiemu retuszowi twarz wodza rewolucji, bo szkoda było „marnować materiału” i przemienił go w  wieszcza ukraińskiego.

– Jestem Kazimierz Iwaszkiewicz – przedstawia się śpiewnie na stacji w Zborowie stary człowiek czekający na nadjeżdżającą ciuchcię.

– Niech żyje Polska na Ukrainie – wznoszą bojowy okrzyk na nasz widok dwie Polki starowinki przy wejściu do katedry polskiej w Kamieńcu Podolskim, gdzie odbywa się uroczysta msza połączona z procesją majową przy udziale kilkuset tutejszych rodaków. Śpiewa się tu jeszcze pięknie i soczyście stare zapomniane w Kraju kantyczki. Ale biskup kamieniecki musi w drugiej części kazania powtórzyć to co mówił, także i po ukraińsku, bo większość nie rozumie w pełni polszczyzny.

Najbardziej poruszył mnie widok starszej kobiety na rynku w Trembowli. Przedstawiła się polskim imieniem i nazwiskiem. Poprosiła o chleb i parę hrywien. W ręku – torba z butelką po occie. Szła właśnie, żeby tę butelkę sprzedać, ale sklep był zamknięty. Nie miała od wczoraj nic w ustach.

W Winnicy – według spisu sprzed 10 lat – jest 40 tys. Polaków na 400 tys. mieszkańców. W ślicznym, jakby z XVII w. wyjętym Kamieńcu –  20 tysięcy przyznaje się do polskości, choć Polski tu nie ma już 200 lat. W prawie każdej napotkanej miejscowości stykaliśmy się z naszymi braćmi, którzy klepią biedę i przeżyli straszne rzeczy, włącznie z wywózką na Sybir. Boli serce, że to nasi rodacy. Boli serce, że nie można ich z sobą zabrać. Mit polskich „szklanych domów” znów zaczyna oddziaływać na ich wyobraźnię. Kobiety, mężczyźni, spotykani na ulicach, pod kościołami i ci pracujący w polu, kiedy dowiadują się, że jesteśmy Polakami z kraju – pytają natychmiast, czy nie moglibyśmy im pomóc w załatwieniu dla nich pracy. Polska jest w wyobrażeniach napotykanych Ukraińców jakąś małą Ameryką. Chcieliby tam jechać i pracować choćby na czarno. – Tu nie ma żadnych perspektyw – mówią.

Zukrainizowany Polak, spotkany pod Okopami św. Trójcy (to nie tylko metafora poetycka; naprawdę istnieją takie pagóry, gdzie bronili się konfederaci barscy i toczyła się akcja „Nieboskiej Komedii”), wypalił trochę po polsku, trochę po ukraińsku: – Nam treba Hitlera, albo waszego Kwaśniewskiego, sami niczoho nie zrobymo.

Dlaczego Hitlera skojarzył z Kwaśniewskim – tylko on wie... W każdym razie jedno jest pewne: marzy im się jakiś dobry car-batiuszka, łagodny zamordysta, który zrobiłby porządek z mafią i zaprowadził ład i porządek. Niech by to był nawet Stalin!

 

 

II                                                                      

Ukraina jest zagadką dla wszystkich. Dlaczego demokracja i kapitalizm – w żaden sposób nie mogą tu zafunkcjonować, choć Zachód stara się jej pomagać finansowo? Ledwie dojechaliśmy do Lwowa, a już dowiedzieliśmy się, że woda jest tylko przez dwie ranne godziny. Ostrzeżono nas, byśmy nie jadali byle gdzie – bo choroba gotowa. Wynagrodzenie rencistów – równowartość 10 dolarów. 20-39 dolarów to standard. Ci, którzy zarabiają 50 dolarów, to szczęśliwcy. Inflacja hrywny w stosunku do dolara w ostatnim roku stuprocentowa. Jedzenie – drogie, za to wódka tania. Radzono nam ją pić, żeby odkazić organizm. Przesadzono. Potrawy bardzo mi tu smakowały. Połowa Ukraińców nie ma pracy. Druga połowa pracuje często za darmo. Zasadą jest, szczególnie na prowincji, że przez wiele miesięcy nie otrzymuje się wynagrodzenia albo otrzymuje się pensję w towarze. Ten dostał od kołchozu parę worków cukru i ziemniaków, tamtemu wypłacono w odzieży. Nic dziwnego, że kwitnie na bazarach „barter”, czyli towarowa wymiana. Więzi pomiędzy obywatelem a państwem całkowicie zerwane. Właściciel i państwo nie mają czym opłacać pracowników, ci z kolei – nie wywiązują się z zapłaty za czynsz czy podatek. Mafia wyręcza państwo. Błędne koło. Notuje się tu nie spotykaną gdziekolwiek indziej w Europie zapaść gospodarczą. Lekarz, nauczyciel, robotnik po godzinach pracy – siada przy swoim straganie, stoliczku i wyprzedaje co ma. Ksiądz w Winnicy mówił, że w kościele trzeba wszystko chować, bo giną nawet książeczki do nabożeństwa, które wędrują potem na bazar. Można tu kupić szwarc, mydło i powidło.

 

***

„Moja chata z kraju – ja niczoho ne znaju” – oto przysłowie, które jest dalej aktualne i obowiązuje jako dewiza obywatelska i mądrość ludowa. Czy na takiej mądrości może państwo daleko zajechać? Ukraińcy nie wiedzą co począć ze swoją młodą państwowością i wolnością. Jak ją sensownie wykorzystać. Nie ma mowy o jakiejkolwiek inicjatywie oddolnej. – Przyjeżdżaj pan i kupuj ziemię, bo ona u nas za pół darmo – proponuje jednemu z uczestników naszej wycieczki chłop oparty na motyczce. Wszyscy czekają tu na jakiś cud. Ale cud się nie zdarza, nie pojawia się żaden ukraiński Godot. Wcześniej rządziły tu „pany polskie”, potem car-batiuszka, potem władza radziecka. Ukraińska tożsamość – co to takiego?!, gdy są tu dwie różne Ukrainy zachodnia i wschodnia, mieszka 100 nacji, mnóstwo Rosjan, istnieje kilka głównych wyznań: cerkiew autokefaliczna – ukraińska, moskiewska, unicka, kościół katolicki, nie mówiąc o rodzących się jak grzyby po deszczu sektach. A Żydzi, Ormianie i jeszcze nie wiadomo kto. Jak tu mówić o jednej tożsamości? Więc co będzie dalej z Ukrainą.

 

Wszędzie ciemno, na ulicach, w domach, bo oszczędza się na prądzie.

***

 

Tadeusz Łabuński, zukrainizowany Polak, u którego mieszkam w Złoczowie – dzięki Bogu znów od poniedziałku zaczyna robotę przy montowaniu rurociągów wodnych. Pauzował cztery miesiące. W mieszkaniu – czysto, schludnie i jedzenia nie brakuje, za to pustka w kieszeniach. Jakim więc cudem, wiąże koniec z końcem? Jego mama ma kawałeczek pola na wsi, gdzie sadzi ziemniaki, hoduje krówkę, kozę, kury i dzięki temu może pomóc synowi, jego żonie i trójce dzieci. W spiżarni parę worków mąki, ziemniaki, jajka, upieczony ręką gospodyni czarny chleb. Są ryby z okolicznego stawu (w ogóle w czasie podróży widzieliśmy stawy rybne oblężone przez wędkarzy – amatorów), są grzyby w słoikach, jest papryka faszerowana. Paru kuzynów Tadka w Polsce, ale jego nie stać na wyjazd. Starszy syn, Piotrek, był w Gdańsku z wycieczką oazową. Opowiada cuda. Stefan, Marysia – wpatrują się we mnie wielkimi oczami, jakbym i ja  też cuda czynił w świecie. Muszę im opowiadać o naszym kraju. Czuję, że chcą, żebym trochę podkoloryzował. Zresztą nie trzeba wiele i tak wpadają co chwilę w zachwyt. Oczywiście wiedzą, że Polak z Polski się często kąpie, więc nagotowali mi w baniaku wody do wanny. Wszyscy słuchają z zadowoleniem jak się w niej pluskam. Na drugi dzień nie mam wielkiej ochoty na tak gruntowną kąpiel, ale nie pytają, „wrzucają mnie” znowu do wanny i znów pluskam sobie jak rybka. Potem siedzimy przy stole. Zajadamy pierogi z ziemniakami. Pijemy „horylku”. Mnie idzie opornie, bo wczoraj wysączyliśmy, w trójkę z Józią (żoną gospodarza), dwie butelki, jedną moją, drugą ich. Tadzio nalewa  „samohonki” i z kieliszka na kieliszek robi się coraz głośniejszy. – Muszę już spać – mówię – jestem zmęczony.

Od paru lat na wsiach chłopi mogą wydzierżawić od kołchozu kawałek ziemi (to zasługa m.in. prezydenta Kuczmy). Niestety nie mają pieniędzy na zakup maszyn. Te kołchoźniane nadawały się do obrabiania ogromnych połaci ziemi, a nie zagonków.

Przejeżdżając drogami i wertepami dawnego Podola – widzi się więcej koni niż samochodów. Konie bywają czasami zaprzężone do drewnianego pługa. Widzi się rodziny sadzące ziemniaki na wytyczonej dla nich działce. Tu i tam chłop sieje z płachty, jak za czasów Boryny. Podobno ta ziemia jest tak urodzajna, że nie potrzebuje być omaszczona nawozami, wystarczy dorzucić trochę wapna, bo to kwaśna gleba i zasiew wytryska zielenią. Jednak ze względu na brak narzędzi do pracy i pieniędzy na ich zakup – chłopi nie decydują się na wydzierżawianie większych zagonów.

Niemniej, domyślam się, że zarówno ci z miasta, jak i ci ze wsi, nie przymierają głodem także dzięki tym prywatnym pólkom. Krewni ze wsi pomagają krewnym z miasta. Samogonkę pędzi się z cukru i pije na „dzień dobry”; i jakoś to idzie. Tadzio bardzo się zdziwił, gdy odmówiłem rano wypicia „sztagana”. Zafrasował się: może samogonka niedobra, może gość zachorzał. Ani rusz nie mogłem mu wytłumaczyć, że nie ma u nas takiego zwyczaju, żeby chwalić każdy poranek „horyłką”. „A u nas, owszem, jest”. I większość mężczyzn się do tego przyzwyczaiła. Zalać łeb, oszukać biedę samogonem, wtedy tak bardzo nie doskwiera.

***

Ogólnie rzecz biorąc sielskie wsie, choć biedne, wyglądają dużo ładniej niż spartaczone po sowiecku miasta, gdzie nic do niczego nie pasuje i ze wszystkiego wyłazi jakieś „dziadowstwo”, niezaradność, prymitywizm. Z architektury i z wszelkiego urządzenia.

Wiosną na wsi czyni się cuda, powietrze tu krystaliczne, krajobraz rozkoszny, strumyki czyste, przemysłu „niet”. Wzruszyło mnie to. Przypomniałem sobie jak to biegałem jako pacholę po takich dróżkach, wśród drzewek wiśniowych, domków na kurzej stopce. Pachniały mi tak samo, jak tu łajna końskie. Terkotały podobnie po dróżkach wozy z końmi, machając raźnie ogonami i ciągnąc za sobą drewniane rafiaki. Tak, to przecież moja borzęcka wieś dzieciństwa z lat 50.-60., nie tknięta buciorem cywilizacji. Stawki czyste jak lusterka, w rzece można się kąpać, po łące majestatycznie przechadza się pan bociek i słucha z ironią rechotu żab. – Ja wam tu dam – myśli sobie.

A gdy w Werchobużu wracaliśmy z pieszej pielgrzymki do źródeł Bugu  (jakąż ogromną potencję ma to źródło, jak silnie bije!) i mijaliśmy te sady, chałupinki, mając po prawej ręce księżyc w lisiej czapce, a po lewej zachodzące słońce ostatnim wysiłkiem malujące na niebie tęczę barw rozmaitych... i gdy wokoło (kiedy rozpaliliśmy pod lasem ognisko) – pachniało jak w raju czeremchą leśną i konwaliami, i w dodatku dawały koncert żaby – przypomniał mi się ten prześliczny wiersz Józefa Czechowicza o Podolu „Przez Kresy”:

 

monotonnie koń głowę unosi

grzywa spływa raz po raz rytmem

koła koła

zioła

 

terkocze senne półżycie

drożyną leśną łąkową

dołem dołem

polem

 

nad wieczorem o rżyska zawadza

księżyc ciemny czerwony

wołam

złoty kołacz

 

nic nie ma nawet snu tylko kół skrzyp

mgława noc jawna rozlewna

wołam kołacz złoty

wołam koła dołem polem kołacz złoty

 

***

 

W knajpce, na wolnym powietrzu, przy twierdzy kamienieckiej, czekamy na gicz cielęcą z rusztu. Ewa Owsiany – znakomita koleżanka po piórze, jej mąż Włodek, historyk, Roma, pan Jan... Trochę dalej fantastyczny widok z kamiennego mostu na przepastny jar rzeki Smotrycz. („Patrzący” – piękna nazwa rzeki). Czekanie trwa długo, więc ucinamy sobie rozmowę o tym, co widzieliśmy. Doktor Henryk Kotarski, historyk „fanatyk”, który podczas naszej wyprawy zbiegł pieszo kilkanaście kilometrów czarnoziemnych dróżek w poszukiwaniu duchów przeszłości, czyli filmując miejsca związane z Trylogią – opowiada o innym wspaniałym maniaku, Ukraińcu Borysie Woźnickim. Współpracują ze sobą od 1984 roku. Borys jest od końca lat 60. dyrektorem lwowskiego muzeum, z 17. filiami w całym województwie. – To autentyczny miłośnik sztuki. Jemu chodzi o ratowanie zabytków sztuki, bez względu na to, jaki mają rodowód. Jeździł, zbierał, zabezpieczał rzeźby, obrazy, m. in. dzieła cenionego dziś w Europie rzeźbiarza Pinzla – manierysty z XVIII wieku. Woźnicki uratował wiele dzieł, które nie raz musiał składać z wielu części, bo tak były pocięte. Ocalił wielkie płótna upamiętniające nasze zwycięskie bitwy, m.in. pod Chocimiem, Kłuszynem, Wiedniem. Niektóre z nich wyszły spod ręki wielkich malarzy. Ogromne malowidło (5 x 7, 5 x 8 m) znalazło schronienie w klasztorze w Olesku, ale dyskutuje się teraz nad tym, by powróciło na swoje pierwotne miejsce, czyli do kolegiaty w Żółkwi. Na 11 tysięcy obrazów zgromadzonych w jego muzeum, dwa tysiące to obrazy polskie. Wiele z nich przepadłoby, o wielu nie mielibyśmy pojęcia, gdyby nie Borys Woźnicki.

Czy ratował te dzieła z myślą o Polakach? Nie. Ratuje je, ponieważ są bezcenne i należą do ogólnoludzkiego dziedzictwa kultury.

Na skutek zwyczajnej ciemnoty i prymitywnej propagandy sowieckiej, rozbijano młotkiem rzeźby, rąbano i palono meble – antyki z dworków i zamków, palno obrazami w piecach, nie zdając sobie sprawy z barbarzyństwa tego czynu. Zdewastowane kościoły i dwory wyglądają tak, jakby przeszli tędy Hunowie. Gdyby takich ludzi, jak Borys Woźnicki, było więcej, na pewno współpraca polsko-ukraińska układałaby się o wiele lepiej.

Przed twierdzą kamieniecką ustawiają się w kolejce pary nowożeńców, bo dziś niedziela i słoneczko. Weselnicy wypijają szampana. Państwo młodzi rzucają pieniążek, na szczęście, do Smotrycza. Jeden z gości weselnych tłumaczy mi, że tu zaczyna się historia wszystkich młodych par z Kamieńca.

Majowe południe. Nieprzerwanie rechoczą żaby nad Smotryczem, który płynie sobie i jak sama nazwa wskazuje, rozgląda się po okolicy. Odbijają się w nim urwiste brzegi, kamieniczki z XVII wieku. Trzeba by tu pomieszkać z tydzień, żeby zajrzeć do wszystkich zakamarków i przynajmniej rzucić okiem na polonika, których tu pełno. Wymarzone miejsce dla turystów. Kamieniec mógłby  być niesłychaną atrakcją turystyczną.

I jak tu nie rzucić za siebie pieniążek do Smotrycza z myślą, że chce się tu jeszcze raz w życiu przyjechać...

 

wrzesień 1999 r.


Janusz M. Paluch

– Dyrektor ŚOK w Krakowie – redaktor Cracovia Leopolis

 

Na Kresach w  Złoczowie

 

W Złoczowie, kresowym miasteczku, leżącym przy kolejowej linii Lwów–Tarnopol, znalazłem się całkiem przypadkowo. Niełatwo bowiem i dziś dojechać do wybranego miasta na Ukrainie. Nie dość, że trzeba mieć dużo cierpliwości i odwagi, to musi się mieć jeszcze świadomość, iż życie w tym państwie płynie według innych wzorców, innych – nam już dzisiaj obcych – norm. Czas jakby się tam zatrzymał. Poza tym, polska mowa nie wszystkim jest na Ukrainie miła. Uczucia przyjaźni, obojętności czy wręcz nienawiści przewijają się pod każdą szerokością geograficzną. Na Kresach są one szczególnie zintensyfikowane i rozpalane do granic wytrzymałości. Dbają wciąż o to określone siły polityczne. Podsycają w miarę swych potrzeb nastroje nacjonalistyczne, obwiniając najczęściej Polskę i Polaków, o wszystkie swe niepowodzenia. To swoiste leczenie kompleksów narodu i państwa mającego wysokie aspiracje, ale nie mającego tradycji pozwalającej bez kompleksów stanąć w rzędzie z innymi europejskimi państwami.

Dojechałem zatem do Złoczowa, miasta jakże mocno wkomponowanego w dzieje Najjaśniejszej Rzeczpospolitej. Wszak jest to rodowe gniazdo jednej z najznamienitszych postaci, dzięki której Europa może mówić współcześnie o dość jednolitym obliczu kulturowym i religijnym, króla Jana III Sobieskiego herbu „Janina”. Wszak to pod jego dowództwem polskie wojsko, rozgramiając pod Wiedniem potęgę militarną Turków, obróciło w niwecz plany Mahometan o opanowaniu Europy. Wiedeń swoją drogą, ale wielowiekowe sąsiedztwo z Turcją, dość skuteczne opieranie się jej militarnej, ale i religijnej ekspansji, przysporzyło Polsce zasłużenie miana „Przedmurza Chrześcijaństwa”. Pozwalała Rzeczpospolita możnym rodom europejskim na spokojne drzemanie, knowanie dynastycznych spisków i bogacenie się. A w dodatku frymarczenie w polityce polską kartą przetargową. Ceną, którą zapłaciliśmy, była 200-letnia niewola. Mimo trudnych doświadczeń dziejowych Polski i Turcji, nauczyliśmy się wzajemnego szacunku. Kiedy Polska została zmazana z mapy Europy przez spisek Rosji, Austrii i Niemiec, zapomniana przez wygodnych Francuzów i wyniosłych Anglików, tylko Turcja, obca religijnie i kulturowo Europie, nadal uznawała istnienie egzotycznego Lechistanu.

Szczęśliwe dotarcie do Złoczowa zawdzięczam prezesowi Światowego Stowarzyszenia Rodzin i Przyjaciół Ziemi Złoczowskiej z siedzibą w Krakowie Panu Romanowi Maćkówce. Zaprosił mnie bowiem do uczestnictwa w pracach jury finału Konkursu Recytatorskiego dla Młodzieży z okazji Roku Juliusza Słowackiego na Ukrainie. Nie jest to pierwsza inicjatywa szerzenia kultury i tradycji polskiej w Złoczowie. Dość wspomnieć miniony rok, który w całości poświęcony był Adamowi Mickiewiczowi. Z tej okazji w Złoczowie, w ramach festiwalu kultury polskiej, odbył się pierwszy konkurs recytatorski. Wówczas zwyciężyła deklamująca wiersze Adama Mickiewicza po ukraińsku Tania Ostasz. Ta sama, która w 1999 roku utwory Juliusza Słowackiego recytowała już w języku polskim. Ale wszystko zaczęło się w roku 1997, kiedy to Roman Maćkówka wraz z przyjaciółmi zorganizował, przy finansowym wsparciu samorządowych i wojewódzkich władz Krakowa, Dni Kultury Polskiej w Złoczowie. Przez trzy lata złoczowiacy na różne cele przekazali Polakom żyjącym w Złoczowie ok. 1500 $ i 110 funtów, które pochodziły z ich składek i datków. Ta kwota nie obejmuje tego, co do Złoczowa trafiło z innych źródeł. Od lat niesiona pomoc humanitarna w postaci leków, materialna i duchowa, przez Złoczowian z całego świata, Polakom żyjącym w Złoczowie, to temat na zupełnie odrębny artykuł.

Gdyby Melchior Wańkowicz tropił dzisiaj „Smętka”, zawędrowałby na Kresy i szukał go również wśród Polaków. Skłócenie środowisk polskich na Kresach nie jest tajemnicą. Musi jednak smucić. Wszak ludzie żyją tam w wyjątkowo trudnych warunkach materialnych. Każda inicjatywa z Polski mająca na celu polepszenie ich sytuacji winna być witana przychylnie. A może w tradycji Złoczowa, ale przecież nie tylko, leży już takie typowo polskie „podskakiewiczostwo”? Po śmierci królewicza Jakuba Sobieskiego, właścicielką dóbr złoczowskich została jego córka, Maria Karolina de Bouillon. Sprzedała je w 1740 r. Michałowi Kazimierzowi Radziwiłłowi „Rybeńko”. Wówczas majątek ten stał się przedmiotem ostrego konfliktu o schedę po Sobieskich z Janem Tarłą. Królewicz Jakub pożyczył bowiem od niego znaczną kwotę, którą obciążył hipotekę dóbr złoczowskich. Ponieważ spór w żaden sposób nie mógł zostać rozwiązany w trybie normalnego postępowania, trzeba było sięgnąć po szabelkę i na początku 1744 r. doszło na tym tle do wojny domowej między możnowładcami, zakończonej zdobyciem Złoczowa przez Radziwiłła. Wtedy jednak było o co walczyć. Dzisiaj ni majątków, ni możnowładców tam nie uświadczysz, ale Polacy koty między sobą drą – choć bieda piszczy.

Długo nie było dokładnie wiadomo, gdzie i o której godzinie mają się rozpocząć przesłuchania recytacji młodzieży. Mimo, iż rozgościliśmy się w hotelu, który nie pomieścił wszystkich i minęło już trochę czasu, nie pojawiał się nikt z miejscowych Polaków (oddział Towarzystwa Kultury Polskiej liczy ok. 60 osób, ale Polaków w samym Złoczowie jest dwa razy tyle – wokół kościoła skupionych jest 1300 osób, Polaków i Ukraińców), dla których przecież przyjechaliśmy. Część osób miała zostać tradycyjnie zakwaterowana w mieszkaniach żyjących w Złoczowie rodaków. To też forma wzmocnienia ich skromnych domowych budżetów. Zignorowali nas. Jako pierwszy, chęć goszczenia wykazał przyjazny Ukrainiec i chwała mu za to.

Impreza odbyła się w złoczowskiej szkole podstawowej nr 3. Stało się to wbrew zarządowi złoczowskiego oddziału Towarzystwa Kultury Polskiej. List z prośbą o zabronienie przez rejonowe władze w Złoczowie organizowania przez nas imprez kulturalnych podpisała Maria Niemirowska, Danuta Zwarycz, jej matka, Kazimierz Cytyński i Czesława Janiszewska, czyli cały zarząd! – mówi rozgoryczony Roman Maćkówka – Władze miasta Złoczowa z dużym uznaniem i zainteresowaniem przyjmują propozycje strony polskiej i nigdy nie próbowały nam przeszkadzać w upowszechnianiu kultury polskiej. W sali gimnastycznej zgromadzili się uczniowie sobotniej szkółki polskiej, uczestnicy – finaliści konkursu recytatorskiego i rodzice. Uszanujmy ich pracę i wymieńmy te 14 nazwisk dające świadectwo polskości na Ukrainie: Olga Szakalska (11 lat, Złoczów), Tania Ostasz (15 lat, Złoczów), Oksana Coba (16 lat, Pilchowa Góra), Taras Łabunicki (14 lat, Złoczów), Katia Tichonowa (16 lat, Złoczów), Oksana Skorna (11 lat, Pidhorodzie), Halina Skorna (10 lat, Pidhorodzie), Weronika Piekarowska (16 lat, Lwów), Julian Antoniewicz (15 lat, Lwów), Julia Czubak (15 lat, Lwów), Jana Chanowa (16 lat, Lwów), Natalia Lewicka (18 lat, Nadwórna), Julia Semianów (12 lat, Nadwórna), Irena Markowska (16 lat, Winnica). Wyróżnieniem, prócz upominków książkowych, czy materiałów szkolnych, było uczestnictwo w prezentacji przygotowanych utworów Juliusza Słowackiego w Krzemieńcu. Najważniejszą jednak nagrodą dla tych, którzy zdobyli w grupie starszej pierwsze miejsca, był – zgodnie z regulaminem konkursu – wyjazd do Polski na organizowane przez Centrum Młodzieży im. dr H. Jordana w Krakowie VIII Seminarium Potrzeby Kulturalne Dzieci Polskich na Wschodzie. Podjęcie decyzji nie było łatwe. Bowiem wszyscy włożyli ogrom pracy, tak młodzież jak i nauczyciele, a także rodzice, którzy może bardziej przeżywali występy dzieci niż one same.

Większość uczestników konkursu pochodziła z sobotnich szkół języka polskiego. Znajomość języka polskiego wynieśli z domu, a w szkółce szlifują posługiwanie się językiem, poznają historię i kulturę polską. Młodzież lwowska przyjechała natomiast z polskiej szkoły średniej, gdzie językiem wykładowym jest język polski. Szanse wydawałoby się nierówne, tymczasem okazało się inaczej! Jury (obradujące w składzie: Teresa Dutkiewicz ze Lwowa, Barbara Folwarczna – choreograf i aktorka, reprezentująca Światowe Stowarzyszenie Złoczowian, Maja Wiśniowska i Tomasz Poźniak – małżeństwo aktorów z Teatru Ludowego w Krakowie, Irena Jasicka z Krakowa i piszący te słowa) podzieliło młodzież na dwie grupy wiekowe i postanowiło w grupie młodszej przyznać: pierwsze miejsce Olesi Szakalskiej, drugie Halinie i Oksanie Skornym, trzecie Julii Semianów. W grupie starszej: pierwsze miejsce dla Jany Chanowej, drugie Natalii Lewickiej i Tanii Ostasz, trzecie Julii Czubek i Katii Tichonowej.

Konkurs towarzyszył inauguracji nowego roku szkolnego w sobotniej szkole języka polskiego w Złoczowie. W roku ubiegłym zapisało się na naukę języka polskiego 150 dzieci. Do końca przetrwało około 70. W tym roku zgłosiło się ponad 200. Są wśród nich dzieci również ukraińskie. Języka polskiego uczą się też dzieci dyrektora szkoły Wasyla Lubeneckiego, który również stara się, wraz z nimi, opanować polską mowę.

Do zebranych rodziców i młodzieży przemówiła dyrektor szkoły oraz prezes Oddziału Towarzystwa Kultury Polskiej Ziemi Lwowskiej, Maria Niemirowska. Ta sama, która wszelkimi sposobami chciała uniemożliwić zrealizowanie spotkań z kulturą polską w Złoczowie. Nawiązała do 1 września 1939 roku. Bowiem tamtego dnia pogoda i niebo były nad Złoczowem, jak i nad całą Polską, jasne, przejrzyste i piękne. Potem był płacz, bo dramat wojny z Niemcami i szok z niespodziewanego uderzenia Rosjan odebrał ludziom spokój. Pani dyrektor życzyła dzieciom, by ich życie było tak jasne i piękne jak to jesienne nad Złoczowem niebo, by nigdy nie musiały przeżywać tragedii wojny. Życzyła im również wspaniałych wyników w nauce w szkole, tej sobotniej i codziennej, do której przecież uczęszczają. A ze szkoły nauki języka i kultury polskiej, mają wyjść jako dobrzy i godni Polacy. Tę piękną przemowę zakłóciły narzekania. Jak to zwykle bywa wśród Polaków. W tym uroczystym dla dzieci momencie nie powinno jednak być miejsca na prozę życia. Pani Niemirowska stwierdziła, że szkoła jest biedna i nie ma znikąd żadnej pomocy. W tym momencie widziałem, jak purpurowieją twarze krakowskich złoczowiaków, którzy od lat wożą, co i kiedy tylko było i jest możliwe do Złoczowa. Po chwili Pani Niemirowska, jakby się zreflektowała i przyznała, że oczywiście ona i nauczycielka otrzymują miesięczne wynagrodzenie za pracę ze Stowarzyszenia „Wspólnota Polska”. Wspominała też pomoc z Kanady. I to wszystko! Nie padło słowo o książkach i zeszytach oraz przyborach szkolnych, jakie dzieci otrzymują od Krakowian. Nie wspomniała też, że wręcz zabroniła rozdawać dzieciom przybory szkolne przywiezione z Krakowa, żądając pozostawienia ich w jej gestii. Jednocześnie zapowiedziała, iż może zajść konieczność pobierania opłat za naukę.

Nasze Stowarzyszenie zobligowało się, że będzie ponosić koszty związane z wynagrodzeniem nauczycielki dojeżdżającej ze Lwowa i salami wynajmowanymi w szkole – skomentował jej słowa ktoś ze Stowarzyszenia.

Wprowadzenie jakiejkolwiek odpłatności, w sytuacji ekonomicznej na Ukrainie, może spowodować zlikwidowanie szkoły. Powołanie takiej placówki za parę lat może nie dojść do skutku, a zaprzepaszczenie tego, co osiągnęła szkoła podczas swej dwuletniej zaledwie pracy, może stać się nieodtwarzalne.

Tak jak nie do odtworzenia jest już atmosfera tego miasteczka i innych pięknych historycznych miejsc na Kresach. W wolnej chwili ruszyłem Wałami Piłsudskiego, słynną złoczowską promenadą. Każdy Złoczowianin na świecie miło wspomina to miejsce. Bez wątpienia w dni świąteczne tam kwitło życie towarzyskie. Odbywały się koncerty, festyny, rodziły pierwsze miłości, a i pierwsze pocałunki... Trochę czułem się jak na krakowskich Plantach przed kilkunastu laty, zaniedbanych, zaśmieconych. Bywający w Złoczowie częściej, pocieszyli mnie, że teraz, to i tak dobrze już wszystko wygląda. Słońce przebijało się przez korony z wolna gotujących się do jesieni drzew. Na sporadycznych ławkach posiadywali starsi ludzie. Alejkami wędrowały roześmiane dziewczyny ubrane w jednakowe szkolne mundurki i fartuszki. Jedne brązowe, inne granatowe, bardziej poważne. Sam ubiór i wygląd ucznia mówił do jakiej uczęszcza szkoły. Trochę żałuję, że polskie szkoły odeszły od tego zwyczaju, choć – biję się w piersi – będąc uczniem liceum, sam buntowałem się przeciw nakazowi noszenia granatowych mundurków i tarcz na rękawie... Wokół ukraiński język...

Nasza, polska mowa nie robi już na nikim wrażenia. Polacy, a najczęściej Złoczowianie mieszkający w granicach obecnej Polski i poza granicami, są od lat stałymi gośćmi w mieście. Tylko pod kościołem parafialnym zaczepia nas żebrząca staruszka. Biedni, proszący o wsparcie ludzie, to stały element krajobrazu każdego ukraińskiego miasta. Czy znajdziesz się przy kościele, czy przy cerkwi. Mówi coś bełkocącym językiem, którego nie sposób zrozumieć. Ni to polski, ni to ukraiński... Nagle podszedł do niej jeden z Polaków uczestniczących w wyjeździe do Złoczowa. Powitał staruszkę wylewnie. Wycałował ją. Babcia poznała go od razu i natychmiast zaczęła przemawiać zrozumiałą i czystą polszczyzną! Widać nadal nie można, wyciągając pod kościołem rękę o pomoc, do końca się dekonspirować...

Popijarski kościół parafialny, którego wnętrze podziwiamy przez kratę, czynny był w Złoczowie po II wojnie światowej bez przerwy. Na mocy kasaty józefińskiej również w Złoczowie zlikwidowano klasztory reformatów i pijarów, zamknięto słynne kolegium pijarskie, a kościoły klasztorne zamieniono na magazyny. Popijarską świątynię rekonsekrowano w 1839 roku na kościół parafialny pod wezwaniem Wniebowzięcia NP Marii. Wówczas też w dzwonnicy umieszczono, odlany w 1693 roku dzwon ufundowany przez Jana III dla dawnego kościoła parafialnego. Pierwotny renesansowy kościół parafialny, budowany był od 1602 roku przez Marka Sobieskiego, a ukończony w 1620 roku przez jego syna – Jakuba. W 1838 roku zamieniony został na cerkiew grecko-katolicką. W jego podziemiach do dziś znajdują się groby pierwszej żony Jakuba – Marianny Wiśniowieckiej – i sióstr króla Jana III. Pijarzy do Złoczowa sprowadzeni zostali przez syna Jana III, królewicza Jakuba, ok. 1730 r. Postawił im w 1731 r. kościół barokowy, z fasadą dwuwieżową (jedna wieża jest niedokończona) wraz z kolegium. W jego murach, w latach 1765-1767, uczył gramatyki ks. Onufry (Andrzej) Kopczyński, autor, napisanego na polecenie Komisji Edukacji Narodowej, podręcznika gramatyki polskiej. W głównym ołtarzu, do końca wojny, znajdował się obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej, ufundowany przez wileńskiego arcybiskupa Hryniewieckiego. Jego grób znajduje się w pobliskiej wiosce Kozaki. A obraz wywieziony został w 1945 roku przez proboszcza Kajetana Gruszeckiego i do dziś znajduje się w Białej koło Gorlic. W ołtarzu bocznym znajdował się obraz przedstawiający Matkę Boską Częstochowską, która znalazła schronienie w jednym z kościołów w Tarnowie. Świątynia jest odnowiona i czysta. W ołtarzu głównym króluje Madonna Sykstyńska. Szkoda, że dostępu do świątyni bronią teraz kraty. Czyżby one miały zastąpić dotychczasową ideologię? Wieloletnim proboszczem tamtejszej parafii był ks. Jan Cieński. Został on potajemnie konsekrowany na biskupa przez papieża Pawła VI. Wiernym ten fakt ujawniony został dopiero po jego śmierci w 1991 roku. Spoczął na złoczowskim cmentarzu, obok mauzoleum poświęconego Polakom, którzy zginęli w czasie wojny polsko-ukraińskiej 1918-1920. To, jak wygląda złoczowska świątynia, w wielkiej mierze jest jego zasługą i wiernych parafian, którzy nie dali się zwieść ideologii ateizmu.

Znacznie gorzej prezentuje się złoczowski zamek. Wybudowany został przez Jakuba Sobieskiego w latach 1634-1636, zgodnie z ówczesną sztuką fortyfikacyjną na planie czworoboku. Otoczony został wysokimi wałami, zwieńczonymi w narożach przez pięcioboczne bastiony. Nie oparł się jednak w 1672 roku potędze armii tureckiej, dowodzonej przez baszę Kapudana. Po sześciu dniach zaciekłej obrony, Turcy zdobyli zamek. W 1675 roku dwukrotnie oblegali go Tatarzy, którym skuteczny tym razem odpór dała załoga twierdzy dowodzona przez Stanisława Jabłonowskiego.

Pokonując wał i fosę, wszedłem na drewnianą, kołyszącą się kładkę wiodącą do jedynej bramy wjazdowej mieszczącej się w północnym skrzydle zamku. Miałem pecha, była przerwa obiadowa. Nacisnąłem jednak dzwonek i dzięki życzliwości uroczej pracownicy muzeum, mogłem po chwili podziwiać od wewnątrz jego budynki. Spaceruję więc po olbrzymim kwadratowym dziedzińcu o boku 110 x 110 m – jak podają przewodniki. Na środku skwer z fontanną, nieczynną oczywiście. Balansując po deskach wchodzę do piętrowego pałacu mieszkalnego, który onegdaj był w stylu renesansu włoskiego. Obecnie ściany ze współczesnej cegły lub świeżego betonu i żelbetonowe stropy unaoczniają ogrom strat, jakie przez lata poniosła ulubiona „forteczka” Jana III Sobieskiego, ale i ogrom nakładów, jakich rekonstrukcja tej budowli wymaga i wymagać będzie w przyszłości. Podobne doznania w „pałacu chińskim”. Jest to piętrowy pawilon wzniesiony na planie rotundy, z dwoma parterowymi przybudówkami. Wybudowany przez syna Jana III, królewicza Jakuba, którego doczesne szczątki spoczęły w żółkiewskiej kolegiacie. Krętymi i chwiejnymi schodkami wspiąłem się na piętro, by miast widoków na okolicę, natknąć się na gąszcz rusztowań nie do przebycia. Postępująca degradacja zamku zaczęła się, kiedy ostatni właściciele zamku sprzedali go Żydom. Był tam szpital i różne magazyny. W końcu w 1834 r., wydzierżawiony został Austriakom na koszary wojskowe, a w 1872 r. zakupił go rząd austriacki i przeznaczył na więzienie. W tym więzieniu, po II wojnie światowej, przebywał m.in. proboszcz z kościoła św. Marii Magdaleny we Lwowie ks. Zygmunt Truszkowski. Sowieci często wzywali go nocą na długie i męczące przesłuchania. Pewnego dnia uniósł się i powiedział: Gdyby Lenin wiedział, co wy ze mną wyprawiacie, na pewno ująłby się za mną. Zapewne nie podejrzewał w jak wielkie zdumienie wprowadzi tym stwierdzeniem swych prześladowców. Przesłuchujący go zapytali: To wyście znali Lenina? Jak się okazało, ks. Truszkowski był proboszczem na poronińskiej parafii w 1914 r., w czasie, kiedy Uljanow mieszkał na Podhalu. Nie stronił od plebanii i często zachodził do księdza Truszkowskiego na dyskusje religijne. Kiedyś pożyczył od księdza 300 koron, które po paru tygodniach odesłał pocztą. Władze więzienne w Złoczowie zażądały od księdza Truszkowskiego dowodu, że naprawdę znał Lenina. Pozwolono mu napisać do rodzinnego domu, żeby mu przysłano kwit pocztowy z podpisem Lenina. Odpowiedź przyszła ponoć szybko, a efekt był piorunujący. Księdza zwolniono z więzienia natychmiast, wręczono mu pieniądze na drogę i otwarto dla niego kościół św. Marii Magdaleny we Lwowie. Niestety, zniszczony przez więzienie ksiądz Truszkowski umiera w 1949 roku. Dopiero po 1980 r. zrujnowany zamek w Złoczowie przekazany został przez władze Ukrainy Lwowskiej Galerii Obrazów. Od niedawna ma tam swoją siedzibę muzeum. Budynki pokryte zostały nowym dachem. Trwają wewnątrz prace budowlane. To, co kiedyś jednak będziemy oglądali, powstanie na zasadzie rekonstrukcji.

Jeszcze tylko wspiąłem się na południowo-zachodni bastion, by spojrzeć na zamek z góry. Wygląda imponująco. Widoczne wzgórza, to zapewne Woroniaki... Soczysta jeszcze trawa na bastionie pada pod kosą opalonego kosiarza. Spogląda na mnie podejrzliwie nie przerywając pracy. Szczęść Boże – wołam ku niemu po polsku. Zatrzymał się na chwilę, przetarł ręką spocone czoło. Hospody pomyłuj – odpowiedział, zabierając się znowu do koszenia.

Schodząc z zamczyska natknąłem się na kapliczkę z Chrystusem ukrzyżowanym, potem idąc jakimiś sadami, (może to resztki pałacowych ogrodów?) doszedłem do miasta. Przy kaplicy betonowe ławy zachęcają do spoczynku i zadumy. To miejsce upamiętnia ok. 1000 osób Polaków i Ukraińców zamordowanych na złoczowskim zamku przez NKWD. Było to w 1941 roku, tuż przed wkroczeniem do miasta Niemców. Rozstrzelani wprost z murów wrzucani byli do przygotowanego dołu. Niemcy odkryli zbiorową mogiłę, by pokazać bestialstwo Sowietów. Mogiłę rozkopywali Żydzi. Później Niemcy w tym samym miejscu rozprawili się z Żydami.

Uliczkami trafiłem na rynek. Typowy plac, z wybetonowanym miejscem do manifestacji. Pewnie stał tam jakiś pomnik ku czci... – dzisiaj ludzie wolą nie pamiętać, co tam stało. Miejscowe żule „obciągają” w słoneczku piwko. Za sowieckiej władzy już by ich pogoniono. Teraz... Komu by się chciało. Nie ukrywałem zdziwienia, kiedy chcąc wejść do sklepu dowiadywałem się, iż jest akuratnie przerwa obiadowa. Podobne – tym razem pozytywne – zdziwienie towarzyszyło mi, gdy późnym, niedzielnym wieczorem, robiłem w lwowskim sklepie zakupy... Tak, Lwów i okolice, to jak dwa światy. Na ulicy stał samochód i wprost z niego można było kupić świeży chleb i to w kilku gatunkach. Tak zwane zasady higieny tu jeszcze nie obowiązują, ale i do tego za czas jakiś ludzie dojrzeją. Ląduję w końcu w jakiejś „kawinie”, gdzie na ścianach namalowane kiczowate łabędzie, a w karcie całkiem przyzwoity wybór. Zamawiam miejscowe piwo, zachwalane po rosyjsku przez barmankę. Siedzę chwilę i wcale nie sam. Zachodzi staruszek z reklamówką i zamawia, to co zwykle. Na stole pojawia się najpierw setka wódki i jakiś obiad. Potem pojawiają się jakieś zagonione kobiety, co to już po pracy, ale jeszcze przed powrotem do domu muszą oplotkować pół miasta. Jakieś jedzonko, mała wódeczka i o dziwo bez papierosów. Ale to pewnie tylko dlatego, że w kawiarni się nie pali.

Żałowałem, że nie mogłem zostać na noc w Złoczowie. Po obradach jury, w ekspresowym tempie, musiałem udać się na miejscowy dworzec (łapiąc okazję na ulicy, bo tu trudno o taksówkę, a radio taxi to pewnie dość odległa jeszcze przyszłość) i udać się przez Krasne do Dubna.

 

wrzesień 1999


 

Anna Bernat

– Dziennikarka „Życia Warszawy”

 

Jechać na Kresy

 

Ale po co, skoro to już nie ten Lwów, Sambor, nie ta Żółkiew? A jednak warto. Dla jednych po to, by z grobu matki Juliusza Słowackiego zabrać garść ziemi pod pomnik poety w Warszawie, dla innych, by po prostu przywieźć krzemień z Krzemieńca. Jeszcze inni pragną zrozumieć, czym właściwie są Kresy.

Po przekroczeniu granicy ukraińsko-polskiej, człowiek zachłystuje się kolorem, ładem, czystością. Przemyśl – miasto nadgraniczne. Emanuje ludzką energią. A jeszcze kilka dni temu, przed wyjazdem na Ukrainę, irytował widok popękanych tynków zabytkowych kamienic, handlowy harmider, nowa – bez ładu i składu – zabudowa. Teraz miasto raptem zachwyca. Toż to prawie Paryż!

Istnieje olbrzymi kontrast z ukraińskim bezruchem, wschodnim fatalizmem i wszechogarniającą szarością.

Gdy się jedzie w tamtą stronę, na Wschód, wraz z koniecznym na granicy przesunięciem wskazówek zegara, coś dzieje się z czasem. Spowalnia.

Niekiedy wręcz jakby stawał w miejscu. Do tego trzeba się przyzwyczaić.              

Widoki z Góry Bony na położone w dole miasto, w tym na kompleks Liceum Krzemienieckiego są tak fascynujące, że trudno oderwać oczy od panoramy miasta.      

Prawie już na pewno wiadomo, że spotkanie nie rozpocznie się o wyznaczonej porze. I nikogo to nie dziwi, nikt się nie denerwuje.

– Trzeba uzbroić się w cierpliwość i wszystko się w swoim czasie załatwi – uprzedza Mariusz Olbromski, dyrektor Muzeum Ziemi Przemyskiej, organizator wyprawy i zakochany w Kresach człowiek.

A więc jedziemy. Pełen autokar. Profesorowie z Uniwersytetu Warszawskiego, KUL-u, rzeszowskiej WSP, muzealnicy, poeci, dziennikarze, urzędnicy ministerialni, budowniczowie pomnika Juliusza Słowackiego w Warszawie. Jest też grupka  entuzjastów, którzy zawsze się jakoś dowiedzą, że oto jest znowu okazja  do wyjazdu na Wołyń, Podole, Pokucie.

Celem jednak jest spotkanie pisarzy i naukowców z Polski oraz
z Ukrainy w Krzemieńcu, a także sesja na­ukowa zatytułowana „Geografia podróży Juliusza Słowackiego”.

 

Ukraina Camel Trophy

Rzeczpospolita Polska. Orzeł w koronie. Uprzejmie uśmiechnięte polskie służby graniczne. Zdecydowanie przyjemniej teraz niż w PRL-u przekracza się granice swojego kraju.

U sąsiadów wita wielka reklama Camela (i tu zaszła zmiana), a obok na zielonym tle napis: Ukraina. Droga prowadzi prosto na Lwów. Wyprofilowana asfaltowa jezdnia. Żadnych skrętów, żadnych niespodzianek. Po bokach obsadzona gęstym szpalerem drzew. Latem zasłaniają cały widok. Jazda jak w tunelu. To pozostałość jeszcze z czasów Związku Radzieckiego – żaden „szpion” nie mógł wypatrzyć czegoś w kartofliskach lub w zagonach kapusty.

Ale w jesiennie przerzedzonych koronach drzew prześwituje od czasu do czasu skrawek pola. Widać ludzi, jak zaprzężeni w stare, przywiezione z Polski maszyny rolnicze, starają się zaorać kawałek pola. Po likwidacji kołchozów, prywatne osoby mogą dzierżawić ziemię. I jest ona najczęściej, tak jak i przydomowe ogródki, jedynym źródłem utrzymania i wyżywienia dla całych rodzin. Te ogródki latem przydają urody mijanym miasteczkom.

Po drodze, w owych prześwitach, migają pokryte białą blachą cebulaste kopuły cerkiewek (ze złoceń i miedzi zrezygnowano już dawno), świeżo wznoszone wille. Odgłosy piły, stukania młotków, niosą się daleko po bezkresnych polach.

– To się buduje nasza mafia – mówi pani Luba, która skorzystała z okazji, by ją podwieźć z Przemyśla  do Gródka, gdzie – jak zaznacza – mieszka u rodziny męża.

– To nie Gródek, a Gródek Jagielloński – ktoś poprawia. – Tutaj jak mówi legenda, zatrzymał się urzeczony śpiewem słowików Władysław Jagiełło. I tutaj zmarł na jakąś dziwną zarazę. Król został uwieczniony w nazwie miasteczka.

– Widać, że nauczyła się w szkole – dyplomatycznie odpowiada pani Luba.

Mościska, Gródek Jagielloński, Żółkiew, Lwów, Sambor, Krzemieniec, Podhorce...

Nazwy miejsc i miejscowości wyzwalają niebywałe emocje i jakoś nie chcą przystawać do obecnego wyglądu tych miejsc. A budzą też i dreszcz wzruszenia, że oto są na wyciągnięcie ręki, że można pojechać, zobaczyć, odwiedzić.

Do niedawna niełatwo można było dostać się w te strony: do Złoczowa, Tarnopola, Humania, Kamieńca Podolskiego, Kołomyi, Stanisławowa. Miejsca niegdyś najbliższe stały się mityczne. Podobnie jak mit dalekich, a tak bliskich sercu Polaków Kresów. Mało kto wiedział, gdzie i czy jeszcze rzeczywiście istnieją, mimo iż rozciągają się niedaleko, zaledwie kilka godzin jazdy samochodem od granicy.

 

Kasztany we Lwowie

Kresy. Tego określenia użył po raz pierwszy, w połowie ubiegłego wieku, Wincenty Pol, w rapsodzie rycerskim pt. „Mohort”.

Poeta nie przypuszczał, że jego zasługą będzie wprowadzenie terminu „kresy” do słownika ważnych polskich pojęć narodowych. Według Pola „kresami” był, niezmiernie istotny dla dawnej Rzeczypospolitej, z nią zaś dla całej Europy chrześcijańskiej, skrawek ziemi między Dnieprem i Dniestrem, najdalszy pas wojskowych stanowisk, broniących Polski od Tatarów i hajdamacczyzny.

Tymczasem w zawrotnej swej karierze – jak pisze prof. Jacek Kolbuszewski – słowo „kresy” szybko oderwało się od przypisanego mu terytorium, znaczeniem swoim obejmując coraz większe połacie ziem, ongiś do Polski należących i będących jej pograniczami.

Z jednej strony więc Kresy są nazwą geograficzną pewnego obszaru, z drugiej symbolizują wyidealizowaną krainę, z którą związane są wartości kulturowe i etyczne.

Ze względu na charakter pogranicza są to też ziemie, na których rozgrywały się największe dramaty w historii. Częste i krwawe odmiany losu były udziałem ich mieszkańców. Wspominając choćby lata 1917–1919, przedstawione przez Zofię Kossak-Szczucką w „Pożodze” – niezwykłym dokumencie historycznym i literackim. Szczucka opisuje nieszczęśliwą ziemię wołyńską, po której przewijały się wojska rosyjskie, niemieckie i austriackie, pułki bolszewickie, watahy petlurowców, oddziały galicyjskich siczowników i bandy zrewolucjonizowanego chłopstwa. Ta książka niosąca ze sobą miłość do ojczystych Kresów, na przekór wszelkim przeciwnościom, najlepiej pomaga zrozumieć, dlaczego ten obszar nazwano rajem utraconym, ziemiami zabranymi, Kresami odłączonymi.

Stale tęsknię za Lwowem, mojej młodości, jednym z najpiękniejszych miast przedwojennej Europy – mówi pani Stanisława, która po raz kolejny odbywa sentymentalną podróż, do miejsca, gdzie się urodziła. – Nie zapomnę naszego domu położonego na tzw. Zaświeciu, we wspaniałym sadzie, na stokach cytadeli lwowskiej. Pamiętam spacery po znajdującym się w sąsiedztwie ogrodzie „Ossolineum”, najpierw na wiosnę, gdy pojawiały się sasanki, a potem w maju, gdy kwitły bzy. A jesienią chodziliśmy tam zbierać kasztany.

Bliskość ludzi i przyrody, harmonia i łagodność, arkadia krainy dzieciństwa, powtarzają się we wspomnieniach Kresowiaków.

Może dlatego niektórzy nigdy nie zdecydują się teraz na wyjazd na Kresy. A inni, nawet jeśli pojadą, nie odnajdą świata swojego dzieciństwa, młodości, swojego świata sprzed lat. Ale są i tacy, którzy odkąd „już można”, jeżdżą tam stale. Chcą się nasycić dziwnymi fluidami tej ziemi. Do nich należą np. Złoczowianie. Mają swoje Światowe Stowarzyszenie Rodzin i Przyjaciół Ziemi Złoczowskliej „Klub Złoczowski”. Oddziały stowarzyszenia istnieją w Bielsku-Białej, Gliwicach, Wrocławiu, Londynie – informuje prezes p. Roman Maćkówka, osiadły w Krakowie Złoczowianin, który z okazji „Roku Juliusza Słowackiego” przywiózł do Krzemieńca finalistów konkursu recytatorskiego poezji Juliusza Słowackiego, jaki z inicjatywy „Klubu Złoczowskiego” właśnie zakończył się w Krzemieńcu. Przywiózł też popularny zespół młodzieży szkół muzycznych „Promyki Krakowa” pod kierownictwem p. Romy Krzemień.

 

Krzemień z Krzemieńca

– Tamtego Krzemieńca już nie ma – mówi z grymasem goryczy pan Aleksander Niedźwiecki, syn profesora geografii Krzemienieckiego Gimnazjum, uczeń tej szkoły, a obecnie członek komitetu budowy pomnika Juliusza Słowackiego w Warszawie. – Tu w mieście wszędzie stały polskie dworki. To była charakterystyczna architektura krzemieniecka. Kiedy do miast weszli Niemcy, pozwolili Ukraińcom zniszczyć polskie siedliska. Nie wolno im było w nich zamieszkać, ale mogli je rozebrać. Odbywało się to całkiem po cichu /w mętnym mroku jesiennej szarugi/ od samych piwnic do strychu/ od jednego węgła po drugi/ od załomu ściany do załomu/ zabitego, złupionego domu – o takich wypadkach pisała Beata Obertyńska w wierszu pt. „Śmierć domu”.

Po dworkach nie pozostał kamień na kamieniu. I tylko dziwi, że do dziś, w zdziczałych ogrodach, wciąż dostrzec można zarysy fundamentów tych zdruzgotanych przed z górą pół wiekiem domostw.

– To nie moje miasto – dodaje Aleksander Niedźwiecki. – Nawet pociągi pasażerskie już tu nie chodzą, a przed wojną mieliśmy dworzec kolejowy – mówi ze smutkiem.

A jednak przyjechał. Dlaczego? Aby z grobu matki Juliusza Słowackiego zabrać garść ziemi pod pomnik poety w Warszawie. Aby zachęcić ludzi interesujących się miastem, w którym urodził się Słowacki, do popularyzowania idei warszawskiego pomnika, wznoszonego na Placu Bankowym, na którego wykończenie wciąż brak funduszy. Aby odwiedzić pod Górą Krzyżową miejsce, gdzie zostali zgładzeni koledzy ojca – profesorowie Gimnazjum – przez ten sam hitlerowski oddział Nachtigall, który wymordował profesorów we Lwowie.

Wjeżdżając do Krzemieńca od zachodu mija się gładkie jak stolnica pola. Tylko dlaczego bruzdy czarnoziemu przypominają spienione fale? To białawo połyskuje na nim krzemień. Plaga dla gospodarzy, frajda dla przyjeżdżających z Polski, którzy właśnie z pól zbierają na pamiątkę  krzemień z Krzemieńca.

Krzemieniec to miasto, które zachorowało na łuszczycę. Nie ma w nim chyba ani jednego odmalowanego domu. Tynki kruszeją, pękają, schodzą płatami. Mury słynnego Liceum Krzemienieckiego w ceglasto-brązowych liszajach, jak wypieki na twarzy chorego człowieka, wołają o natychmiastową renowację. Ulice to właściwie gliniaste wiejskie drogi. Wieczorem miasto tonie w ciemnościach. W centrum palą się tylko trzy uliczne latarnie. Trzeba chodzić z latarką.

Punkt ważny w Krzemieńcu dla Polaków tam mieszkających i dla przyjezdnych, to dworek rodziny Słowackich. Z wierzchu pobielony. W środku jest prawdziwą ruiną.

W 190. rocznicę urodzin Juliusza Słowackiego do Krzemieńca zjechali nie tylko literaturoznawcy, poeci, ale też ministrowie kultury Polski i Ukrainy. Uroczyste spotkanie odbywało się właśnie w ogrodzie, przed dworkiem Słowackich. Nie wiadomo, jak do tego doszło, ale nastąpił wyłom w protokole. Jan Musiał, były senator ziemi tarnowskiej i Benjamin Lazar, młody krakowski dziennikarz, wprowadził obu ministrów kultury – Bohdana Stupkę i Kazimierza Michała Ujazdowskiego – do wnętrza zdewastowanego dworku. Nasz minister jest osobą zdecydowaną. Wyszedł i powiedział, że do września przyszłego roku dom Słowackiego zostanie wyremontowany. Ujazdowski, który jest rzecznikiem związania promocji kultury z polityką zagraniczną państwa, uważa, że w przypadku Ukrainy współpraca kulturalna jest najlepszą z możliwych form zbliżenia.

A w Krzemieńcu – do którego szef ukraińskiego resortu kultury przyjechał po raz pierwszy, właśnie ze względu na Słowackiego i kontakty z Polakami, wzbudzając zresztą sensację wśród ukraińskich mieszkańców miasta – istnieją rzeczywiście dobre warunki do takich kontaktów.

 

Ateny wołyńskie

Krzemieniec, malowniczo położony w jarach otwierających się ku Wołyniowi, zachował swoją duszę. Za sprawą bujnej przyrody, wznoszącej się  nad miastem Góry Bony i za sprawą słynnego Liceum..

Założone przez Tadeusza Czackiego w 1805 roku Gimnazjum Krzemienieckie zwane „Atenami wołyńskimi”, promieniowało na całą okolicę, odgrywając ogromną rolę w kulturalnym rozwoju i życiu Wołynia, Podola i całej Ukrainy. Było placówką nowoczesną, mającą znakomitych nauczycieli, własną drukarnię, ogród botaniczny. Szkołę zlikwidowano w 1832 roku za czasów złej sławy kuratora Nowosilcowa. Potem się odrodziła. W dwudziestoleciu międzywojennym Gimnazjum znowu przeżywało okres świetności.

A we wrześniu 1939 roku stało się sceną dramatycznych wydarzeń. To w Gimnazjum Krzemienieckim urzędował przez ostatnie dni przed wyjazdem do Rumunii rząd II Rzeczypospolitej.

Ach, jaki zjazd w Krzemieńcu, jaki splendor sławy /Spłynął na miasto nasze, poezją spowite./ Przyjechali najpierwsi panowie z Warszawy/ Przybył Rząd Najjaśniejszej Rzeczypospolitej.

(...) /Bo ich wojna już tknęła ognistym piorunem/ I szła za nimi groźnie, fatalnie, obłudnie;/ Byli ognia i zniszczeń niedobrym zwiastunem/ Urzędnicy państwowi w drodze na południe – pisał Stanisław Baliński w wierszu „Pożegnanie z Krzemieńcem 1939”.

Baliński wiedział o czym pisze. Był urzędnikiem MSZ i przebywał wówczas w Krzemieńcu. Bronił się przed opuszczeniem kraju. Na polecenie władz przekroczył granicę państwa 16 września, ale jeszcze tego samego dnia powrócił. Jednak, gdy 17 września Armia Czerwona weszła na terytorium Polski, po raz drugi opuścił kraj, przechodząc most w Zaleszczykach.

Właśnie z powodu tamtych wydarzeń odwiedza Krzemieniec pani Anna, wnuczka przedwojennego pracownika MSZ. Jej dziadkowie, z córkami, nie zdecydowali się na emigrację i stąd, spod Krzemieńca, wracali pod koniec września 1939 roku do Warszawy. Ten powrót bydlęcymi wagonami zajął im wtedy kilka tygodni.

– Na stacji Ukrainiec sprzedał im bez zmrużenia oka bilety pierwszej klasy. Podstawiono te straszne wagony bez ławek. Moja babka, elegancko ubrana pani, nie chciała usiąść na podłodze. Po dwóch dniach jazdy upadła na garść słomy, jaką rozłożono w wagonie – wspomina Anna.

Dziś w rozległym i wciąż bardzo pięknym architektonicznie kompleksie budynków Gimnazjum mieści się kilka szkół. Oblegane przez młodzież ukraińską są klasy języka polskiego.

– Jest tu prawdziwy pęd do nauki polskiego – mówi pani Mirosława, nauczycielka, która od kilku lat uczy polskie dzieci w szkole parafialnej i młodzież ukraińską w liceum.                

– Młodzi Ukraińcy wiedzą, że znajomość naszego języka zwiększa ich szansę na wyjazd do Polski, czyli na zdobycie pracy – dodaje.

 

Pod okiem pamięci

Śladów historii nowszej i dawniejszej wiele jest w Krzemieńcu.

– Na skalistych trasach Góry Bony lubił siadywać Słowacki – mówi przewodniczka Małgorzata Gicewicz. – Tam zaczął układać „Godzinę myśli”.

Nie ma to jak polskie przewodniczki po Kresach. Panie Małgorzata Gicewicz, Jadwiga Gusłowska są z Krzemieńca. Ale przewodników spotkać można w każdym większym skupisku Polaków. Każdy z nich, to cicerone tej ziemi. A wycieczki z Polski to dla nich nie tylko okazja do miłych kontaktów, ale i praca. Niekiedy jedyna możliwość zarobku na chleb.

Pani Irena Sandecka z Krzemieńca nie zajmuje się oprowadzaniem turystów. Ale do jej pobielonej chałupki, z widokiem na Górę Bony, pukają uczestnicy niemal wszystkich wycieczek. To człowiek instytucja w tej części Wołynia. Gdy wybuchła wojna, była na obozie skautowskim w Anglii. Wiele wysiłku ją kosztowała okrężna droga powrotna, przez ogarniętą wojną Europę, do matki do Krzemieńca. Potem już nigdy stąd nie wyjechała.

Pamięta wszystko. Chętnie opowiada. Pilnuje, aby odwiedzający okolicę Polacy nie  zapomnieli o wizycie na grobie matki Juliusza Słowackiego. A zdarzyło się tak przed dwoma laty, i fakt ten jest po dziś komentowany w Krzemieńcu.

– Moi rodzice nie znali już ojczystego języka. A teraz ja i dziesięcioro naszych dzieci świetnie mówimy po polsku – opowiada pan Antoni Kamiński, założyciel Towarzystwa Odrodzenia Kultury Polskiej, które od 10 lat działa w Krzemieńcu, od 5 lat z akceptacją miejscowych władz.

Dwustu Polaków mieszka w Krzemieńcu. Do Towarzystwa należy połowa. – Wszyscy ci, którzy chodzą u nas do kościoła, są Polakami – mówi pan Kamiński. W ten sposób przede wszystkim wyrażają swoją tożsamość. W Towarzystwie istnieją dwa zespoły chóralno-taneczne,  „Barwy” i „Barwinki”. Śpiewa w nich  i tańczy cała rodzina Kamińskich. Pan Kamiński trzyma artystów mocną ręką. Dlatego msze w kościele polskim mają tak piękną oprawę. I dlatego zespoły odnoszą sukcesy na festiwalach na Kresach i w kraju.

Kontakty z krajem wiele dla mieszkających na Kresach Polaków znaczą. Nie tylko ze względów zasadniczych i emocjonalnych. Także z uwagi na praktyczną stronę życia. Nie tylko dla siebie, ale dla tych ludzi warto tam bywać. Adam Zagajewski pisał: „Jechać do Lwowa”. Trawestując słowa poety można powiedzieć: jechać na Kresy. Trzeba jechać na Kresy. Również,  po to, aby stojąc na tarasie pałacu w Podhorcach należących niegdyś do królewiąt kresowych Koniecpolskich, Rzewuskich – spojrzeć na bezkresny step.

 

wrzesień 2001


Kazimierz Witkowski

– reżyser i choreograf zespołów regionalnych

 

Wspomnienia z podróży na Kresy Wschodnie

 

 

Marzeniem naszym od dawna, było być na Kresach Wschodnich, zwiedzić tę część dawnej Rzeczypospolitej, o której uczyliśmy się przed wojną w szkole i słyszeliśmy jeszcze z opowiadań moich starszych braci i szwagra, którzy tam służyli w wojsku. Tereny te stały się dla nas jeszcze bardziej drogie, gdy po drugiej wojnie światowej, w wyniku konferencji jałtańskiej, zostały oderwane od Polski i przyznane Związkowi Radzieckiemu. Pozostał nam w pamięci bezmiar krzywd, upokorzeń, wywozów na Sybir, przesiedleń, więzień, mordów, jakich dokonało to państwo na tamtejszej ludności Polski. Pozostały nam w pamięci te wszystkie miasta będące twierdzą polskości wraz z pięknym miastem Lwowem promieniującym kulturą. Pozostała nam w pamięci „Wesoła Lwowska Fala” oraz „Szczepcio i Tońcio”, tak mile odbierana przez całą Polskę. Drogi nam był Cmentarz Łyczakowski kryjący prochy wielu sławnych Polaków i Cmentarz „Orląt”, tych dzieciaków walczących o to miasto. Myśl nasza biegła również do tych uroczych krajobrazów Pokucia, Worochty, utrwalonych w fragmencie piosenki:

 „Tam szum Prutu, Czeremoszu Hucułom przygrywa”.

Miło nam było słuchać opowiadań o tym czarnoziemie Podola i rosnących płodach rolnych bez nawożenia.

Na koniec, o wydarzeniach historycznych średniowiecza i czasów nowożytnych. Budowy zamków obronnych przez królów polskich ku bezpieczeństwu i chronieniu narodu polskiego przed napadami Turków, Tatarów i Kozaków, z którymi musiano staczać boje.

Znane nam były nazwiska hetmanów polskich toczących te boje.  Znana nam była z okresu międzywojennego rola Wojska Polskiego, które stacjonując na rubieżach Rzeczypospolitej, obok swoich zadań bojowych, szerzyło oświatę w tym społeczeństwie i umacniało polskość.

O tym ostatnim zapomnieliśmy...

Gdy piszę te słowa, jesteśmy z żoną już po siedmiodniowej podróży na Kresy Wschodnie. Marzenie stało się rzeczywistością za sprawą Stowarzyszenia Miłośników Ziemi Złoczowskiej w Krakowie, którego Zarząd zorganizował podróż, jak ją określił pan prezes Roman Maćkówka: „Podróż sentymentalną przez Pokucie i Podole śladami polskiego dziedzictwa narodowego”.

Składamy podziękowania synowi Andrzejowi, mającemu kontakt ze Stowarzyszeniem oraz Elżbiecie Mach, organizatorce wyjazdu, że włączając nas na listę podróży, umożliwiła nam zwiedzenie tych ziem. Uczestnicy podróży, a było ich bez nas 20 osób, mieli tam swoje korzenie, rodziny, domy, niektórzy tam się urodzili. Oni sami bardzo mili, wszyscy kochający swoje strony, byli dla nas uprzejmi i w niejednych wypadkach służyli pomocą. Można powiedzieć, że przyjaźnie spędziliśmy czas z panią Elżbietą i jej siostrą, panią Basią, państwem Ziemińskimi, panią Zosią Pogudz i z pełną humoru i radości p. Małgosią, która przyjechała specjalnie ze Szwecji, ażeby odbyć tę podróż. Wyjeżdżając, mieliśmy obawy, czy jako „posunięci w latach” sprostamy trudom podróży, okazało się, że tak, sprostaliśmy. Mamy pełne zadowolenie i satysfakcję. Osobne podziękowanie należy się panu Edwardowi – kierowcy autokaru, który wiózł nas szczęśliwie, blisko dwutysięczną – kilometrową trasą.

Do autokaru, wiozącego osoby z Krakowa na Kresy Wschodnie wsiedliśmy z żoną w Tarnowie 12 września 2001 roku o godzinie 22:00. W autokarze wygodne siedzenia. Przejazd przez Pilzno, Jarosław, Przemyśl, aby o godzinie 24:00 być na stacji granicznej w Medyce.

Kontrola graniczna po stronie polskiej sprawna, natomiast po stronie ukraińskiej długa i chaotyczna. Strażnicy z „naleśnikami” na głowie, jak zwykli określać szerokie ronda ich czapek nasi podróżni, nie śpieszyli się. Już po przekroczeniu granicy i przejechaniu kilku kilometrów, widać było przy blasku reflektorów, że wjeżdżamy do innego kraju, w ujemnym tego słowa znaczeniu.

Jechaliśmy w kierunku Borysławia. Droga wprawdzie asfaltowa, ale mocno zniszczona. Trzęsło. Wokół drogi chwasty i zarośla, a w nich chaty w większości ubogie, kryte falistym eternitem; obejścia nie ogrodzone, rzadko wiklinowymi sztachetami. Podczas jazdy zatrzymał nas ukraiński policjant i wręczył kierowcy pismo ostrzegające nas przed mafią, która działa na pewnym odcinku tej drogi.

Kradną. Nie należy zatrzymywać się i tym samym pomóc w zwalczaniu band władzom Ukrainy.

O godzinie szóstej naszego czasu, po przejechaniu miasta Sambor, byliśmy w Borysławiu. Dzień się budził. Nakręciliśmy zegarki o godzinę wcześniej. Kierownictwo podróży zarządziło postój, jako że było umówione na spotkanie z Polakami na godzinę 9:00, gdzie miał się odbyć konkurs recytatorski. Na ulicach ruch nieduży. Widzieć można rzadko przejeżdżające autobusy, stare odrapane pudła, a jeszcze rzadziej osobowe; aut zachodnich marek prawie nie widać. Kamienice i budynki użyteczności publicznej na pewno pamiętające czasy austriackie i Polski przedwojennej; z zasady niskie, z obdartymi tynkami, wymagają odnowienia.

 

Borysław w okresie międzywojennym był głównym ośrodkiem górnictwa i przemysłu naftowego w Polsce.

Dzisiaj potężne zbiorniki i rury przepływowe, które widzieliśmy, są nieczynne. Jak nam mówiono, urządzenia te sprzedane zostały zachodniemu przemysłowcowi, który zwolnił bardzo dużo nieprzydatnych pracowników, a ci pozostali zastrajkowali. Na potwierdzenie tego, widzieliśmy na ogrodzeniach obiektów tablice w pisowni ukraińskiej: „Strajk”.

W mieście Borysław uczestniczyliśmy w bardzo pożytecznej imprezie polskiej.

W Szkole Podstawowej Nr 3 spotkaliśmy się z uczniami rodzin polskich, którzy na to spotkanie byli przygotowani, a wystąpili z wierszami noblistów: Miłosza i Szymborskiej, oraz Herberta. Ich wysoki poziom recytacji bardzo wzruszał. Oceniany był przez naszych jurorów. Nagrodzono ich książkami przywiezionymi przez kierownictwo „Klubu Złoczowskiego” i dyplomami. Nastrój był podniosły, miły, z udziałem kilku nauczycielek Polek, które uczą w tej szkole dzieci polskie. W programie szkoły jest też nauka języka polskiego dla uczniów ukraińskich, którzy chcą uczyć się tego języka.

Na spotkanie przybył dyrektor tej szkoły, Ukrainiec, który wg słów naszych nauczycielek sprzyja Polakom. Miał do nas ciepłe przemówienie, opowiadał o swojej szkole. Zadawaliśmy mu pytania, na które odpowiadał. Zapytałem, jak wygląda nauka religii na Ukrainie. Odpowiedział, że religia jest przedmiotem pozaszkolnym. Duchowni uczą w parafiach, w kościołach.

Żona przyrzekła zakupić i przesłać na użytek szkoły polskiej kserokopiarkę, co nasze Polki – nauczycielki – mile przyjęły. Jest ich trzy. Jak oświadczyły pracują za marne pieniądze.

Wynagrodzenie tego zawodu na Ukrainie jest bardzo niskie i kształtuje się w granicach dwudziestu do trzydziestu dolarów miesięcznie. Sama szkoła zresztą, bardzo duża, to dawne polskie gimnazjum i liceum. Dzisiaj w opłakanym stanie, tak w wyglądzie zewnętrznym, jak i wewnętrznym. Odrapane i zawilgocone ściany sal lekcyjnych, wyboiste korytarze, brudne podłogi. Sanitariaty czuć na korytarzach.

Potrzeba dużo nakładów pieniężnych, a tych nie ma. Nasza szkoła w Niecieczy, czy Żabnie to apartamenty.

Nie wspomniałem, że po przyjeździe poczęstowano nas naprędce zrobionymi kanapkami, herbatą i kawą.

Zostawiliśmy im pewną sumę składkową i mile żegnani, z prośbą o przyjazd w roku następnym na zakończenie roku szkolnego, udaliśmy się do Drochobycza.

 

Drochobycz, podobnie jak Borysław, został włączony do Polski w XIV wieku. W wyniku pierwszego rozbioru Polski znalazł się w granicach zaboru austriackiego. O jego rozwoju w wieku XIX zadecydowały pokłady ropy naftowej. Budowano szyby wiertnicze. Przerabiano ropę. W okresie międzywojennym nastąpił dalszy jego rozwój.

Na krótko zatrzymaliśmy się w Drochobyczu, aby podejść pod dom, w którym mieszkał i tworzył Bruno Schulz.

W drodze do Jaremcza, gdzie mieliśmy mieć nocleg i obiadokolację, zatrzymaliśmy się w Stanisławowie.

Trasa z Drochobycza do Stanisławowa przeszło stukilometrowa. Droga asfaltowa, po obu stronach przeważnie parterowe domy, drewniane lub murowane o charakterystycznych dachach ściętych na końcach, krytych fałdowanym azbestem, czasem mocno zardzewiałą blachą. W pobliżu przydomowe, drobne pola uprawne, ludzie kopiący motykami ziemniaki. Zbierali je do worków. Pola porosłe chwastami. W oddali, aż po horyzont ogromne połacie łąk.

Wracając do dróg, którymi jechaliśmy, nasuwa się myśl, czym kierowała się władza radziecka, gdyż wszystkie one podobne są do siebie. Środkiem droga asfaltowa, bardzo szerokie pobocze, a za nim szeroki ponad trzydziesto metrowy pas drzew liściastych, rosnących tak gęsto, że nic za nimi nie widać. Stanisławów to duże miasto z rynkiem i pięknym ratuszem. Przed wojną miasto wojewódzkie. Piętrowe kamienice i bloki z płyt betonowych. Te ostatnie wybudowane po wojnie.

 

W Pniewie, tuż za Nadwórną, widzieliśmy ruiny zamku rodziny polskiej Kuropatów, skutecznie broniącego się przed wojskami kozackimi Chmielnickiego i wojskami tureckimi.

Przy dojeździe do Jaremcza zmienia się krajobraz. Widzimy piękny teren, nieco górski, z głębokimi jarami i prostopadłymi ścianami gór, na których rosną świerki, a w dolinach wartko płynące potoki, z których Prut jest najpiękniejszy. Jakże nie zrobić tam zdjęcia.

W Jaremczu bardzo ładny budynek hotelowy, jak i jego pomieszczenia. Po zjedzeniu kolacji spało się nam bardzo dobrze i rano, 14 września, byliśmy zupełnie wypoczęci.

Wyjeżdżając do Kamieńca Podolskiego, podziwialiśmy bardzo ładne budyneczki mieszkalne, kryte lśniącą blachą oraz kościółki i cerkiewki tak samo lśniące. To tereny huculskie.

Ludzie w nich bardzo przychylni Polakom, czego dowodem jest, że niejednokrotnie pilotowali nas bezinteresownie w sytuacjach, gdy mieliśmy kłopoty z dojazdami przy słabym oznakowaniu dróg i trudnościami z napisami w języku i liternictwie ukraińskim.

Przejeżdżaliśmy przez piękną Worochtę, przedwojenny kurort uzdrowiskowy z widokiem na Czarnohorę i jej zaśnieżony szczyt Howerlę. Przejeżdżaliśmy przez największą w przedwojennej Polsce wieś Żabie, trochę rozsianą w terenie, wzdłuż wijącej się, pięknej rzeczki Czeremosz. To już Kosów i Kuty, i historyczny most na Czeremoszu, przez który przejechaliśmy.

Nasunęły się wspomnienia wojny polsko-niemieckiej w roku 1939 i przejazd tym mostem do Rumunii: rządu, władz państwowych i Marszałka Rydza Śmigłego.

Program przejazdu do Kamieńca Podolskiego obejmował zwiedzenie ruin zamków podolskich, twierdzy tureckiej w Chocimiu i warowni polskiej w Okopach św. Trójcy.

Po drodze wstąpiliśmy też do Czerniowiec.

 

Chocimiu, zobaczyliśmy na wzgórzu, nad samym Dniestrem, twierdzę obronną z potężnymi basztami, w dole fosami, nie tyle zburzoną, co „zjedzoną zębem czasu”. Prowadzi do niej droga asfaltowa, a przy niej, na cokole, znajduje się pomnik atamana Piotra Konaszewicza-Sahajdacznego – „Zwycięskiego wodza Ukrainy”. O udziale wojsk polskich się nie wspomina, a to przecież: zwycięskie walki z Turkami w roku 1621 toczyły wojska Rzeczypospolitej pod dowództwem hetmana Karola Chodkiewicza i podkomendnego, sprzyjającego Polsce atamana Konaszewicza-Sahajdecznego ze swoimi kozakami.

Osiągnięty wtedy rozejm ustalał granicę polsko-turecką na Dniestrze.

Drugi pogrom wojsk tureckich miał miejsce w roku 1673. Wtedy w walce o tę twierdzę, prawie czterdziestotysięczna armia pod dowództwem hetmana Sobieskiego, zadała całkowitą klęskę wojskom tureckim. Z życiem uszła jedynie niewielka liczba Turków.

 

Warownia św. Trójcy – pozostały tylko ciekawie wyglądające bramy forteczne, kamieniecka i lwowska.

Nazwa Okopów św. Trójcy powstała w roku 1692, kiedy to król Jan III Sobieski zlecając budowę warowni przeciw Turkom kazał wybudować w niej kościół pod wezwaniem św. Trójcy i stąd nazwa tej miejscowości.

14 września, wieczór przyjechaliśmy do Kamieńca Podolskiego na kolację i nocleg w hotelu. W dniu następnym, po śniadaniu zwiedziliśmy Stare Miasto i fortecę, oraz byliśmy na „Święcie 7. Kultur”.

Na specjalnej estradzie występowały zespoły taneczne, kapele i chóry ukraińskie, polskie, ormiańskie, żydowskie, litewskie i inne.

Nas, Polaków, reprezentował Zespół Folklorystyczny „Mali Mydlniczanie” z Mydlnik koło Krakowa. Wystąpił z tańcem „Krakowiak” z udziałem kapeli i Lajkonika.

Na występ przyjechali autokarem ze swym kierownictwem. Po kilku dniach pobytu z nami, zespół wyjechał do Krakowa.

 

Kamieniec Podolski to bardzo duże miasto, rozłożone na rozległym wzgórzu. Budownictwo różne, jak różne były tam kultury począwszy od XI wieku: polska, wołoska, turecka, rosyjska i obecnie ukraińska.

Ulice szerokie, w mieście dużo pięknych, rozłożystych drzew.

16 września, po śniadaniu, a była to niedziela, kto chciał poszedł do kościoła na mszę św. Kościół jest w posiadaniu polskim, niestety, w bardzo złym stanie, wymagający odnowienia, tak z zewnątrz jak i wewnątrz.

Do użytku przeznaczona jest część jako tako odnowiona. Złożyliśmy ofiarę. Jak nam opowiadał tamtejszy ksiądz, chodzą do niego także Ukraińcy. W południe wyjechaliśmy do Złoczowa. Mamy zwiedzić zamki w Skale Podolskiej, Czortkowie, Trembowli i Zbarażu.

 

Skała Podolska – oglądamy ruiny zamku Lanckorońskich, leżącego nad rzeką Zbrucz, granicy Polski międzywojennej ze Związkiem Radzieckim.

Czortkowie leżącym nad rzeką Seret stoją ruiny zamku istniejącego jeszcze w XVII wieku. Był potężną warownią.

W rynku widzieliśmy charakterystyczną budowlę – „Bazar Miejski” oraz kościół OO. Dominikanów, którego nie dało się zwiedzić, bo był zamknięty. W mieście tym służył przed wojną mój starszy brat Władysław, wcielony do Korpusu Ochrony Pogranicza w latach trzydziestych. Miło było mi zrobić zdjęcie kościoła OO. Dominikanów, do którego w szyku wojskowym chodziło nasze wojsko.

 

Trembowla jest jednym z najstarszych miast Podola. I tutaj znajdują się ruiny zamku. Stoi tu też, wybudowany w roku 1927, kościół wg projektu Adolfa Szyszko-Bohusza w stylu bazyliki starochrześcijańskiej, z charakterystycznymi kwadratowymi dwiema wieżami.

Będąc w Zbarażu oglądaliśmy jedynie mury obronne, gdyż sam zamek został rozebrany. Jak słyszeliśmy, Zbaraż, mimo że jego obrona była głównym tematem powieści H. Sienkiewicza „Ogniem i Mieczem”, nie był obiektem realizacji scen do filmu. To tak na marginesie.

Te cztery miasta, jak i inne posiadały warownie, nie przypadkowo. Na tych terenach zmagały się z Rzeczypospolitą różne narody, najwięcej Turcy. Napadali Tatarzy i zbuntowani Kozacy. Lała się krew. Zamki obronne stanowiły dla naszych wojsk zaporę.

Jadąc przez Podole do Złoczowa na nocleg i kolację mieliśmy możność widzieć czarnoziemy, niestety wiele pól leżało odłogiem. Wsie nie są tam gęsto rozmieszczone, a jedynie wokół nich, można było widzieć jakąś uprawę. Prowadziliśmy towarzyskie rozmowy, a za oknami autokaru przewijał się jak w kalejdoskopie piękny pejzaż Podola, a p. Małgosia nieustannie wszystkich zadziwiała swoją erudycją. Ci co drzemali, wiele stracili.

W autokarze był barek, więc można było przyrządzić gorące kubki: herbaty, kawy czy żurku lub jakiejś zupki. Prym wiodły Panie z „Klubu Złoczowskiego”, niczym stewardesy samolotu, zaspakajając wszystkie zachcianki podróżnych.

 

Do Tarnopola, byłego miasta wojewódzkiego, nie wstępowaliśmy z powodu silnego deszczu. Jechaliśmy bez przystanków prosto do Złoczowa.

 

Złoczów – po zainstalowaniu się w hotelu ruszyliśmy na kolację. Podanie kolacji przeciągało się zbyt długo, bo trzeba było przygotować jedzenie dla kilkudziesięciu osób, a to trwało około dwóch godzin. Autokar z „Małymi Mydlniczanami”, gdzieś po drodze się zgubił i przyjechał na kolację ze znacznym opóźnieniem, a jeszcze mieli przed sobą długą, nocną podróż do Krakowa. Nazajutrz, 17 września, po śniadaniu zwiedziliśmy kolejno: Podhorce, Olesko i Złoczów.

 

Podhorce – ostatnim właścicielem pałacu był ród Sanguszków. Najpiękniejszy zamek, jaki dotąd widzieliśmy. Urzeka swoją wielkością, arkadami, podcieniami, schodami, wieżyczkami, tyle tylko, że jak wszystkie inne polskie zabytki zaniedbany. Będzie jednak odnowiony, na co wskazują rozpoczęte prace przy renowacji dachu. Podczas naszego pobytu zamek zwiedzali Austriacy

 

Olesko. Zamek na wzniesieniu z szerokim wewnętrznym dziedzińcem. W tym zamku urodził się król Jan III Sobieski. Całego wnętrza nie mogliśmy zobaczyć, ponieważ w poniedziałki komnaty są częściowo zamknięte z uwagi na prace porządkowe. Zgromadzono tam ciekawe zbiory malarstwa i rzeźby, których strzegą uzbrojeni strażnicy w kamizelkach kuloodpornych.

 

Złoczów, miasto, od którego Stowarzyszenie wzięło nazwę. Widać na twarzach złoczowiaków wzruszenie, aczkolwiek wielu z nich było tu już nie jeden raz. Miasto piękne, zawdzięczające swój rozwój rodzinie Sobieskich. Dużo też dla niego zrobiono w okresie międzywojennym.

Podczas zwiedzania zamku miałem możność posłuchania, co o Złoczowie i stosunkach tam panujących powiedziała młoda, inteligentna Ukrainka, która tam udzielała informacji:

„Ani Turcy, ani Tatarzy nie dokonali takich spustoszeń, jakich dokonali Sowieci w dziełach sztuki, zabytkach, a szczególnie w zagładzie ludności ukraińskiej i polskiej. W zamku odkryto doły śmierci tysięcy ludzi tych narodowości”.

Widać powolną odnowę budynków zamku, rozpoczętą od dachu.

Innym razem siedzieliśmy z żoną na ławeczce w parku, gdy podeszła do nas w średnim wieku Ukrainka i powiedziała:

„Odpoczywacie? Tak, to były wasze włości” i pokiwała głową.

 

Odwiedziliśmy księdza polskiego, który otworzył nam polski kościół popijarski  z cudownie odnowionym i bogatym wnętrzem. Piękny, złocony ołtarz główny z Chrystusem na Krzyżu, złocone gzymsy ścian, obrazy, zachwycające malowidła. Jak oświadczył, jest to najpiękniejszy kościół rzymskokatolicki na Kresach Wschodnich.

Opowiadał o stosunkach z Ukraińcami. Trzeba zmiany pokoleń, aby zmieniła się mentalność narodu ukraińskiego, jak i stosunek do Polaków. Za złożenie stosownej ofiary do rąk na dalsze potrzeby parafii serdecznie żonie podziękował.

Na parafii jest od trzech lat, pochodzi z lubelskiego. Wspominał swojego poprzednika, który najwięcej przyczynił się do odnowienia kościoła, a który odszedł ze zmęczenia. Staliśmy przed tablicą (epitafium) Ks. Bp. Jana Cieńskiego, o którego beatyfikację ma rozpocząć się proces.

Na końcu pobytu w Złoczowie nasunęło mi się osobiste wspomnienie: w latach dwudziestych służył w tym mieście w wojsku, jako podoficer zawodowy, mój szwagier

 

Lwów – przywitał nas deszczem, który trwał do południa.

To piękne miasto, obecnie drugie po Kijowie, którym szczyci się Ukraina. A przecież tyle polskości w tym mieście pozostało. Po przyjeździe dołączył do nas przewodnik, pan Kazimierz Dąbrowski.

Jako pierwsze zwiedziliśmy pozostałości zamku, na którym wznosi się Kopiec Unii Lubelskiej, usypany za pozwoleniem cesarza Austrii Franciszka Józefa.

Pobyt pod byłym Teatrem Wielkim, a dzisiaj Operą i Baletem, był dla mnie osobiście wielkim przeżyciem. Tu 62 lata temu, jako dziewiętnastoletni chłopiec, chodziłem na przedstawienia z racji pobytu na kursie dla kierowników Teatrów Amatorskich, zorganizowanym przez Związek Teatrów i Chórów Ludowych we Lwowie.

Zajęcia odbywały się w budynku własności Związku przy ulicy Gródeckiej. Do dzisiaj zachowałem fotografie uczestników Kursu, gdzie w pierwszym rzędzie siedzą: prezes Związku – Bartosiński, dyrektor Teatru – Szpakiewicz, aktorzy; Staszewski, Woźnik i inni.

Przy dawnej ulicy Legionów, przylegającej czołowo do Teatru, nie było już widać pomnika króla Jana III Sobieskiego na koniu. Aby uchronić przed zburzeniem, przeniesiony został do Gdańska.

Kolejnym przeżyciem dla nas, z lat młodości, był oczywiście  niezapomniany Rynek z Ratuszem, Kamienica Sobieskich, zwana Czarną, (bo taka była), pomnik Adama Mickiewicza i pobliska Katedra rzymsko-katolicka w stylu gotyckim, w której przed głównym ołtarzem składał śluby król Jan Kazimierz.

Zwiedziliśmy też Cmentarz Łyczakowski, wielką nektopolię, do której przez główną bramę wchodziłem po raz drugi. Granitowe pomniki nagrobne, różnych form ze stosownymi napisami kryją między innymi prochy zasłużonych Polaków i ludzi pochodzenia ukraińskiego.

W kwiatach tonęło skromne popiersie Marii Konopnickiej, a opodal (aż za serce chwyciło) metalowy krzyż z tabliczką młodziutkiej Polki, zamordowanej (można się tylko domyślić, przez kogo).

Przy przejściu na Cmentarz Orląt, bezpośrednio przy nim, stoi wymowny obelisk, wysoka kolumna, upamiętniająca poległych żołnierzy ukraińskich. Został wybudowany po wojnie.

Po wojnie też, nasz cmentarz został zdewastowany i posłużył władzom samorządowym Lwowa za czasów Ukraińskiej Republiki Sowieckiej za śmietnik.

Pięknie już odbudowany przez Polskę. Brakuje jednak wielu symbolicznych elementów i napisów, które zdołałem zapamiętać przy poprzedniej bytności.

Znane nam są dzisiaj trudne zabiegi o to, aby je przywrócić. Nie ma też okazałych dwóch lwów. Nie ma płaskorzeźb piechurów francuskich i lotników amerykańskich, którzy w czasie tych walk zginęli, a szczególnie nie ma – tytułowego napisu.

Opowiadanie przewodnika zakłócił jakiś nacjonalista ukraiński, który krzyczał, dlaczego odwiedzamy te groby, a nie ukraińskie. Zaczął też mówić o fałszerstwach w powieści H. Sienkiewicza w „Ogniem i Mieczem”. Podniesiony i zdecydowany głos naszego przewodnika przywołał go do porządku. Odszedł jak zmyty.

Kończymy zwiedzanie Lwowa. Przyszedł więc czas dla mnie na rodzinne wspomnienia:

Tutaj w latach dwudziestych, na Politechnice Lwowskiej, studiował mój najstarszy brat Stanisław, a następnie służył w wojsku w Brzeżanach, do których mamy się udać.

W godzinach południowych udaliśmy się do Żółkwi. Przed wyjazdem na Kresy każdy uczestnik otrzymał opracowaną przez p. prezesa Romana Maćkówkę, informację o miejscowościach i zabytkach, które mieliśmy zwiedzić. Pozwoliło to nam lepiej poznać zwiedzane miejsca.

 

Według tego opisu Żółkiew powstała na miejscu wsi Winniki. W 1560 roku wieś nabył bełski wojewoda Stanisław Żółkiewski. Wieś rozbudowuje się i przybiera nową nazwę Żółkiew. W 1588 roku Żółkiew odziedziczył syn Stanisław, hetman Polski.

Przez długie lata Żółkiew pozostawała pod zaborem austriackim, podobnie jak inne miasta Kresów Południowo-Wschodnich. W okresie zaboru sowieckiego miasto przemianowano na Nesterow.

Zwiedziliśmy zamek z 1594 roku, kościół OO. Dominikanow i kościół parafialny w stylu renesansu, w którego podziemiach znajdują się dwa duże czarne granitowe grobowce. Na ich ścianach złocone, wypłowiałe nazwiska i imiona osób rodziny Żółkiewskich. Na ścianie krypty murowana tablica z napisem:

„Swemu wodzowi hetm. Stanisławowi Żółkiewskiemu 6 pułk strzelców konnych

  Żółkiew 1937 rok”

 

Po zwiedzeniu Żółkwi wróciliśmy do Złoczowa na kolację i nocleg.

19 września, po śniadaniu wyjechaliśmy już do Krakowa po drodze zwiedzając: Pomorzany, Brzeżany i Jaworów.

 

Tak Pomorzany,  jak i Jaworów zawdzięczały swój dawny rozwój i znaczenie Janowi III Sobieskiemu. Niszczone przez Turków i Tatarów odbudowywał i dbał o ich rozwój.

W Pomorzanach, na rynku przed ratuszem, gdzie zatrzymaliśmy się, stał za czasów międzywojennej Polski jego pomnik, który po wojnie został zburzony. Z zabytków jaworowskich warto było oglądnąć odnowiony siedemnastowieczny kościół oraz odnowioną cerkiew.

 

Brzeżany. Podziwialiśmy to miasto z jego dawnymi zabytkami, z których ratusz z 1811 roku dodawał rynkowi uroku.  Dzisiaj wszystkie te budowle, jak i budowane później domy mieszkalne wymagają odnowienia.

Widzieliśmy dom, w którym w młodości wychowywał się późniejszy marszałek Polski, Rydz Śmigły. Urodził się w niedalekich Leśnikach.

Po zwiedzeniu tych trzech miast wyruszyliśmy w drogę powrotną do Polski. Granicę przekraczaliśmy w Krakowcu.

Na granicy zostaliśmy niemile potraktowani przez strażników ukraińskich, co ujemnie odbiło się na naszych humorach. Musieliśmy długo czekać nie wiadomo po co, a widzieliśmy już tak blisko napis: „Rzeczypospolita Polska”.

Trzeba uiścić opłatę graniczną 800 hrywien, zawyrokował funkcjonariusz ukraiński. Na to mówi Prezes, już raz płaciliśmy wjeżdżając na teren państwa ukraińskiego. Ale teraz trzeba płacić dodatkowo za przekroczenie granicy, „mnie 500, a na 300 wystawię pokwitowanie”, powiedział funkcjonariusz do naszego Prezesa. Na to Prezes „ja muszę mieć pokwitowanie na całość, o ile ta opłata jest zgodna z prawem”. Funkcjonariusz odburknął: „będziecie za to odpowiednio potraktowani”.

I tak się stało. Odwlekali odprawę. Zwyczajem jest, że do autobusu wchodzi strażnik i tam kontroluje paszporty. My musieliśmy wyjść z autobusu i przejść do pomieszczenia, gdzie dokonano formalności.

Jakże inaczej przyjęli nas strażnicy polscy. Kontrolę sprawnie przeprowadzili w autokarze. Nie pytani, sami poinformowali nas, gdzie są toalety i gdzie można coś zjeść. Toalety nowoczesne, ściany układane lśniącymi kafelkami, czystość idealna; to nie te brudne i śmierdzące, pozostawione już po drugiej stronie.

Do Polski wjechaliśmy w późnych godzinach popołudniowych. Inny obraz. Drogi asfaltowe równe i piękne, na biało oznaczone. Pobocza wystrzyżone. Budynki użyteczności publicznej i prywatnej, tak w miastach, jak i wioskach czyste i odświeżone. Kolorowe reklamy. To wszystko nas cieszyło.

Zatrzymaliśmy się w Pilźnie, w znanym barze „Taurus”, słynącym z podawania pysznych, świeżych „golonek”. Bardzo nam z żoną smakowały.

O godzinie 19.00, żegnając się z współtowarzyszami podróży jadącymi dalej do Krakowa, wysiedliśmy w Tarnowie i zamówioną taksówką, na godzinę 20.00, dotarliśmy do domu.

Kończąc ten opis, chcę podzielić się moimi własnymi wrażeniami i spostrzeżeniami:

Ukraina zatarła już wszelkie ślady polskości tych ziem. Ludność żyje biednie i na dużo niższym poziomie niż nasze społeczeństwo. Pod kościołami i innymi miejscami publicznymi siedzą „babcie” z wyciągniętą ręką.

W miastach takich jak Lwów, czy Złoczów nie można było opędzić się od małych dzieci klękających ze złożonymi, jak do modlitwy rękami, proszących o wsparcie. Smutne, bo wśród żebrzących były też Polki i dzieci pochodzenia polskiego. Z zasady w krainie tej jest szaro i brudno. Jedynie widocznym przebłyskiem zachodzących zmian są świeżo odnowione cerkwie i młodzież, a szczególnie dziewczęta noszące się po europejsku, w długich lub krótkich sukienkach (najczęściej koloru czarnego) i wysokich bucikach. Ładne buźki. I ostatnie zdanie:

Przebywaliśmy na ziemi na pozór obcej, ale zawsze nam drogiej w sercu naszym.

 

wrzesień 2004


 

Teresa Sobocińska z d. Drzazga

 

Powrót do miejsca urodzenia

 

Od lat ojciec, Józef Drzazga, należy do „Klubu Złoczowskiego” w Krakowie. Towarzysząc mu w Zjeździe Złoczowian, w czerwcu 2004 r. w Krakowie, dowiedziałam się o możliwości wzięcia udziału w wyjeździe do Lwowa, z okazji organizowanego przez „Klub Złoczowski” finału „VII Konkursu Recytatorskiego Poezji i Prozy Polskiej na Ukrainie”, co dawało możliwość zwiedzenia Lwowa i okolic.

Bardzo się ucieszyłam, że będę mogła odwiedzić strony rodzinne, tym bardziej, że dotychczasowa praca zawodowa i obowiązki rodzinne pozwalały mi tylko pośrednio uczestniczyć w działaniach ojca na rzecz byłych Kresów II Rzeczypospolitej.                              

Widocznie, z upływającym czasem, rodzi się potrzeba zobaczenia wreszcie kraju młodości rodziców i swojego miejsca urodzenia. I tak się stało.

Rankiem 3 września 2004 r. zgłosiłam się na miejsce zbiórki z panią, którą dzięki wspaniałej organizacji pani Zosi Gasińskiej, poznałam poprzedniego wieczoru w Hotelu Nauczycielskim. Była to p. Jadwiga Ancaya, Polka mieszkająca od wielu lat w USA. Ona także chciała z „Klubem Złoczowskim” poznać bliżej ziemie, znane jej z opowiadań Rodziców.

Na miejscu zbiórki okazało się, że bardzo sympatyczne grono Złoczowian powiększyło się o panie: Kirę Gałczyńską i Annę Dymną oraz pana Krzysztofa Orzechowskiego, dyrektora Teatru im. Juliana Słowackiego w Krakowie, notabene męża p. Anny i parę innych osób, których jeszcze nie znałam.

Wygodnym autokarem przemierzaliśmy drogę ku granicy, oglądając mijane miejscowości i poznając się wzajemnie. Od najmłodszych lat mieszkam na Dolnym Śląsku i, jak dotychczas, nie poznałam południowo-wschodniej części Polski. Z zainteresowaniem patrzyłam na Tarnów, Rzeszów, Przeworsk, Jarosław. Po krótkim postoju w Radymnie zbliżaliśmy się do granicy w Korczowej. Tu pierwsza niespodzianka. Przy kontroli paszportów okazało się, że nasza pianistka, p. Maria ma problem z paszportem, a jutro ma wystąpić z recitalem muzyki polskiej we Lwowie. Dzięki polskiej służbie granicznej  udało się załatwić „auto stop” do Przemyśla, skąd pociągiem w godzinach wieczornych miała dotrzeć do Krakowa, zabrać właściwy paszport i przyjechać nocnym autobusem do Lwowa. My zaś, po blisko dwugodzinnej przerwie, ruszyliśmy w dalszą podróż.

Przyjazd p. Marii do Lwowa w tak krótkim czasie wydawał się wręcz niemożliwy, a co najmniej trudny i problematyczny. Tymczasem p. Maria najprawdopodobniej pobiła rekord przemieszczania się na trasie Korczowa – Kraków i z powrotem Kraków – Lwów, bo już następnego ranka zgłosiła się w hotelu na śniadaniu. Okazuje się, że chcieć to móc!

Kiedy p. Maria przemierzała drogę do Krakowa, my późnym popołudniem dotarliśmy do Żółkwi, gdzie w kolegiacie pw. św. Wawrzyńca czekał na nas ks. Bazyli Pawełko proboszcz tamtejszej parafii.

Po krótkiej ceremonii powitania, ks. Pawełko z niezwykłą pasją opowiadał o administrowanej przez siebie kolegiacie.

Zwiedzanie Żółkwi przysporzyło wiele wrażeń. To piękne, o bogatej historii, miasto zachwyca swoją ar­chitekturą. Szybko obie­gliśmy starówkę z pięknym ryneczkiem i kamieniczkami, obejrzeliśmy dostojną w swej architekturze starą synagogę, piękną cerkiew bazylianów i oczywiście pozostałości po zamku, w którym chętnie przebywał Jan III Sobieski ze swoją ukochaną Marysieńką. Czas niestety nieubłaganie mijał i trzeba było ruszyć w dalszą drogę do Lwowa.

We Lwowie zamieszkaliśmy na trzy noce w hotelu Sputnik. Pokoje i restauracja były na dobrym poziomie. W hotelu było wielu Polaków. Jadąc windą byłyśmy zagadywane szczególnie przez panów: – „to państwo z Krakowa? Poznajemy po szefowej” – to aluzja do Ani Dymnej. Ach ci starzy podrywacze, jak tylko wyrwą się z domowych pieleszy, to już jakby im ubyło co najmniej 30 lat. Pytano też: – państwo aktorzy z Krakowa?

Wieczorem, w czasie kolacji, jacyś panowie z Warszawy, będący już w sile wieku, na co wskazywały siwe włosy, wymuszali na p. Annie Dymnej autografy. Że też ci ludzie nie dadzą spokojnie zjeść kolacji.

Rano wyruszyliśmy na zwiedzanie Lwowa. Pojechaliśmy na Cmentarz Łyczakowski. Znałam z publikacji Stanisława S. Niciei, ale wrażenie po zetknięciu się z tym miejscem jest ogromne. Na Cmentarzu Orląt Lwowskich było wiele grup zwiedzających, wiele osób z kwiatami. Odwiedziliśmy też m.in. ukwiecony grób Marii Konopnickiej i Gabrieli Zapolskiej. Na wspaniałych dziełach architektury cmentarnej widać niestety niszczący znak czasu.

Zwiedzaliśmy też miasto. Usiedliśmy na chwilę obok rzeźby Szwejka przed Kawiarnią Wiedeńską, po czym obejrzeliśmy imponujący gmach Teatru Wielkiego, Ratusz, Rynek z pomnikami grecko-rzymskich mitologicznych bóstw: Neptuna, Amfitryty, Diany i Adonisa. Olbrzymie wrażenie na mnie zrobiła „kamienna szkatuła” Kaplicy Boimów przy Katedrze Łacińskiej i samo bogate wnętrze Katedry. Wychodząc z Katedry zwróciłam uwagę na tablicę pamiątkową poświęconą Andrzejowi Małkowskiemu, twórcy polskiego skautingu.

Szczególnie było mi to bliskie jako byłej harcerce.    

Byliśmy też w Katedrze Ormiańskiej, gdzie młody ksiądz Ormianin specjalnie dla nas śpiewał pieśni religijne i ludowe w języku ormiańskim.

Spacerując uliczkami oglądaliśmy piękne fasady dawnych wspaniałych kamienic, niestety często niedbale lub wcale nie odnowione. Nie udało się zrobić tradycyjnego zdjęcia „Adasia”, bo pomnik był dość szczelnie otoczony parkanem, którego solidność mogła nasuwać niepokojącą myśl o odległym terminie rozbiórki. Oby to było tylko złe skojarzenie.

Na dawnych Wałach Hetmańskich długo stał pomnik króla Jana III. Wyjechał z Polakami do Polski i znalazł miejsce w Gdańsku. Na Placu Akademickim był pomnik Aleksandra Fredry, teraz hrabia siedzi na cokole na Rynku we Wrocławiu i jest ulubieńcem młodzieży i amatorów gęsiego pióra, które od czasu do czasu znika z jego prawej ręki. 

Była sobota, piękna pogoda i chyba to sprawiło, że na ulicach, a szczególnie w okolicach pomników, czy to przy Figurze Matki Boskiej, lwach przed Ratuszem, czy też przy mitologicznych bóstwach na rynkowych studniach, spotykaliśmy wiele młodych par, robiących pamiątkowe zdjęcia. Piękne dziewczyny w pięknych sukniach przebiegające ulice.

Niestety, nie było za wiele czasu na zwiedzanie, bo już trzeba było się spieszyć na spotkanie w kościele św. Łazarza, gdzie wystąpili wspaniali współtowarzysze podróży, pp. Anna Dymna i Krzysztof Orzechowski, czytający wiersze Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego.

Wystąpiła też p. Maria Baka-Wilczek – pianistka i laureaci konkursu recytatorskiego. Sceneria kościoła dodawała blasku występom, pobudzając szczególną wrażliwość na piękno czytanych wierszy. Zabrakło jednak liczniejszej publiczności, co niedobrze świadczy o konsolidacji tamtejszej społeczności polskiej.

Następnego dnia, zgodnie z planem, pojechaliśmy zwiedzić zamek w Olesku – dziedzictwo Jana III Sobieskiego, obiekt szczególnej troski królowej Marysieńki.

Z przewodnikiem, którego objaśnienia tłumaczyła absolwentka Politechniki Lwowskiej, Grażynka Gocałek, oglądaliśmy wnętrza, zgromadzone tam  obrazy i przedmioty muzealne. Przy opisie portretu Barbary Radziwiłłównej spojrzenia i życzliwe uśmiechy biegły ku p. Ani, odtwórczyni roli Barbary.

Z Oleska pojechaliśmy do Ławry Poczajowskiej. Złocone kopuły prawosławnego sanktuarium maryjnego, cerkwi p.w. Zaśnięcia Najświętszej Marii Panny, soboru św. Trójcy, widoczne są z kilkunastu kilometrów. Po wymaganych drobnych zabiegach kostiumowych, jak spódnice i chustki na głowy dla pań, mogliśmy zwiedzać imponujące obiekty sakralne.

Na licznych straganach, rozsiadłych przy głównej ulicy do sanktuarium można było kupić ciekawe pamiątki w stylu bizantyjskim. Przeważnie dewocjonalia. Oczywiście nastąpiły zakupy ikon, nawet po kilka, na prezenty. Była też prezentacja, kto dokonał lepszych zakupów.

Dalsza droga zawiodła nas do Krzemieńca. W Krzemieńcu zwiedzanie zaczęłam od apteki, szukając medykamentów, aby poprawić stan obolałej nogi. Pamiątka po szybkim schodzeniu po wąskich schodach galerii widokowej zamku Oleskiego. Musiałam też coś kupić, aby pomóc p. Krzysztofowi, którego użądliła pszczoła w rękę.

W aptece, używając nazw polskich, łacińskich, gestykulując przy tym, jak rodowita Włoszka, nabyłam w końcu potrzebne środki, przy pomocy których ręce p. dr Barbary Małeckiej doprowadziły moją kostkę do należytego stanu.

Planowane spotkanie artystów z Krakowa z miejscową ludnością odbyło się w budynku Szkoły Muzycznej. Niezwykła była atmosfera i niezwykła była reakcja Polaków na polskie słowo i polską muzykę. Czekali cierpliwie na przyjazd. Występy oklaskiwali gorąco, cieszyli się ze spotkania z Anną Dymną, znaną im z filmów.

Byliśmy również na spotkaniu z księdzem proboszczem Tadeuszem Mieleszko w kościele p.w. św. Stanisława, gdzie znajduje się znana płaskorzeźba przedstawiająca Juliusza Słowackiego. Później zwiedziliśmy pięknie odnowione muzeum Juliusza Słowackiego. O oficjalnym otwarciu muzeum, pod koniec września, czytałam już po powrocie do Polski. Podczas spaceru wzdłuż muru Liceum Krzemienieckiego podziwialiśmy górę Bony w słońcu. To niezapomniany widok.

Wzruszająca była serdeczność polskiej ludności. Zapraszano nas do ponownego przyjazdu. Mali chłopcy oferowali kawałki krzemienia na pamiątkę z Krzemieńca.

Wracamy do Lwowa. Jadąc autokarem można oglądać piękne widoki, czasem liczne stada gęsi, ale przede wszystkim rozległe tereny, pola uprawne i łąki. Ta przestrzeń robi wrażenie. Mimochodem przywołuję w myślach obrazy z trylogii Sienkiewicza. W pewnej chwili było widać migające światełka bardzo daleko na ciemnym tle, to były prawdopodobnie liczne ogniska na dużym ściernisku.

Po powrocie do hotelu, ostatnia już obiadokolacja. Smaczne jedzenie w miłym towarzystwie i takiej samej atmosferze. Nie chciało się spać, a przed nami jeszcze nocne rodaków rozmowy.

Nazajutrz rozpoczęliśmy ostatni dzień pobytu na Ukrainie. Jedziemy do Złoczowa. Po ponad godzinnej jeździe jesteśmy na miejscu. Tutaj Zosia Pogudz i Krysia Trela zajęły się działalnością „służbową”, tzn. dotarciem z pomocą finansową do swoich podopiecznych. Reszta grupy spędzała czas indywidualnie. Ja chciałam zobaczyć Sasów, więc wybraliśmy się tam z panią Marianną i panem profesorem Lechem Antonowiczem, który Sasów zna świetnie. Jego rodzice mieli przed wojną majątek w pobliskim Horodyłowie. Pojechaliśmy tam taksówką. Po drodze widać piękne lasy i wzgórza.

Przed moim wyjazdem na Kresy, ojciec narysował z pamięci plan Sasowa sprzed II wojny światowej z obiektami i domami mieszkańców. Z tym planem w ręku chodziłam po Sasowie. Odniosłam wrażenie, że przedwojenne, ponad trzytysięczne miasteczko bardzo się zmieniło. Przed ratuszem, przylegającym do szkoły, a teraz jest to prawdopodobnie połączony budynek szkolny, stał pomnik Jana III Sobieskiego. Teraz jest jakiś współczesny pomnik, zapewne bohatera ukraińskiego.

Kościół pw. św. Jana Chrzciciela wzniesiono w 1868 r. W tym kościele była chrzczona moja mama (tato we Lwowie), tu brali ślub, tutaj mnie ochrzczono. Kościół jest bardzo zniszczony, ale widać, że coś się w nim powoli dzieje. Wiemy, że w 2003 r. odprawiano w nim pierwsze nabożeństwa po kilkudziesięciu latach, a 26 czerwca 2004 r. odbyły się uroczystości odpustowe.

Przetrwała w bardzo dobrym stanie drewniana cerkiew grekokatolicka pw. Przemienienia Chrystusa Pana; czynna, o czym świadczy wywieszony grafik nabożeństw.                                                                          

Zdecydowanie najbardziej zadbaną budowlą jest murowana okazała cerkiew prawosławna, właśnie odnawiana.

Szkoła, również zadbana, zaprasza uczniów, to początek roku szkolnego.            

Znalazłam dawną ulicę Starycką i miejsce, gdzie stał dom rodziców mojej Mamy, w którym mieszkali moi rodzice i gdzie się urodziłam. Tego domu nie ma. Niedaleko stoi nowy dom.

 Nie ma synagogi i łaźni narysowanej na moim planie. Jest nowy sklep, nowy okazały pomnik, ale ja szukałam obiektów z planu.

Przy ulicy Wały jest żeliwna studnia, prawdopodobnie w tym miejscu była studnia króla Jana III, ale był to wtedy drewniany żuraw. Sama ulica to właściwie wiejska droga, na środku wąsko wydeptana, a ja mam przed oczyma fotografię kilku młodych mężczyzn na rowerach, na zadbanej, choć nie brukowanej ulicy w roku 1937.

Przy ulicy Brodzkiej (używam dawnych nazw) stoi dom w stylu dworku. Tu mogła być apteka z mojego planu.

Podobają mi się piękne nazwy przedmieść: w kierunku Kołtowa – Zofiówka z młynami, Kalinka z gorzelnią, a w parku – Zygmuntówka, tam stał dom rodziców ojca.

Niedaleko, za głównymi ulicami, przepływa rzeka Bug, mająca swoje źródła w odległym o 18 kilometrów Werhobużu. Na drodze do Brodów i na bocznej uliczce były mosty. W zbiorze fotografii z tamtych lat jest dziewczyna  na mostku – to moja mama. Nie dotarłam do tego mostku, było tak mało czasu. Nie zobaczyłam też jak wygląda miejsce, gdzie w parku za Bugiem był staw, po którym można było pływać łódką, o czym mówi inna fotografia.

Tak dokładnie to chyba nie jestem do końca „zabużanką” skoro urodziłam się w domu stojącym przy lewym brzegu Bugu.

Dalej za miastem, w Chomcu, stał pałac księdza dr Jana Stepy, profesora Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie, późniejszego biskupa tarnowskiego. W czasie wojny, w pałacu, Niemcy urządzili obóz dla Żydów. W dniu likwidacji obozu część więźniów zabili i na miejscu spalili. Wielu uciekło do lasu. Później pałac został rozebrany. Dziś nie ma nawet śladu po tym pałacu.

Spotkaliśmy kilka osób, które życzliwie informowały nas o starszych mieszkańcach, pamiętających jeszcze przedwojennych Sasowian. Niestety mieliśmy bardzo mało czasu i nie mogliśmy ich odwiedzić. Wracając wstąpiliśmy na cmentarz. Starsza część jest prawie niedostępna. Pobieżnie szukając, nie znalazłam śladów rodziny; teraz wiem, że są w drugiej, uporządkowanej części cmentarza.

Ponad trzystuletni Sasów, przed wojną był miasteczkiem o ludności składającej się z Polaków, Ukraińców i w przeważającej części Żydów, żyjących zgodnie w tej różnorodnej społeczności. Życie płynęło tam zwyczajnie, jak wywnioskowałam z dawnych opowieści rodziców. Przy szkole, a później przy kościele, istniał amatorski zespół teatralny, wystawiający przedstawienia słowno-muzyczne w okolicznych miejscowościach. Wieczorami, w latach pięćdziesiątych – przed telewizyjnych, mama opowiadała i śpiewała, mnie i młodszej siostrze, to, co rodzice grali w młodości w teatrze, a książka z Biblioteki Teatrów Amatorskich, wraz z zaczytaną trylogią Sienkiewicza, przyjechała z nimi na nowe miejsce zamieszkania.

W czasach młodości rodziców nieważne były różnice narodowościowe i wyznaniowe. Bywało, że dobrze zachowana choinka po świętach Bożego Narodzenia była przekazywana sąsiadom Rusinom, u których święta właśnie się zaczynały. Były tam mieszane małżeństwa, a niektóre starsze kobiety chodziły na nabożeństwa i do kościoła, i do cerkwi. Skończyło się to w strasznym czasie nacjonalizmu i nienawiści. Aż nadszedł dzień 20 maja 1945 r., kiedy trzeba było odjechać z rodzinnych stron w nieznane. Ze Złoczowa wyruszył transport 40 wagonów, odkrytych platform i węglarek, który dowiózł Sasowian do Góry Śląskiej i jej okolic.

To był krótki pobyt w moim malutkim miasteczku, ale zobaczyłam, jak ono wygląda i mimo, że jego widok napełnił mnie smutkiem, cieszę się, że tam byłam. Chciałabym wrócić i dokładnie je obejrzeć, bo widziałam tylko część. Zderzenie wyobrażenia o Sasowie, jakie miałam na podstawie starych fotografii i wspomnień mamy, kiedy snuła opowieści o swoich młodych latach, o późniejszych trudnych latach wojny, z tym co zobaczyłam, było duże.

Wróciliśmy do Złoczowa. Przyjechała również Jadwiga Ancaya z indywidualnej, dwudniowej podróży do miejsc z opowieści rodziców. Odjechaliśmy ze Złoczowa do Lwowa i dalej w stronę granicy. Kiedy po przekroczeniu granicy przejeżdżaliśmy przez nasze miejscowości, ktoś powiedział: – „Jak u nas pięknie”.

Czasem trzeba wyjechać, żeby zobaczyć to, czego nie dostrzegamy na co dzień w miejscu zamieszkania.

Późnym popołudniem zatrzymaliśmy się na parkingu i po stwierdzeniu, że jest ostatnia okazja do zrobienia grupowego, pamiątkowego zdjęcia, udało się sfotografować grupę wycieczkową w ostrych promieniach zachodzącego słońca. Była też kameralna degustacja wspaniałego soku jabłkowego, przywiezionego przez Jasia Dubianika od rodziny, którą odwiedził.

Podczas dalszej jazdy autokarem Prezes p. Roman namówił Jadwigę, żeby przez mikrofon podzieliła się swoimi wrażeniami z podróży. Kiedy opowiadała o swojej wyprawie do miejsc, w których bywali rodzice i skąd ojciec wyruszył w daleką drogę, wszyscy słuchali w skupieniu. Na koniec, siedząc obok kierowcy, westchnęła: – „teraz potrzeba maszyny, żeby mnie podnieść”. Na to p. Krzysztof błyskawicznie wstał i ze słowami: – „maszyna już idzie – pomógł wstać Jadwidze”. Nawiasem mówiąc, panieńskie nazwisko Jadwigi brzmi: Orzechowska. Podróż szybko się skończyła w Krakowie, późnym wieczorem.

Nocowałyśmy z Jadwigą w pięknym Domu Gościnnym UJ. I znów noc w dużej części minęła na rozmowie, słuchaniu taśmy z nagranym wywiadem-rzeką Jadwigi z ojcem, który barwnie opowiadał o swoim życiu. Noce we Lwowie były krótkie, ale w Krakowie również.

W następnym dniu jeszcze spacer na Planty i Rynek, spotkanie z p. Kirą  i rozjechałyśmy się w różne strony.

To był wspaniały wyjazd.

Z jednej strony wiele chwil zadumy nad przeszłością, losem ludzi mieszkających dawniej w swoim ukochanym Lwowie i okolicach, ale także chwil radości i życia współczesnego. Słuchaliśmy radiowych informacji o sytuacji w Biesłanie i mogącym zagrażać rodzinie Jadwigi na Florydzie huraganie Ivan.

Zgodnie z powiedzonkiem, które zeszło z ekranu telewizora – „z pewną dozą nieśmiałości” rozmawiałam ze znanymi osobami z naszej grupy, nie chcąc jednocześnie naruszać prywatności; jak też chciałam zrobić pamiątkowe zdjęcia, nie chcąc jednak być „paparazzi”. Mam nadzieję, że się udało.

Tak wiele było do zwiedzania, a czasu tak niewiele. Ale zobaczyłam, co mogłam i chciałam zobaczyć. Ciocia pochodząca ze Lwowa, której po powrocie opowiadałam swoje wrażenia, śmiała się, że połknęłam bakcyla. I tak chyba się stało.

Ale nie tylko miejsca są ważne. Równie ważne, a nawet ważniejsze dla mnie są kontakty z ludźmi i ten wyjazd był bardzo udany również pod tym względem.

Równolegle z celem związanym ze sztuką była pomoc Rodakom.

Wspaniałe towarzystwo sprawiło, że nawiązały się przyjaźnie, nowe znajomości. Trudno wymienić wszystkich, ale muszę wspomnieć o dwóch bardzo sympatycznych paniach. Pani Marii Witkowskiej z grona sponsorów konkursu i Ani Flak, która towarzyszyła cioci.

Jadwiga pod koniec pierwszego dnia powiedziała: – „Rano nie znałam nikogo, wieczorem już mam przyjaciół”. Była bardzo zadowolona z udziału w tym wyjeździe. Już kilkakrotnie odwiedzała Polskę, ale w inny sposób, z grupą obcokrajowców, według planu: przed południem Poznań, po południu Wrocław.

Mam nadzieję, że wrażenia, wspomnienia i fotografie, mimo rzeczywistości podcinającej czasami skrzydełka, pozostaną i długo będą wywoływać uśmiech na naszych twarzach.

 

Czerwiec 2006


 

 Elżbieta Piasecka – rusycystka   

Przez Podole i Pokucie

 

Dziennik podróży – Kresy 2006

 

Postanowiłam odbyć podróż sentymentalną po Kresach. Mój ojciec urodził się w Trembowli. Tam pochowani są jego rodzice. Nigdy nie opowiadał o dziejach swojej  rodziny. Wiem jednak, gdzie znajduje się dom rodzinny. 300 metrów od mostu kolejowego,  przy drodze do Zaleszczyk, stoi 2-piętrowy dom, a obok znany mi  z opowiadań dom weterynarza.  Trudno mi było zrozumieć dlaczego ojciec nigdy nie mówił o swoim pochodzeniu, przypuszczalnie bał się. Może chciał uniknąć nieprzyjemności. Czasy były trudne.

 

15.06.2006. Jadę z „Klubem Złoczowskim” który zorganizował podróż po dawnych Kresach Południowo-Wschodnich, pod hasłem „Przez Podole i Pokucie”. Postawiono sobie ambitne zadanie, przejechać autobusem aż do Użgorodu w 7 dni. Zapowiada się wycieczka w iście amerykańskim stylu. Program jest bardzo ambitny, napięty. Może nie wystarczyć czasu na zwiedzanie? – codziennie od 300 do 350 km. Dobrze, że dni czerwcowe są długie i późno zapada zmrok. Na pewno wzięto to pod uwagę, więc niech się dzieje wola nieba…

Ostatni raz byłam w tych stronach 15 lat temu, ale bardzo dobrze pamiętam strach, jaki był udziałem podróżnych z Polski przekraczających granicę sowiecką. Trzeba było poddać się dokładnej rewizji na blaszanej ladzie. Długie oczekiwanie na odprawę jeszcze bardziej potęgowało grozę. Każdy podróżny miał ze sobą parę rzeczy na sprzedaż, bo kieszonkowe wykupywane na książeczkę walutową nie wystarczało nawet na bardzo skromne utrzymanie. Celnicy często rekwirowali tak zwany towar. Przejście przez granicę sowiecką zawsze było dla Polaków wielkim przeżyciem.

*** 

Niedawno przeczytałam wspomnienia księdza J. Winkowskiego, który w 1895 r. udawał się do Królestwa i tak opisywał przekraczanie granicy rosyjskiej (wykropkowanie oznacza redakcyjne skróty):

Żegnamy naszych… Tuż zaraz most na Przemszy. Po naszej stronie posterunek straży celnej. Po tamtej słynny „kacap”, w brązowym mundurze, w carskiej czapie z dwugłowym orłem... Już widać pół złocistą kopułę prawosławnej cerkiewki… Koła zwalniają obroty, ze zgrzytem hamulców na austriackim peronie.

Chwila oczekiwania, co się wiekiem zdaje. Wiele osób znów czyni znak krzyża świętego… Słychać szepty… Ludzie boją się tutaj mówić głośno…

I już, w asyście żandarmów z ogromnymi szablami wychodzi z kancelarii dzwoniąc ostrogami u cholew lśniących butów, oficer w zielonkawym mundurze. Obok żołnierz niesie wielką skórzaną tekę z licznymi przegrodami. Wchodzą groźnie do „awstryjskich” wozów. Odbierają paszporty i przepustki, przechodzą przez cały pociąg strzeżony pilnie z obydwóch stron…

Niechby ktoś próbował wysiąść przed czasem! Wreszcie pierwszy akt skończony. Przeszedł dość lekko.

Drugi gorszy. Rewizja!

Bagażowi wnoszą niezliczone kuferki, walizy, pakunki do ogromnej hali rewizyjnej i składają na długiej, niskiej, okutej ladzie. Za chwilę wnoszą z wagonu bagażowego ciężkie kufry i kosze. Słychać brzęk gorączkowo dobywanych kluczy i kluczyków…

Zaczyna się szczegółowe przeglądanie i przetrząsanie rzeczy…Padają stereotypowe pytania: – Szto takoje? – Ubranie…, pościel…, bielizna. – A szto eto?

Oczywiście każda rewizja na całym chyba świecie, to szkoła kłamstwa i wykrętów. Powszechna ucieczka przed taryfą celną… Nie branie też i to często, porządnej łapówki…

 

***

Moje przeżycia z granic radzieckich (tam studiowałam rusycystykę) były bardzo podobne, chociaż dotyczyło czasów o 100 lat późniejszych. Jeszcze był Związek Sowiecki. Przykre wspomnienia wróciły, kiedy przejeżdżaliśmy wzdłuż kilometrowej kolejki tirów i autobusów parkujących na poboczu. Zastanawiałam się, jak długo będziemy czekać na odprawę.

 Jakież było moje zaskoczenie, kiedy okazało się, że jesteśmy jedynym autokarem na granicy. Nasze służby graniczne wydawały się jakby bardziej cywilizowane, celnicy uśmiechnięci, a wojacy ukraińscy znowu wnikliwie przyglądali się naszym twarzom. Zebrali dokumenty i już po godzinie byliśmy na Ukrainie. Bez kontroli celnej?

 Co za ulga! Wreszcie jedziemy do Lwowa! Na zwiedzanie zostało nam zaledwie pół dnia. Jedziemy na łyczakowską nekropolię. Biegniemy przez cmentarz: Seweryn Goszczyński, Julian Ordon, Gabriela Zapolska, Maria Konopnicka... Na nagrobku pisarki palą się znicze, leżą świeże kwiaty. Ktoś ciągle pamięta i dba o ten grobowiec.

Potem Cmentarz Orląt. Oglądamy go z daleka, bo jest zamknięty dla zwiedzających. Sądzimy, że to echa zadawnionej niechęci do Polaków. Z parkingu, z dużej odległości, widać odnowione nagrobki, olśniewającą biel chwały...

Wracamy do śródmieścia. Witają nas wykopy. Na rynku jazgot pracujących maszyn. Cała nostalgiczna lwowska atmosfera gdzieś uleciała. Miasto stało się dynamiczne, mnóstwo sklepów, restauracje, banki... Powiało jakby wielkim światem. W barze przy ratuszu szybko zjadamy kiełbaski, które w środku miały nadzienie z ziemniaków i sała (?). Ponoć był to lwowski przysmak. Mam mieszane uczucia, czy to były „gariacze bubliczki”?           

Jedziemy dalej. Jest już wieczór, gdy lądujemy w złoczowskim hotelu „Ukraina”. Pokój z telewizorem i ciepłą wodą... Standard sowiecki. Próbuję otworzyć okno. Z trzaskiem spada rozbita szyba. – Ne treba cianuty – zakryte na zymu! Nazajutrz okazuje się, że za ciepłą wodę trzeba dodatkowo dopłacić 30 hrywien, bo ciepła woda nie jest w standardzie. Jak luksus to luksus.

W przewodniku wyczytuję, że hotel nie jest rekomendowany na nocleg.

Za to jedzenie w małym hotelowym barze jest znakomite. Podają cudowne pierogi z gęstą, prawdziwą śmietaną. Palce lizać!

 

16.06.06. Jeżeli dziś jest piątek to zwiedzamy Biały Kamień. Podhorce i Olesko.

Pałace i zamki robią nieprawdopodobne wrażenie. Pomimo sowieckiej planowej dewastacji trudno było je całkiem unicestwić. Zamek w Olesku odbudowany, jednak Ukraińcy wymazują systematycznie polską obecność z tych murów. Podpisy pod ocalałymi XVI-wiecznymi skarbami tylko są ukraińskie. Polskie nazwiska zapisane bukwami brzmią dziwnie. Mało kto z Polaków czyta po rosyjsku, a co dopiero po ukraińsku. Bodaj by napisali coś po angielsku. Celowa robota, chcą nas wyrzucić ze swojej pamięci.

Wieczorem udajemy się na stary cmentarz w Złoczowie w poszukiwaniu śladów naszej tu obecności. Polskie groby chylą się do ziemi. Jestem zaskoczona napisami w języku polskim na nagrobkach z czasów sowieckich. „Anna Gołębiowska zmarła w 1961” wykuto w marmurze. Nasi trzymają się mocno!

Zastanawiam się jak zachować te pozostałości dla potomnych. Może wzorem austriackiej akcji zachowania cmentarzy żołnierzy z pierwszej wojny światowej, trzeba by zainicjować podobny ruch ludzi, którym drogie są polskie zabytki na Kresach. Przecież, gdy my sami o to nie zadbamy, za 10-20 lat nie ostanie się nic. Postanowiłam, że we wrześniu przyjadę i uporządkuję choćby jeden polski grób. Może znajdę groby moich przodków w Trembowli.

 

17.06.06. To już sobota. W programie mamy Tarnopol, Zbaraż, Trembowlę, Czortków, Buczacz, Jazłowiec, Czerwonogród, Zaleszczyki i Kamieniec Podolski.

Miałam nadzieję, że w Zbarażu naszym przewodnikiem będzie
o. Anatol Zodejko, proboszcz bernardyńskiej parafii, pięknie opowiadający wędrującym Polakom o losach  bohaterów z „Ogniem i mieczem”. Niestety, z braku czasu nie udało się nam spotkać bernardynów, natomiast obejrzałam wystawę w dawnym pałacu Wiśniowieckich. Chodząc po salach nie sposób nie uśmiechnąć się widząc panteon chwały kozackiej; popiersie Chmielnickiego i innych atamanów, którzy co prawda nie wkroczyli do fortecy, ale  sprawiają wrażenie, jakby  ją zdobyli.

W Jazłowcu zatrzymujemy się u Sióstr Niepokalanek, w ich domu zakonnym. W 1862 roku przyjechała tu Marcelina Parowska (beatyfikowana przez Jana Pawła II w 1996) i założyła klasztor. Siostra Marcelina prowadziła szkółkę dla dziewcząt polskich i rusińskich. Siostry pozostały w Jazłowcu aż do przybycia Armii Czerwonej, potem spotkały je prześladowania. Kilka wywieziono na Syberię, resztę wymordowali banderowcy. Wymordowali też polską ludność. Sowieci cały kompleks klasztorny przeznaczyli na sanatorium dla chorych na płuca. Niedawno Siostry Niepokalanki wróciły i znowu krzątają się wokół swoich spraw i piękną polszczyzną zapraszają nas na obiad do refektarza. Chętnie zjadamy barszcz lub zupę ogórkową, co kto woli. Jaka polska gościnność, jaka przyjazna atmosfera. Choć siostry utrzymują, że są Ukrainkami, trudno mi w to uwierzyć. Zwiedziłam grobowiec zakonny, który zachował się w tyle ogrodu. Zachowały się aż 83 płyty nagrobne. Ostatnie z lat 40-ych. Teraz Siostry Niepokalanki, robią remont. Próbują odnowić swoją obecność na tych terenach, choć ich status jest dalej niejasny. Władze ukraińskie oddały im tylko część kompleksu.

Jedziemy dalej, bo musimy zrealizować program jeszcze przed wieczorem.

Czerwonogród – z góry oglądamy ruiny zamku i kościoła. Trzeba zobaczyć też wodospad na rzece Dżuryn. Żeby zobaczyć wodospad, musieliśmy wynająć „busa”, by dotrzeć do tego „cudu” przyrody. Huk wody słychać z dużej odległości. Dzika przyroda zachowała się w naturalnym stanie, istne cudo. Niezapomniane przeżycie. Wieczorem docieramy do hotelu „Gala” w Kamieńcu Podolskim. Hotel wybudowany niedawno za gigantyczne pieniądze zaprasza nas czystością. Wyposażenie i meble polskie, czujemy się jak w domu. Choć... Jednak czar pryska, kiedy okazuje się, że w łazience nie ma gniazdka elektrycznego, a miejsca jest tak bardzo mało, że walizki musimy trzymać między łóżkami. Nie  ma szafy?

Ale poczułam się na Kresach wyśmienicie dopiero wtedy, kiedy przeczytałam instrukcję, jak zachować się w tym hotelu. Dorohy gosty. Ta ne wytyrajty rucznykamy wzutja. Cha, cha, cha, a to szczera gościnność!

 

18.06.06. Dzisiaj zwiedzamy Bakotę i Kamieniec Podolski. Zadziwiające jest, jak w XVI wieku można było na pograniczu wybudować taką fortecę.

W skwarze zwiedzamy stare miasto. Henryk Sienkiewicz  w „Panu Wołodyjowskim” tak  opisywał kamieniecką fortecę:

„(...) drugiego dnia, również po południu, ujrzeli już wyniosłe skały kamienieckie. Na ich widok, a także na widok baszt i rondeli fortecznych zdobiących szczyty skał wielka otucha wstąpiła im zaraz w serca. Albowiem wydawało się niepodobnym, aby jaka inna ręka prócz boskiej mogła zburzyć te orle gniazdo na szczycie otoczonych pętlicą rzeki wiszarów uwite. Dzień był letni i cudny: wieże kościołów i cerkwi wyglądające  spoza wiszarów świeciły jak olbrzymie świece; spokój, pogoda i wesołość unosiły się ad jasną krainą.”

Nic dodać, nic ująć...

Wieczorem udajemy się do restauracji pobiesiadować i pomimo wcześniejszego zamówienia kolacji, musimy czekać aż dwie godziny. Widać, że obyczajowość rusińska pozostała taka sama, jak w sowietach. Oczywiście, przy płaceniu, kelnerka pomyliła się o 20 hrywien na swoją korzyść.

 

19.06.06. Dzisiaj znowu cały dzień w podróży; Chocim, Okopy Świętej Trójcy, Kołomyja, Jaremcze.

W Chocimiu przed fortecą ujrzeliśmy monstrualny pomnik Piotra Konaszewicza-Sahajdacznego – atamana kozackiego. Nam Chocim kojarzy się z hetmanem Chodkiewiczem, rokiem 1621 i Sobieskim, któremu bitwa pod Chocimiem w 1673 roku zapewniła sławę w całej Europie i wybór na króla Polski. Ukraińcy na siłę chcą stworzyć nową, własną historię.

W małej rustykalnej restauracji po raz pierwszy w życiu jem mamałygę. Kasza kukurydziana z dużą ilością tłuszczu, posypana serem typu oscypek i skwarkami. Ciężko mi do wieczora.

Do Jaremczy dojeżdżamy o zmroku. Nocujemy w tamtejszym „Sanatorium Jaremcze”. Cudowna przyroda, szum Prutu... Miałam nadzieję na spacer po osławionym przedwojennym „kurorcie”. Wzięłam ze sobą starą widokówkę z widokiem na most kolejowy i dom wczasowy „Bajka”. Chciałam zobaczyć, co jeszcze zostało. Nic z tych rzeczy! „Bajki” nie widziałam. Zburzony w czasie wojny most kolejowy, odbudowany został w stylu sowieckim. Potężne podpory żelbetonowe, ciężki i toporny.

 

20.06.06. Pniów, Stanisławów, Drohobycz, Truskawiec, Borysław, Użgorod – to program na dzisiaj.

Pan Jacek, który wcielił się w rolę pilota, podobno znający doskonale te tereny, postanowił skrócić drogę Tryskawiec–Użgorod. Miało to być tylko 20 km po wertepach,  tymczasem jechaliśmy trzeciorzędną drogą wzdłuż rzeki Stryj z zawrotną szybkością 20 km/godz... Cywilizacja zatrzymała się tutaj na początku XX wieku. Nieoczekiwane trudy podróży zrekompensowały piękne, niezapomniane widoki doliny rzeki Stryj i przełęczy Gorganów.

 

21.06.06. Po nocy spędzonej w hotelu „Użgorod” (gastinica dla inostranców) jemy śniadanie w sali bankietowej. Urządzono szwedzki stół z wielką ilością różnorodnego jedzenia, wszystko smakowite, najlepszej jakości. Do śniadania przygrywał nam muzyk grający na białym fortepianie. Grał standardy amerykańskiej muzyki rozrywkowej z przełomu lat 1890/1920. Poczułam się jak w Rosji przed rewolucją. Brakowało tylko dam w kapeluszach i panów z muszkami.

Godzinny spacer po najdłuższej w świecie alei lipowej, liczącej 2,5 km, uzmysłowił nam, jak bogatym miastem był Użgorod przed wojną. Miasto w europejskim stylu. Dlaczego Użgorod? Bo przez miasto przepływa rzeka Uż.

Jeszcze tylko zdjęcie przed hotelem i wyjazd w trasę przez Słowację.

Pozostało uczucie niedosytu i chęć wyjazdu na następną wycieczkę.

Na granicę ze Słowacją długa kolejka tirów oczekujących na odprawę. Nasz autobus skierował się od razu na pas wydzielony dla obywateli Unii Europejskiej. Na tym pasie niestety stały już mercedesy na ukraińskich rejestracjach. Nikt z oczekujących nie miał nawet zamiaru ruszyć się z naszego pasa. Stali w taki sposób, by nas nie przepuścić.

Dopiero interwencja celnika sprawiła, że niechętnie ale zrobiono nam miejsce. Wjechaliśmy na pas przeznaczony do odprawy celnej dla autokarów. Ujrzeliśmy widok jak z czasów sowieckich. Kolejka spoconych ludzi stała z tobołkami w rękach przed ladą i oczekiwała na odprawę. Prawdziwa lada obita blachą, przy której celnik przeglądał zawartość „czemadanów”. Mieliśmy nadzieję, że nas ta czynność ominie, ale niestety, kazano nam wynieść wszystkie rzeczy z autobusu, ustawić się do lady i oczekiwać na swoją kolej. Potraktowano nas jak przemytników, którzy szmuglują 2 kartony papierosów.

Cały spektakl toczył się powoli. Nikt z wycieczkowiczów jednak nie odczuwał grozy sytuacji. Te marsowe miny celników były po prostu  śmieszne. Czuliśmy się jak nie z tej bajki. Szczytem komizmu był dialog celnika z p. Krysią. Gdzie wy ukryli sigariety?

Panie ja już 30 lat nie palę. Po co mi wasze papierosy.

„I straszno i smiszno”. W ukraińskiej części naszego europejskiego kontynentu nic się nie zmieniło – „sowiecki ład” pozostał.

 

czerwiec 2006


 

Czesław Michalski – doktor nauk historycznych,
Instytut Historii Akademii Pedagogicznej

 

Na kresowych szlakach polskiego dziedzictwa

 

Tradycją stało się, że każdego roku grupa osób, członków „Klubu Złoczowskiego”, bezpośrednio zaangażowanych we współpracę i pomoc charytatywną dla Polaków na południowo-wschodnich kresach oraz towarzyszący im miłośnicy przyrody i zabytków dawnej Rzeczypospolitej, wyjeżdżają autokarem na szlaki tatarskie, po zachodnim obecnie państwie ukraińskim. Poprzednie wyjazdy związane były z realizacją licznych inicjatyw kulturalnych, takich jak organizacja Dni Kultury Polskiej i Konkursy Recytatorskie Poezji Polskiej w różnych miejscowościach zamieszkałych przez Polaków na Ukrainie. Warto tu przypomnieć, że „Klub Złoczowski”, który był inicjatorem tych konkursów, zorganizował aż siedem edycji tej niezwykle popularnej wśród polskiej młodzieży na kresach imprezy artystyczno-kulturalnej. W związku z coraz większym udziałem polskiej młodzieży i pojawiającymi się trudnościami finansowo-organizacyjnymi (brak woluntariuszy, brak społecznego angażowania się aktorów – jurorów, prowadzących jednocześnie mini warsztaty i własne występy artystyczne), „Klub Złoczowski” nie był już w stanie utrzymać tak wysokiej rangi i prestiżu organizowanych imprez. Ażeby nie zniweczyć tego wielkiego dorobku, konkursy recytatorskie kontynuowane są obecnie przez Krakowski Oddział Stowarzyszenia „Wspólnota Polska”.

Wracam jednak do czerwcowego wyjazdu, tym razem o charakterze turystyczno-edukacyjnym, zorganizowanym przez niestrudzony Zarząd „Klubu Złoczowskiego”, a w szczególności przez p. Zofię Gasińską. Korzystając z okazji, panie Zofia Pogudz i Krystyna Trela z Komisji Opiekuńczej „Klubu Złoczowskiego”, udzielały, jak co roku, pomocy charytatywnej (zapomogi) dla najbiedniejszych Polaków zamieszkałych w Złoczowie.

W ciągu siedmiu dni pobytu na Ukrainie zaplanowano zwiedzić Jaworów, Lwów, Busk, Złoczów, Olesko, Podhorce, Białykamień, Zborów, Tarnopol, Zbaraż, Trembowlę, Czortków, Buczacz, Jazłowiec, Czerwonogród, Zaleszczyki, Czerniowce, Chocim, Okopy Św. Trójcy, Kamieniec Podolski, Skałę Podolską, Kołomyję, Kosów, Jaworów (huculski), Werchowynę, Worochtę, Jaremcze, Pniów, Stanisławów, Halicz, Stryj, Drohobycz, Truskawiec, Skole, Mukaczewo i Użgorod. Trasa miała liczyć około 2500 kilometrów i wiodła przez Pokucie, Podole, Bukowinę, Nadniestrze, Karpaty Pokucko-Bukowińskie i przez Słowację do Krakowa. Niestety nie wszystko udało się zrealizować wg przygotowanego planu. Wynikało to przede wszystkim z aktualnego stanu ukraińskich dróg publicznych. Niemniej, główny cel wyprawy – zapoznanie się z polsko-ruskim dziedzictwem narodowym, został zrealizowany.

W piękny, słoneczny poranek 15 czerwca 2006 roku, wyruszyła 29-osobowa grupa zaopatrzona w przewodnik opracowany przez prezesa Romana Maćkówkę „Podróż sentymentalna przez Pokucie i Podole. Śladami polskiego dziedzictwa narodowego” oraz inne wydawnictwa historyczne „Klubu Złoczowskiego”. W czasie jazdy autokarem mogliśmy oglądać filmy z wcześniejszych wypraw „Klubu Złoczowskiego”, zrealizowane przez Mariana Pasternaka. I tym razem o obsługę filmową i fotograficzną zadbali Marian i Piotr Pasternakowie.

Tak przygotowani mogliśmy skonfrontować uzyskaną wiedzę z realiami odwiedzanych miejsc. W godzinach popołudniowych przez przejście graniczne w Korczowej dotarliśmy do Lwowa, gdzie mieliśmy okazję na krótkie zwiedzanie miasta, które jest dla wielu pokoleń Polaków miejscem szczególnym. Większość grupy odwiedziła mogiły obrońców Lwowa i cmentarz Łyczakowski, na którym spoczywa wielu wybitnych Polaków, m. in. Maria Konopnicka, Gabriela Zapolska, Artur Grottger. Wieczorem dotarliśmy na nocleg do Złoczowa.

Nazajutrz udaliśmy się do Podhorców. Znajdujący się tutaj zamek, który był niegdyś rezydencją Koniecpolskich z XVII wieku, jest obecnie w remoncie i mogliśmy tylko wyjść na dziedziniec. Nie udało się również zwiedzić okazałej kaplicy zamkowej fundacji Wacława Rzewuskiego, jednego z późniejszych właścicieli Podhorców. Kolejnym etapem wyprawy było zwiedzenie zamku w Olesku, miejsca urodzin króla Jana III Sobieskiego. Po południu wróciliśmy do Złoczowa. Największą atrakcją miasta, z którym tak wiele łączy niektórych członków „Klubu Złoczowskiego”, jest zamek i chiński pałacyk, który ufundował król Jan III Sobieski dla swej ukochanej Marysieńki. Obecnie są tam prowadzone prace restauracyjne i konserwatorskie dla mającego powstać muzeum sztuki orientalnej. Dziedziniec zamku przygotowywany jest jako miejsce, w którym odbywać się będą turnieje rycerskie.

W czasie, gdy grupa turystyczna zwiedzała Podhorce, Olesko i Złoczów, z inicjatywy prezesa Romana Maćkowki, ja i kol. Marian Pasternak, wyjechaliśmy taksówką do Huty Pieniackiej, w której wymordowani zostali Polacy w dniu 28 lutego 1944 roku przez Oddział SS Hałyczyna i nacjonalistów ukraińskich.  

 

Odsłonięty 22 października ubiegłego roku obelisk ku czci pomordowanych jest starannie utrzymywany przez miejscową ludność i odwiedzających turystów z Polski. Zobaczyliśmy świeżą wiązankę biało-czerwonych kwiatów, co świadczy o odwiedzaniu tego miejsca tragedii polskiej ludności. Warto przypomnieć, że w działaniach na rzecz budowy pomnika, aktywnie uczestniczył „Klub Złoczowski”. Dłuższa zaduma nad tragicznym losem tysiąca osób, zbrodniczo i bestialsko zamordowanych, wzbudzała smutne refleksje, w imię czego oprawcy zdolni są do takich czynów.

Dzięki znajomości terenu, młody, sympatyczny kierowca taksówki, p. Genadij ze Złoczowa, zawiózł nas do miejscowości Werchobuż, w której znajduje się źródło Bugu. Niedaleko stąd jest też źródło Seretu.

Okolice leżą w paśmie Gór Woroniacko-Krzemienieckich i stanowią europejski dział wód. Rzeki zasilane licznymi źródłami i górskimi cieklinami spływają do dorzeczy: Wisły (poprzez Bug), Dniestru (przez Seret, Strypę, Złotą i Zniłą Lipę) i do Dniepru (poprzez Ikwę, dopływ Styru). Są to więc zlewiska Bałtyku i Morza Czarnego.

Następnego dnia wyruszyliśmy w drogę do Kamieńca Podolskiego przez Tarnopol, Zbaraż, Trembowlę, Buczacz, Czortów, Jazłowiec, Czerwonogród, Skałę Podolską, zatrzymując się, ze względu na brak czasu, tylko w wybranych miejscowościach. W Tarnopolu zatrzymaliśmy się nad pięknym zalewem utworzonym na rzece Seret, gdzie uczestnicy mieli możliwość zrobienia pamiątkowych zdjęć tego urokliwego zakątka miasta. Zalew ten był jednym z największych w dawnej Rzeczypospolitej (4 km długi i 1 km szeroki) i znacznie ułatwiał obronność miasta.

Ok. 30 km dalej, zatrzymaliśmy się w Zbarażu, który zasłynął w roku 1649 bohaterską obroną ks. Jeremiego Wiśniowieckiego przeciw Bohdanowi Chmielnickiemu, opisaną w „Ogniem i mieczem” przez Henryka Sienkiewicza. Zdążyliśmy tylko zwiedzić pochodzący z  połowy XVII wieku barokowy kościół przy klasztorze Bernardynów i zamek obronny. Kolejnym miastem naszego postoju był Czortków, pięknie położony w jarze rzeki Seret. Odbyliśmy spacer po bazarze, dotarliśmy do neogotyckiego kościoła Dominikanów i z rynku zobaczyliśmy na zboczu jaru, na wschód od miasta, kompletną ruinę zamku, który w  XVII stuleciu był często napadany przez Turków i Tatarów. W Buczaczu zachwycaliśmy się pięknym rokokowym ratuszem. Zwiedziliśmy również pięknie odrestaurowany, przez polskie stowarzyszenie byłych mieszkańców Buczacza, kościół farny, fundacji Mikołaja Potockiego z 1763 roku. Następnym etapem naszej podróży był oddalony o 16 km Jazłowiec. Od strony południowej, na stromym, trudno dostępnym cyplu, oblanym ze wszech stron wodami Jazwłowczyka, znajduje się ruina zamku imponująca swoim położeniem. Należał do rodziny Jazłowieckich, przebudowany w XVI wieku, uchodził za równie silną fortecę, jak Kamieniec Podolski. W latach 1676-1684 był w rękach Turków, którzy, chociaż zniszczyli całe miasto, zamek zwrócili nie tknięty. W ruinę popadł dopiero w XVIII wieku. Z jego materiału zbudowano obok pałac Poniatowskich z obszernym parkiem, obecnie klasztor i sanatorium sióstr Niepokalanek, które poczęstowały nas wspaniałym barszczem ukraińskim. W dalszej podróży mieliśmy inną niespodziankę. Będąc w Czerwonogrodzie, otoczonym wysokimi czerwonymi ścianami, prezes Roman Maćkówka zorganizował „busa”, który podwiózł nas do niezwykle malowniczo położonego, 16-metrowego wodospadu na rzece Dżuryn, największego na Podolu. Bezpośrednio po tej niezwykłej atrakcji udaliśmy się na nocleg do Kamieńca Podolskiego. Tu czekał na nas przewodnik polskiego pochodzenia, Aleksander Karbowski, który zorganizował nam pobyt w tym niezwykle uroczym mieście. W niedzielny poranek pojechaliśmy na wycieczkę do Bakoty, gdzie był wykuty w wysokim, skalnym i stromym zboczu nad Dniestrem (właściwie była to niezwykle wysoka kamienna ściana) klasztor, zachwycający wielkością i ilością pomieszczeń (3 pieczary i 19 skalnych grobów).

W godzinach popołudniowych nasz przewodnik oprowadził nas po starym mieście, które należało do najbardziej malowniczych miast dawnej Rzeczypospolitej. Kamieniec Podolski jest otoczony rzeką Smotrycz, która w skalistym (wysokim niekiedy na 40 metrów) jarze, opływa miasto i zamek, tworząc kształt omegi. Te naturalne warunki zapewniały bezpieczeństwo twierdzy, dlatego też, do czasów nowoczesnej artylerii, forteca ta była nie do zdobycia. Do Polski należał od 1396 roku i mimo dzielnej obrony pod komendą pułkownika Jerzego Wołodyjowskiego, w 1672 roku zdobyli go Turcy i należał do nich przez cały okres panowania Jana III Sobieskiego. Do Polski powrócił w 1699 roku. Od 1793 roku objęty został zaborem rosyjskim, od 1922 leżał w granicach Ukrainy Sowieckiej, a od 1991 należy do powstałego po rozpadzie Związku Sowieckiego, niepodległego państwa ukraińskiego. Oprócz zamku, podziwialiśmy kościół dominikanów, mury miejskie z basztą Batorego i katedrę św. Piotra i Pawła z minaretem.

Kolejny dzień rozpoczęliśmy od zwiedzania miejscowości w pobliżu Kamieńca Podolskiego, Okopów św. Trójcy, u ujścia Zbrucza do Dniestru. Okopy, małe miasteczko położone na wąskim, a wysokim przesmyku, otoczonym z jednej strony głębokim jarem Dniestru, z drugiej Zbrucza. Od zachodu i wschodu zamykały miasteczko wały i rowy, a wśród nich dwie bramy: Lwowska i Kamieniecka. W latach 1692–1699 istniał tu polski obóz warowny, z którego niepokojono Turków w Kamieńcu i Chocimiu. W 1769 roku bronił się tu Kazimierz Pułaski z konfederatami barskimi przed Rosjanami. Część konfederatów uszła za Dniestr, część dostała się w niewolę, a część wysadziła się w powietrze wraz z kościołem. W czasie rozbiorów Okopy zagrabione przez Austrię były najbardziej wysuniętą na wschód miejscowością w Galicji. Po I wojnie światowej Okopy powróciły do Polski i znajdowały się w okresie II Rzeczypospolitej u zbiegu granic Polski, Rumunii i Związku Sowieckiego.

Z Okopów św. Trójcy udaliśmy się w dalszą drogę. Przez wieś Ataki odbijamy 2 km od drogi Kamieniec Podolski – Czerniowce, by zobaczyć zamek – fortecę Chocim. Zachowana większość zewnętrznych murów fortecy jest pozostałością twierdzy zbudowanej w XIII – XV wieku, gruntownie rozbudowanej na początku XVIII wieku. Obecnie poddana jest restauracji. Pod Chocimiem zwycięstwa nad Turkami odnieśli w 1621 roku Karol Chodkiewicz i w 1673 roku Jan Sobieski. Wyjeżdżając z Chocimia żegnamy się z naszym znakomitym przewodnikiem Aleksandrem i udajemy się w kierunku Pokucia. Na krótko zatrzymujemy się w stolicy Pokucia – Kołomyi, położonej na lewym brzegu Prutu. Miasto jest przede wszystkim ważnym ośrodkiem gospodarczym Hucułów, którzy na rynku kołomyjskim organizowali swoje jarmarki. Do dzisiaj działa muzeum etnograficzne, założone przed II wojną światową, prezentujące kulturę górali huculskich. Po krótkim zwiedzaniu miasta, udajemy się na kolejny nocleg do letniskowej miejscowości Jaremcze, położonej w dolinie rzeki Prut, na Huculszczyźnie. Na przełomie XIX i XX wieku powstały tu liczne pensjonaty i wille, o architekturze łączącej elementy miejscowego budownictwa ludowego ze stylami szwajcarskim i zakopiańskim. Walory krajobrazowe (przełom Prutu) do dziś przyciągają turystów. Ostatni dzień naszego pobytu na Ukrainie spędzamy głównie w autokarze pokonując bardzo długą trasę do Użgorodu, poprzez Karpaty Wschodnie – Czarnohorę, Przykarpacie i znowu przez Karpaty Wschodnie, tym razem przez Gorgany, gdzie można było podziwiać piękne górskie krajobrazy i zmagania p. Stanisława, naszego kierowcy z fatalnym stanem dróg publicznych w tej części kraju.

Po drodze zwiedziliśmy Stanisławów, miasto założone na miejscu wsi Zabłocie przez Andrzeja Potockiego. Nazwę otrzymało od imienia jego syna (poległego pod Wiedniem w 1683 r.). W okresie II Rzeczpospolitej było to drugie co do wielkości (po Lwowie) miasto we wschodniej Małopolsce, w którym obok siebie żyli Polacy, Żydzi, Ukraińcy i Ormianie. Podczas II wojny światowej władze sowieckie deportowały miejscowych Polaków do ZSRR, Niemcy wymordowali ludność żydowską. W 1962 roku miasto przemianowano na Iwano-Frankowsk. Kolejnym miastem na naszej trasie był malowniczo położony w dolinie Pomianki, na wysokości 400 m n. p. m., Truskawiec, jeden z bardziej znanych kurortów w Europie z początków XIX wieku. Potem, już jak wspomniałem, trasa o unikatowych walorach krajoznawczych wzdłuż doliny rzeki Stryj.

Z Użgorodu przez Słowację, z postojem na zwiedzanie miasta Lewoczy i przekroczeniem granicy w Jurkowie, udajemy się do Krakowa. Sprzyjająca pogoda, bezpieczna jazda, dzięki znakomitym umiejętnościom kierowcy p. Stanisława Bartyzela, sprawiły, że do Krakowa wróciliśmy w dobrych humorach.

W czasie  podróży nie obyło się bez przykrych wydarzeń, a to prezes Roman Maćkówka przypadkowo stał się bohaterem dnia, bo załatwił „busa”, żeby dotrzeć do wodospadu na Dżurynie, i koniecznie chciał go zobaczyć z bliska, co okupił kontuzją nogi i dotkliwym krwawym obtarciem rąk i nóg, zsuwając się z wysokiego stromego zbocza. Po wyjściu z dolegliwej opresji z dumą stwierdził: byłem, widziałem, zwyciężyłem i własną krwią okupiłem. Były też niedyspozycje żołądkowe i niedyspozycje uczestników wyprawy. Jednak dzięki natychmiastowej pomocy lekarzy, Państwa Małeckich i uczestniczącej w wyprawie grupie farmaceutów, dolegliwości i niedyspozycje natychmiast były likwidowane. 

Podsumować można krótko: piękna wycieczka, moc nowych wrażeń, nowo poznane miejscowości i okolice, piękna przyroda i jak na zamówienie pogoda. Czy więcej można oczekiwać od dobrze opracowanego programu wycieczki?


Podziel się
oceń
3
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Historia wydawnictw seryjnych

piątek, 16 lipca 2010 12:38
Publikowanie książek w ramach serii wydawniczych to niezwykle istotne zjawisko w dziejach ruchu wydawniczego i popularyzacji czytelnictwa. Walory wydawnictw seryjnych zostały zauważone już w XVIII wieku a perfekcyjnie wykorzystane w końcu XIX i od początku wieku XX.
Warto tu wspomnieć chociażby o Bibliotece Mrówki serii biorącej tytuł od czasopisma lwowskiego o tej właśnie nazwie, zapoczątkowanej w 1869 roku a utrzymującej się na rynku przez 43 lata, czy Bibliotece Powszechnej Zukerlandów w Złoczowie - do lat międzywojennych ukazało się blisko 1200 tomów.

Ważną postacią w popularyzacji czytelnictwa był Wilhelm Zukerkandel (1851-1924)
Księgarz i wydawca w Złoczowie. Założył bardzo zasłużoną oficynę popularyzującą literaturę, znaną głównie z serii tanich książek "Biblioteka Powszechna" (wydano ponad 1200 tytułów).



Księgarnia i wydawnictwo rodziny Zukerkandlów w Złoczowie działało już w okresie zaborowym - galicyjskim. Przyczyniło się do upowszechniania polskiej literatury pięknej oraz klasyki światowej. Wydawano je w tzw. książeczkach kieszonkowych „Biblioteki Powszechnej". Były tanie i mogły trafić pod każdą „strzechę". Był to - na tamte czasy - ewenement na dużą skalę. Wydawnictwo Zukerkandla znane był w całej Galicji oraz na pozostałych terenach zaboru niemieckiego i rosyjskiego. Wydawnictwa Zukerkandla trafiały na różne rynki zagraniczne, nawet poza kontynent europejski.

Można śmiało założyć, że pogłębione badania nakażą i te wyliczenia zweryfikować poprzez dodanie nowo ujawnionych tytułów wydawnictw seryjnych. Wszystko to pozwala stwierdzić, że serie stanowiły poważne zjawisko już na ówczesnym rynku wydawniczym.
Wraz z rozwojem wydawnictw seryjnych zaczęły się pojawiać także wśród nich wydawnictwa o charakterze specjalnym.
W ramach Biblioteki Złoczowskiej zostały wydane:
- Księgę Pamiątkową o Gimnazjum Złoczowskim - nakład wyczerpany
- Szkice Historyczne - sesja naukowa w Krakowie*
- Jan III i zamek w Olesku - reprint*
- Powroty na Kresy - tomik I nakład wyczerpany
- Powroty na Kresy - tomik II z filmem i wywiadami
- Ulica Gliniańska w Złoczowie - nakład wyczerpany
- 125.lecie Gimnazjum Złoczowskiego- sesja naukowa w Złoczowie - nakład wyczerpany
- Zagłada Huty Pieniackiej - nakład dodrukowany*
- Księga Pamięci w 65 rocznicę ludobójstwa polskiej ludności cywilnej BÓL - CIERPIENIE - PAMIĘĆ suplement do książki Zagłada Huty Pieniackiej z filmem i wywiadami*

* oznaczają, że są jeszcze jakieś egzemplarze.



Wejdz na Biblioteke Złoczowską


Podziel się
oceń
3
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Biblioteka Złoczowska

piątek, 11 grudnia 2009 19:18


Podziel się
oceń
3
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Lwowskie godziny

piątek, 11 grudnia 2009 19:14

Wrzesień 2004
Kira Gałczyńska
- była dzennikarka, wydała szereg książek


Zacznę od pewnej opowieści, brzmiącej dziś jak anegdota. Jest rok 1968, sierpień, wojska pięciu krajów Układu Warszawskiego wkraczają do Czechosłowacji celem zdławienia dubczekowskiej „praskiej wiosny". Polska jest jednym z uczestników agresji; dobrosąsiedzkie, a czasami po prostu przyjazne stosunki Polaków, Czechów i Słowaków, te na przeciętnym szczeblu obywatel-obywatel, zastępuje, co zrozumiałe, niechęć, by nie powiedzieć - wrogość. Podróż samochodem przez gościnną kiedyś Czechosłowację może nieść wiele niespodzianek...
Jesienią pamiętnego 1968 roku jechałam z mężem po raz pierwszy do Grecji. Jak większość Polaków zaplanowaliśmy podróż przez Ukrainę, Rumunię, Jugosławię do Grecji, co okazało się bezsensownym nadłożeniem drogi. Ale panika jest zjawiskiem irracjonalnym. A poza tym, bardzo chcieliśmy zobaczyć Lwów: ja po raz pierwszy, zaś dla mojego męża miała to być podróż sentymentalna. Lata wojny spędził na podróżach pomiędzy Warszawą i Lwowem, dowożąc broń i inne „zabronione towary" akowskiemu podziemiu. Jego peregrynacje zakończyło aresztowanie i pobyt w sławnym miejscu odosobnienia - w więzieniu na Łąckiego. Ale to jakby już inna zupełnie opowieść.
A więc po sporych trudnościach, na pustej, wypełnionej jedynie przez polskie samochody granicy w Medyce, dotarliśmy koszmarnymi drogami do Lwowa. Z hoteli znaliśmy jedynie najsławniejszy hotel „George". I o dziwo, dostaliśmy pokój. Nie czas i miejsce na opisywanie standardu tego lokum A.D. 1968. Pomyślałam jedynie, że dobrze, iż zachowały się opisy jak tu kiedyś bywało...
Mogliśmy wówczas, jako „tranzytowcy", przebywać na Ukrainie przez 48 godzin. Czas ten wykorzystaliśmy co do minuty. Obejrzałam, co mogłam, zrozumiałe jedynie z wierzchu, z zewnątrz, bo o wejściu do żadnego kościoła nie było co marzyć. Przyjrzałam się dokładnie pomnikowi Lenina stojącemu na marmurowej mównicy przed Teatrem, poszliśmy na Wuleckie Wzgórza i na Łyczakowski cmentarz (zakradaliśmy się tam jak przestępcy przez dziury w wysokich płotach, którędy w to miejsce docierali przed nami niepoprawni przybysze z Polski), aby pomilczeć przy grobach Wielkich i w miejscu kaźni polskich naukowców; z rozrzewnieniem słuchaliśmy polskich rozmów na ulicach, chętnie przystawaliśmy na krótkie pogaduchy, od których lwowiacy nie stronili. Na wyjezdnym ze Lwowa mój mąż usiłował na różne sposoby przechytrzyć posterunki milicji drogowej na rogatkach, żeby zjechać na drogę prowadzącą do Żółkwi. To stare piękne miasteczko nie leżało jednak na naszej „tranzytowej" trasie, dlatego GAI nie pozwoliło nam zjechać z głównego traktu. Ale jednak wjechaliśmy w tę wąską drogę, umykając, jak nam się wydawało, czujnemu oku ukraińskiej milicji. Po dwóch kilometrach dojechaliśmy do głębokiego i szerokiego rowu: drogę po prostu rozkopano i aby kontynuować jazdę, trzeba by było przenieść samochód... Wydawało mi się, że słyszę tubalny rechot milicjantów GAI...
Jest wrzesień 2004 roku. Stoję na żółkiewskim rynku, patrzę na niezwykłą jego zabudowę, na pałac, kolegiatę, basztę murów obronnych, kościoły, na uratowaną niemal wbrew wszystkim i wszystkiemu substancję miasta zbudowanego przez jednego z największych obywateli Rzeczypospolitej... I, mimo woli, powraca pamięć o tamtej nieudanej wyprawie sprzed blisko 40 lat... A jednak dotarłam tu. W innej zupełnie epoce, sama, z własną pamięcią, nowymi doświadczeniami...
I w celach nie tylko turystycznych.
Na kilkadziesiąt godzin do Lwowa i okolic zostałam zaproszona przez Klub Złoczowski i Stowarzyszenie „Wspólnota Polska", na finały VII Konkursu Poezji i Prozy Polskiej na Ukrainie. Brzmi to bardzo uczenie, trochę nazbyt pompatycznie. A chodziło po prostu o szkolny konkurs recytatorski, w którym ponad trzydziestka uczniów polskich szkół podstawowych i ponadpodstawowych ze Lwowa i regionu lwowskiego - m.in. z Borysławia, Złoczowa, Krzemieńca, Kamieńca Podolskiego, Czortkowa, Stanisławowa, Kałusza, Doliny, Bolechowa, Kołomyi, Użhorodu trudno tu wymienić wszystkie miejscowości - mówiła polską poezję, tym razem wybrane utwory Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego i Juliusza Słowackiego. Grupie jurorów przewodniczył Krzysztof Orzechowski, dyrektor Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, a wraz z nim kilkadziesięcioro finalistów oceniali m.in. Anna Dymna, Teresa Starmach (szefowa krakowskiego oddziału Wspólnoty Polskiej), prezes Klubu Złoczowskiego - Roman Maćkówka oraz niżej podpisana.
Podobnemu konkursowi przysłuchiwałam się po raz pierwszy. Moje szczególne zainteresowanie budził dobór wierszy, a potem najbardziej osobiste ich powiedzenie, przekazanie. Niestety, nie zawsze odnalazłam to, na co czekałam, coś, co wykraczałoby poza podręcznikowe wypisy, co informowałoby o szczególnym poetyckim słuchu nauczyciela. Bo przecież to od niego w ostatecznym efekcie zależy taka czy inna lektura ucznia, jego nie tylko naskórkowe, płytkie, powierzchowne wchodzenie w magię wiersza. Więcej: w sytuacji dzieci polonijnych na całym chyba świecie, to nauczyciel może i powinien sprawić, że język ojców i dziadów nie będzie brzmiał obco. I doświadczaliśmy tej prostej prawdy podczas słuchania finalistów lwowskich finałów.
O sobie i swoich wrażeniach mogę napisać tyle: niektórzy młodzi wykonawcy dostarczyli mi wielu wzruszeń - autentycznych, głębokich, szlachetnych. Przeżywałam ich tremę, ich niełatwe próby własnego spojrzenia i zrozumienia tego, co ich w danym wierszu zafrapowało szczególnie, wydobycie uśmiechu, który autor szczodrze w swych utworach porozmieszczał, ich poddanie się magii słowa poetyckiego. I to chyba było dla mnie najważniejsze. Owa magia nagle zadomowiła się w małej salce Polskiego Teatru we Lwowie, wypełniła ją, zaczarowała... Płynęła ze sceny, od dziewczyny czy chłopaka, którzy właśnie na tej scenie, przełamując zahamowania i tremę, opowiadali słowami poety o tym, co w wierszu najpiękniejsze...
Młodzi dopisali, nie zawiedli, to oni ten kolejny trudny egzamin zdali znakomicie. Jeśli coś, według mnie, zazgrzytało, to postawa nauczycieli. Byli niemal niewidoczni na odczytaniu werdyktu jurorów, nie potrafili nawiązać najprostszej rozmowy o samym konkursie, o swoich wychowankach, o mówieniu poezji dziś, w roku 2004, nie przyszli na niezwykły koncert poetycki w wykonaniu Anny Dymnej i Krzysztofa Orzechowskiego, wzbogacony o recital pianistyczny Marii Baki-Wilczek. Wieczór niezwykły i wzruszający pod każdym względem! A przecież obecność tych dwojga artystów (a szczególnie Anny Dymnej, którą nazywam instytucją poetycką w polskim teatrze współczesnym, choćby ze względu na jej miłość do poezji, co w dzisiejszych czasach nie jest ani codziennością, ani tym bardziej realizowaną wśród aktorów praktyką), tworzyła wprost niebywałe okazje i możliwości. I - aż trudno uwierzyć! - nikt z tego nie skorzystał! Zadziwił mnie także brak widzów-słuchaczy, Polaków, których we Lwowie nie brakuje. Co sprawiło brak zainteresowania mediów? Jak oznajmili organizatorzy, informacja o imprezie: o przesłuchaniach, a następnie o koncercie zapowiadana była przez Polskie Radio Lwów, a także plakaty w języku polskim i ukraińskim wcześniej były rozpowszechnione osobiście przez przedstawicieli teatru. Jestem przekonana, że podobnie niezwykłe imprezy nie odbywają się we Lwowie, co tydzień, więc dlaczego takie małe zainteresowanie młodzieży z polskich szkół!? W czasie rozdania nagród i w koncercie poetyckim wziął udział Konsul tamtejszego konsulatu polskiego, natomiast zupełnie zabrakło przedstawicieli lwowskich organizacji polskich. Dlaczego imprezę zignorowano? Coś niedobrego dzieje się wśród tamtejszej społeczności polskiej!
Jeszcze jeden osobisty akcent. Po przesłuchaniach, po rozdaniu nagród (a były pod każdym względem imponujące, zaś dla mnie szczególnie miłe, bowiem każdy z uczestników otrzymał tom poezji K.I.G.) podeszła do mnie Maria Sira z Kamieńca Podolskiego i wręczyła mi rękopisy wierszy, które pisze od kilku lat. Był to najbardziej wzruszający dla mnie gest: szlachetnie prosty, piękny i tak niespodziewanie bogaty, bo obdarowujący mnie zaufaniem. Czy nie nadmiernym? Wiersze Marii stanowią dla mnie najbardziej niezwykłą pamiątkę moich lwowskich godzin. Dziękuję Ci za nią, Mario.

* * *
A później, przez następne godziny chodziłam po Lwowie podziwiając to, czego nie widziałam wcześniej. Dzielnicę ormiańską, zadbane i czyste Wały Hetmańskie, Teatr, niezwykłą architekturę secesyjnych kamienic. Targi bukinistów i lwowskie pchle targi. Wreszcie Cmentarz Łyczakowski i Orlęta - zadbane, uporządkowane, jakże inne od obrazu zabranego z tego miejsca z połowy lat 80-tych (to mój drugi tu pobyt, a zawdzięczam go Jerzemu Janickiemu), kiedy Energopol dopiero przystępował do swego wielkiego dzieła odbudowy tego świętego dla Polaków miejsca. Cieszyły mnie przybywające tu dziś jedna za drugą wycieczki z Polski, smucił stan starego cmentarza, zwiększająca się (zwłaszcza przy głównych alejkach) ilość Ukraińców pochowanych w polskich do niedawna grobach... Jak to dobrze - myślałam - że przed laty profesor Stanisław Nicieja sporządził swoją niezwykłą benedyktyńską dokumentację o łyczakowskiej nekropolii... Pozostał przynajmniej dokument, którego wartość trudno przecenić w dzisiejszej sytuacji znikających polskich grobów. I jeszcze odnotowuję fakt, że grobowce Gabrieli Zapolskiej czy Artura Grottgera wymagają natychmiastowej interwencji konserwatorskiej. Ktoś się tym musi zająć! Bez odkładania sprawy „na później".
Poza „muśnięciem" Lwowa, dane mi było zobaczyć zamek w Olesku - miejsce urodzenia jednego z najsympatyczniejszych naszych królów - Jana III Sobieskiego, odbudowany po pożarze, zagospodarowywany troskliwie, opowiadający bez natrętnych przemilczeń historię tego miejsca. Przewodnik jest rzeczowy, kompetentny, zorientowany w temacie. A ja wciąż myślę o „przemilczeniach", których klasycznym, chorym przykładem pozostanie dla mnie tablica na ścianie pałacu w Żółkwi. Mówi tyle, że to cenny zabytek z XVI wieku. Przez kogo i dla kogo budowany - na ten temat tablicowy autor milczy!
I jeszcze jedna eskapada, dla mnie najważniejsza - do Krzemieńca. Ale najpierw przystanek w monumentalnej Ławrze Poczajowskiej. Kilkanaście cerkwi, dzwonnic, sporo malowniczych monachów, popów, monachiń. Stragany ze wszelkimi możliwymi dewocjonaliami, ale nie tylko. Jest niedziela, tysiące pątników, wycieczkowiczów, modlących się wiernych. Do Marii Poczajowskiej, która jak większość starych rosyjskich ikon, ma surowy, niemal chmurny wyraz twarzy, długa kolejka wiernych, pragnących przez moment choćby pobyć sam na sam ze słynącym z cudów obrazem. Stoję z boku, obserwuję przesuwający się w skupieniu tłum i nagle przypomina mi się Zofia Kucówna sprzed wielu lat, grająca tę właśnie Madonnę... Jakże odległe, nieoczekiwane skojarzenia. Całość Ławry przypomina Siergiejew Posad (za czasów radzieckich miejsce to nazywało się po prostu Zagorskiem - od nazwiska człowieka, który za wszelką cenę pragnął ograniczyć wpływ tego świętego dla Rosjan miejsca, zamykając cerkwie czy po prostu dostęp do niego. Jego pomnik stoi do dzisiejszego dnia przed wjazdem do miasta!), pod Moskwą, gdzie w jednej ze świątyń pyszni się ikonostas namalowany przez samego Rublowa...

* * *

No a potem - już tylko Krzemieniec, do którego fizycznie dotarłam po raz pierwszy. Jeszcze nie tak dawno w warszawskim Muzeum Literatury oglądałam meble, które czekały na transport do dworu Juliusza Słowackiego. Ten stary dwór odbudowywał także Energopol, teraz chodzę po pokoikach, popatruję na ekspozycję, niechętnie słucham wyjaśnień uroczej i mądrej pani Jadwigi. Chcę być sama, niemal mechanicznie spoglądam na dagerotypy, na sztychy, znane mi meble; moje myśli zaprzątają powracające, dobrze znane od dziesiątków lat wersy, dzięki którym jestem niemal u siebie:
Komnata,
Pełna obrazów, świec, kadzideł i ziela,
Jakby z innego podziemnego świata
Z ziemi kryształów, kruszców...
albo
Już przypomniawszy gniazdo me na wschodzie
Wołałem ręką krzemienieckiej góry...
albo:
Lecz póki Ikwa ma rodzinna płynie,
Wezbrana łzami po tych, którzy mieli
Serce i ducha...

Przez jedno z okien widać Liceum Krzemienieckie; zasadzone na jego terenie krzaki róż mają przypominać, że tu kiedyś stał dwór, w którym urodził się autor Beniowskiego. Tuż wyżej, na Górze Bony, panna w ślubnej sukni składa kwiaty... Podobno przynosi to nowożeńcom szczęście...
Wszystkie moje dobre myśli zostawiam w tym miejscu, wszystkie życzenia najlepsze kieruję do ludzi opiekujących się Pana Juliuszowymi śladami. Niech z ich prywatnych bibliotek korzystają młodzi, niech słuchają opowieści w pięknej, żyjącej już tylko w krzemienieckiej stronie polszczyźnie. Niech wędrują po śladach zapisanych w wielkiej poezji i niech ona choć w niewielkim stopniu wypełni im życie. Niech na te ślady wstępują młodzi, którzy spotykać się będą na kolejnych lwowskich biesiadach poetyckich. Musimy zrobić wszystko, my, Polacy w kraju, aby te konkursy trwały, aby polskim szkołom na Ukrainie nie brakowało podręczników, naszej pomocy i naszego konkretnego, codziennego współdziałania. Jesteśmy im to winni.


Podziel się
oceń
4
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Z Florydy na Podole

piątek, 11 grudnia 2009 19:08
Wrzesień 2004

Jadwiga Ancaya
- lekarz dermatolog


Eduvigia Ancaya, czyli ja, Jadwiga Orzechowska, jestem łodzianką, mieszkającą w Stanach Zjednoczonych. Po opuszczeniu Polski w 1946 r. z powodów politycznych, wraz z matką Mirosławą i bratem Januszem, który uczestniczył w Powstaniu Warszawskim, jako czternastoletni chłopiec, dostaliśmy się do Włoch. Ojciec, Stefan Orzechowski, kapitan odznaczony Krzyżem Virtuti Militari, sprowadził rodzinę do Forli (Włochy) z pomocą A. Perelberga, przewodnika z armii generała W. Andersa.
Ja po studiach medycznych w Buenos Aires, w 1963 r. wyemigrowałam do USA.
Wróciłam z fascynującej podróży i jestem już na drugiej półkuli naszego globu. Tutaj, na Florydzie, wszystko jakby się zmieniło. Jadąc samochodem do pracy widzę sady pomarańczowe spustoszone czterema huraganami, słupy wysokiego napięcia poskręcane jak korkociągi i leżące na ziemi. Słucham Ireny Santor śpiewającej „Jesienne Róże" i zastanawiam się nad płynącymi z odbiornika radiowego słowami, „Tak niedawno był maj, byliśmy tak szczęśliwi... Któż te dni znów ożywi?"
Zamiast drzew pomarańczowych pokazują mi się przed oczami tabliczki na ścianach budynków we Lwowie, groby na cmentarzu Łyczakowskim, oraz widoki Zbaraża i Zaleszczyk. Dla mnie, należącej do amerykańskiej Polonii i wędrującej po świecie od 1946 roku, tegoroczna, wrześniowa, podróż na Kresy z grupą przyjaciół z „Klubu Zloczowskiego" była bardzo, bardzo cennym wydarzeniem, które wspominam nieustannie.
Myśli moje biegną do opowiadań mego ojca o Kresach, sama bowiem nie znałam tych ziem aż do tego roku. Puszczam kasetę, w której ojciec opisuje przedwojenne wycieczki letniskowe z Łodzi do Zaleszczyk i podróże do Lwowa, a wszystko to gwałtownie się urwało, także we wrześniu, nieszczęsnym wrześniu, 65 lat temu, kiedy wojska sowieckie napadły na Polskie Kresy Wschodnie! A tyle uczuć i nostalgii widziałam w oczach przyjaciół z „Klubu Zloczowskiego", jakby ta tragedia odegrała się wczoraj. A było w naszej grupie tylko kilka starszych osób, które Lwów pamiętają, lecz ci młodsi patrzyli na miasto dawnej kultury polskiej oczami swoich przodków.
Nie mogę wyjść z podziwu jak Polacy, przez tyle lat cierpienia pod rządami komuny, potrafili rozwinąć i utrzymać pozytywny sens dobrego humoru i koleżeństwa. Widziałam to na każdym kroku w czasie naszej podróży na Kresy, z jakim to filozoficznym spokojem podchodzili do obecnej sytuacji, podczas kiedy ja kipiałam w sobie.
Lwów zaszokował mnie swą bogatą, acz tragiczną historią i swą smutną obecnie rzeczywistością. Moje pierwsze wrażenia, to odrapane i ohydne bloki przy wjeździe do miasta i ta babina - Polka, która do mnie podeszła żebrząc na ulicy, jakby dusza czyjaś błagająca o powrót tego co było.
Rozczarowanie moje szybko prysło i serce mi mocniej zabiło, gdy przy Katedrze Ormiańskiej zobaczyłam napis wyryty na tablicy w ścianie.
Blisko sali, gdzie pani Anna Dymna i jej mąż, Krzysztof Orzechowski pięknie recytowali poezje dla Polaków ze Lwowa, znów odkryłam słowa wyryte w murze przyulicznym: „SZPITAL ŚW ŁAZARZA. NA CHWAŁĘ PANU BOGU I NA URATOWANIE UBOGICH CHORYCH. OD BRACTWA RÓŻAŃCA..."
To polska ręka napisała! Ślady nasze zostały wyryte w murach, jako pieczęć wieczna. Ślady w postaci pięknych kościołów, pałaców, kamienic, pomnika Mickiewicza, i w fasadzie Starego Teatru. Przecież to w Katedrze Łacińskiej, w siedemnastym wieku, król Jan Kazimierz obrał Matkę Boską Królową Polski.
Może kiedyś powstaną we Lwowie polskie uniwersytety i wtedy ratuszowe lwy znów będą witały spieszących ulicą polskich studentów. Oby Bóg tak sprawił!
Na Cmentarzu Łyczakowskim odkryłam pomnik Marii Konopnickiej, śpiącej w cieniu drzew, w morzu kwiatów i polskich wstęg. Droga prowadząca do grobów Orląt Lwowskich udekorowana tu i tam biało-czerwonymi goździkami. Świeżutkie, wychylające się z wazonów na starych polskich grobach, stały dumne ze swej polskości nie stłumionej przez natrętne sowieckie czołgi i bagnety.
Groby Orląt Lwowskich przypomniały mi swą bielą daleki cmentarz pod Monte Cassino. Tam też biel pokrywa krew Polaków z Piątej Kresowej Dywizji Piechoty poległych w walce o co? Za co? Przecież ginąc w maju 1944 roku wiedzieli już, ze Alianci oddali ich kochane Kresy Rosji. Żona i dzieci wywiezione zostały na Syberię na śmierć, chałupa i krowa zostały odebrane...
W jakiej to nieludzkiej męczarni musieli umierać ci biedni Kresowiacy w walce o obcy im włoski klasztor!
Wałęsam się miedzy grobami Orląt, słuchając historii cmentarza
z ust jednej z pań z naszej grupy „Klubu Zloczowskiego", podczas kiedy masy pielgrzymów polskich przesuwały się koło mnie, jakby we śnie. Zdawało mi się, że w tej przeszło półmilionowej dzielnicy zmarłych na Łyczakowie, tysiące polskich bohaterów patrzy na nas ze zdumieniem. Kto my jesteśmy? Kogo szukamy? Kogo odwiedzamy? Dlaczego tak jesteśmy ubrani?
***
Nazajutrz dzięki p. Ani Gordyjewskiej - dziennikarce z Radia Lwów mogłam z jej mężem (pełnił rolę kierowcy i zarazem tłumacza) wyjechać do Zbaraża ku czci pamięci mego ojca, który zmarł dwa lata temu. Opowiadał mi wielokrotnie następujące wydarzenie:
16-go września 1939 roku, pogoda była piękna. Stałem ze swoim batalionem wojska przy zamku, na górce nad Zbarażem, czekając na nieprzyjaciela-Niemca. Widziałem miasteczko jak na dłoni i kościół Bernardyński w dole. Nawet byłem na mszy św. następnego dnia. Byliśmy pewni, że ktokolwiek by się zbliżył, byliśmy w stanie zlikwidować go z miejsca. Razem liczyliśmy 600 chłopa uzbrojonego w karabiny maszynowe i kilka dział artylerii. Ku naszemu zdziwieniu, 17- go w nocy, był komunikat, że Sowieci przekroczyli granice Polski od wschodu i posuwają się do nas. Byliśmy na ich piechotę gotowi.
Niestety, 18-go, pokazała się nieustająca fala sowieckich czołgów. Zaczęła się walka. Kazałem artylerii rąbać po czołgach ile się da. Pogoda dalej piękna, więc czołgi nie grzęzną w błocie posuwając się gładko - tak jakby Pan Bóg stanął po stronie nieprzyjaciela.
Walka w Zbarażu zakończyła się brutalnym rozsianiem terroru przez dziesiątkowanie polskich żołnierzy, kulą w twarz. Reszta została wysłana przez Tarnopol, wpierw do kopalni w Bolszoje - Zaporoże, a później do Komi, do karnego obozu pracy, na śmierć z głodu, zarazy, i wycieńczenia.

***
Zatopiona w gorzkich myślach dojechałam do Zbaraża i stanęłam przy zamku na wzgórzu.

W dolinie błyszczały dachy miasta, dwie wieże kościoła, i klasztor Bernardynów. Zjechałam do miasteczka. Na drzwiach zamkniętego kościoła wyblakła kartka, napisana po polsku przez księży Bernardynów z ich numerem telefonu. Poczułam skurcz w piersiach - na Cmentarzu Orląt Lwowskich widziałam „Zbaraż" wyryty na pomniku umarłych w 1939 roku w bitwach o wolność Polski.
Ze Zbaraża pojechaliśmy dalej na południe do Zaleszczyk. Od dziecka słyszałam od rodziców: Zaleszczyki to najpiękniejszy i najbardziej słoneczny zakątek Polski! Sześciotysięczne miasto, które na kilka lat przed wojną gościło Marszałka Józefa Piłsudskiego i miało bardzo rozwinięte szkolnictwo, nawet obowiązkowe cztery języki. Były przedstawienia teatralne, korty tenisowe, dorożki. To ziemia moreli, winogron i życzliwej ludności ukraińskiej. Dniestr wijący się przeźroczystym kolorem nieba, niby wstęga zielono-turkusowa, dzieląca Rumunię od Polski. Śmiech dzieci na plażach, dźwięki muzyki z licznych restauracji wzdłuż rzeki. Gwar wycieczkowiczów szykujących się na łódkowy spływ Dniestrem. Leżaków chmara, przystanie motorówek, odurzające ciepło, no i błogość młodości.
Aż nagle, w sierpniu 1939 roku, podczas naszego ostatniego tam wypoczynku, rozeszła się przez gazety i radio alarmująca wiadomość, że Niemcy mają uderzyć na Polskę. Powstał ogólny niepokój. Trzeba było wracać jak najprędzej do domu, do Łodzi."
Zbliżając się do Zaleszczyk nie mogłam doczekać się widoku kryształu rzeki, zieleni i purpury winogronowych upraw, łódek, i wrzasku chlupiących się dzieci. Spoglądam na moje pamiątkowe zdjęcie, bobasa z koneweczką w wodzie.
Wjeżdżam wreszcie do miasta. Cisza. Tylko psy gryzą się o resztki ścierwa w śmietniku przy głównej ulicy. „Gdzie są dawne hotele?" Korzystając z tłumacza zapytałam siwe babcie, w kolorowych chustkach, siedzące na ławkach opustoszałego placu miasta. „Nad rjeką" odpowiadają. Spiesznym krokiem przybliżyłam się do rzeki. Ulice nadal puste. Ogarnęło mnie okropne przeczucie. W dali zobaczyłam bielejące w słońcu skały, które rozpoznałam z fotografii. To już tu. Dobiegłam do rzeki. O Jezu! Przed oczyma mętny szaro-brązowy pasek wody i kamienie pogrzebane w błocie brzegu. Wzdłuż rzeki, zamiast szeregu hoteli tętniących życiem, były chwasty po kolana, trawa, śmieci i pasąca się krowa. Po drugiej stronie rzeki znane mi, niezmienione skały.
„Ludzie rozebrali hotele i pensjonaty aż do samej ziemi," mówi jakiś Ukrainiec zdumiony moją wizytą i moim brakiem znajomości faktów życiowych. „Tu przecież była Rosyja przez pół wieku".
Idę dalej w stronę mostu. Mocno tu cuchnęło moczem i brudami. Poza mostem stał jeden zamieszkały dom. „Był to przedwojenny pensjonat pod nazwa Irena," ciągnie Ukrainiec, jedyny, który się uchronił przed rozebraniem. Teraz to dom prywatny. Rozglądnęłam się naokoło. Pokazało się znowu słońce. Ogród przy budynku mienił się złotem jesiennych liści, a przez drzewa woda Dniestru migotała srebrem. Na pustym terenie, obok domu, dogorywały spróchniałe drzewa owocowe - pewnie stare grusze czy morele.
„A gdzie słynne zaleszczyckie plantacje winogron?" - pytam człowieka, który wciąż się za mną ciągnie. „Nie ma, zniszczone" - odpowiada. Wokół miasta same puste pola nie uprawiane - to przerażające, do czego ten system doprowadził!
Jadę do części miasta, gdzie zachował się kościółek, w nim wizerunek Ojca Św. Jana Pawła II. Niedaleko sklep fotograficzny sprzedający odbitki pocztówek Zaleszczyk z dawnych lat. Wykupiłam wszystkie. Cały tuzin! Zobaczyłam na nich panie w dawnych strojach kąpielowych i Orła Białego nad bramą urzędu. Polską chorągiew powiewającą wysoko na jakiejś wieży miasta.
Włożyłam pocztówki mechanicznie do torby. Pomimo cieplej pogody poczułam zimno. Dzisiejsze Zaleszczyki, to świadectwo, do czego sowieci potrafili doprowadzić dawny raj na ziemi; zagrabić, zniszczyć,
i użyć mieszkańców do harowania na Syberii, aby ta barbarzyńska światowa potęga, ta gangrena dalej się rozwijała. Przecież trzeba było te ziemie, według ich frazeologii, ochronić przed cywilizacją Zachodu!
Zostało po nich spustoszenie, ludzie otępiali, bieda z beznadziejnością i zagrożenie wojny domowej na Ukrainie. Odziedziczone pamiątki komunizmu.

***

Jadąc teraz drogami Florydy, widzę jakiś dom, który został spłaszczony podczas huraganu ogromnym dębem. Zmuszam się do żalu, ale serce moje jest głazem. Przed oczyma staje mi ponownie Cmentarz Orląt Lwowskich, falujący w dali i ulice Lwowa - czy to „fatamorgana"? Krzyże na grobach, to bagnety w ramionach tych 18. letnich chłopców. Tylko ich mi żal. I tych dwóch milionów wywiezionych w barbarzyński sposób w głąb Rosji podczas ostatniej wojny. I tych piętnastu tysięcy leżących pod ziemią Katynia.
Od podróży na Kresy nie jestem i nigdy nie będę tą samą osobą.

***
Zastany tam obraz konfrontuję teraz z zachowanym sprzed wojny folderem Zaleszczyk. Jakaż olbrzymia różnica!


Podziel się
oceń
6
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

czwartek, 22 czerwca 2017